Nim stworzyłem Lekturę miałem długi rozbrat z komiksami. Wiedziałem mniej więcej, co się dzieje, ale nic specjalnego z tego nie wynikało, czyli pisząc krótko, nie przekładało się to na kupowanie komiksów czy nawet ich czytanie. Jednak w pewnym momencie nastąpiła zmiana, a jedną z pierwszych serii, z którymi zetknąłem się po powrocie na łono komiksu był “Amerykański wampir”. Moje drogi z dziełem Scotta Snydera i Rafael Albuquerque jednak się rozeszły, ale teraz wracam i postanowiłem poprowadzić Was od tomu do tomu po historii o wampirach, która przywraca krwiopijcom to, co w toku popkulturowej ewolucji utracili.

No more mr nice vampire

Wampir z założenia nie jest sympatycznym stworzeniem. Ma kły, pije krew, nie może się opalać, kiedy jest wkurzony wygląda dość niewyględnie, a ludzi traktuje jak ruchomy bar mleczny, w którym stołuje się za darmo.

„Jesteśmy szafarzami boskiej woli, według której świat i ludzie, za których umarł Jego syn nie zostaną oddane potworom, których istnienie Go zniesławia.” – Abraham Van Helsing, Bram Stoker “Dracula”

Niestety coś poszło nie tak i w pewnym momencie wampiry zaczęły być odmalowywane jako istoty w pewnym stopniu romantyczne. Owszem, ten romantyzm w ich wypadku można odnaleźć, ale pierwotne założenie i to, co wampir uosabiał, było zawsze takie samo. Wampir to zło, wynaturzenie, które obraża to, co boskie i ludzkie. I taki właśnie wizerunek wampira postanowił przywrócić światu Scott Snyder. Scenarzysta, który świetnie odnajduje się zarówno w klimatach opowieści o superbohaterach, jak i w autorskich produkcjach, ma pewną cechę charakterystyczną, kocha grozę i elementy owej grozy wplata w tworzone przez siebie historie. Skoro tak ją kocha, to zupełnie zrozumiałe jest to, że “Amerykański wampir” to czystej wody horror, w którym główne role odgrywają – uwaga, będzie zaskoczenie – wampiry.

Snyder plan na serię miał bardzo prosty, bo nie będę ukrywać przed Wami, że “Amerykański wampir” sprawi, iż zapiejecie z zachwytu pod względem innowacyjności. Ów plan zakładał, że weźmie wampirzych bohaterów i wykorzysta ich długowieczność do tego, aby przy okazji pokazać nam historię Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Z kolei wampirzy bohaterowie nie będą romantykami w rozpiętych koszulach jak z okładek pism dla nastolatek. Zamiast tego dostajemy rasowe wampiry, które mordują, mają ludzi za bydło, a później mordują, korzystają z nieśmiertelności, i mordują, aby zarabiać pieniądze, a później jeszcze trochę mordować. Takim wampirem jest na przykład Skinner Sweet. Gdyby tworzyła go np. Stephenie Meyer, to Skinner świeciłby jak miliony monet. Na szczęście nie świeci, bo Skinner jest bydlakiem, gwałcicielem, dupkiem i okazjonalnie rabusiem. A takich gagatków jest tam więcej.

Myślę, że najbliżej odniesień do “Zmierzchu” pojawiło, gdy Stephen King chciał, aby plakat z zapowiedzią serii prezentował Skinnera siedzącego na stosie ciał przystojnych wampirów, z którego mówił coś takiego, jak “ja nie błyszczę” i pokazujący nam środkowy palec. – Scott Snyder w wywiadzie dla Nerdist.

Nie ma zmiłuj

W pierwszym tomie, który w ubiegłym roku pojawił się w Polsce raz jeszcze za sprawą wydawnictwa Egmont, oprócz Snydera scenarzystą był Stephen King. Panowie podzielili się pracą i tak jedną historię w rozdziale pisał Snyder, a kolejną King i tak na zmianę. Wszystko zaczyna się od wizyty w czasach dzikiego zachodu – choć akcja skacze to w przeszłość (do roku 1880), to do roku 1925 – i tym samym poznajemy historię Sweeta i Pearl. Pearl to druga intrygująca postać. Młoda dziewczyna, która jak wiele jej podobnych, marzy o karierze aktorki. Ostatecznie marzenia o gwiazdorskim życiu będzie musiała porzucić, ale nic więcej nie napiszę, bo nie chcę nikomu psuć zabawy. To, co jest istotne, to fakt, że bohaterowie u Snydera nie są krystalicznie czyści. Są często degeneratami, a ci dobrzy czasami muszą robić rzeczy, z których na pewno nie są dumni.

I choć postacie są interesujące, to mnie najbardziej w całej serii uderza zaprezentowanie wydarzeń przez pryzmat historii USA. Niby nic szczególnego, ale naprawdę dobrze czyta się kolejne rozdziały – a później i tomy – wiedząc, że w tle rozgrywają się istotne dla tego kraju wydarzenia lub autorzy pozwalają sobie na odrobinę refleksji nad mitologią własnego kraju. W tomie pierwszym na przykład biorą na warsztat mit o kraju wielkich szans i nadziei, że każdy może być gwiazdą. Równocześnie zestawiają to z dzikim zachodem i ówczesną sprawiedliwością, ciemnymi interesami, mówiąc krótko, klimatem rasowego westernu. Przeplatają po prostu istotne elementy funkcjonowania kraju z siłami nadprzyrodzonymi. W tym wypadku z wampirami. A za przykład może posłużyć prezentowany w pierwszym tomie przemysł filmowy, którym trzęsie, a jakże, wampir. Sama walka między starą rasą wampirów, a nowymi, które dopiero powstają może się podobać, ale to też już widzieliśmy. Pytanie tylko, czy w tym wypadku to coś złego. Według mnie, absolutnie nie.

Piekło na ziemi

Synder tworząc serię inspirował się z jednej strony amerykańskim folklorem, a z drugiej sięgał po europejską mitologię. Stworzył opowieść o “swoim rodzaju” wampira. Dlatego jego krwiopijcy nie świecą, daleko im do bohaterów poematów, a ostatecznie wszystko i tak kończy się w strugach krwi. Jest ponuro, mrocznie i brutalnie. Ja to kupuję w całości, ale co się działo później opowiem przy okazji kolejnego tekstu. Ten pojawi się prawie na pewno, bo oprócz superbohaterów trzeba też pokazać tych bohaterów, którzy nie biegają w zbyt małych majtach. Skinner nie biega i choć mógłby być diabłem wcielonym to i tak na swój pokrętny sposób da się lubić. Mi to pasuje i jak szukacie serii grozy, która sprawi Wam sporo radości, to ta opisywana na pewno Wam jej dostarczy. A jak nie, to na szczęście świat na Amerykańskim Wampirze się nie kończy.

Nieprzeczytane.plTekst powstał dzięki księgarni internetowej nieprzeczytane.pl. Okażcie im trochę miłości na Facebooku, bo szykujemy dla Was sporo dobra, ale o tym na razie cisza.