Joss Whedon ma wyjątkowy dar opowiadania historii, które wciągają od pierwszej minuty. Nie ważne czy chodzi o nastoletnią pogromczynię wampirów, przygody najdzielniejszych bohaterów na świecie, czy perypetie ludzi, którzy zatrzymali się w tajemniczym domu w głębi lasu. Whedon to znak jakości i choć nie zawsze kupuję to, co robi, to mam do niego ogromny szacunek. Jest on jeszcze większy po tym, co zrobił z X-Men.

Kocham pana, panie Cassaday

Do mojego spotkania z “Astonishing X-Men” musiało dojść skoro tak spodobało mi się “New X-Men” dowodzone przez Granta Morrisona. Tym bardziej, że run Whedona przez wielu fanów uważany jest za jeszcze lepszy. Taka rekomendacja wystarczyła, a ja po pierwszym numerze wiedziałem, że przemknę przez wszystkie niczym Quicksilver. Nie będę opisywać fabuły poszczególnych historii. Wspomnę tylko, że dzieją się po wydarzeniach znanych z “New X-Men”, a pod okiem Whedona powstały 4 główne wątki fabularne. Po 24 numerach pióra Whedona rozpoczął się run Warrena Ellisa, który też ma swoje momenty.

Astonishing X-Men - komiks
Astonish them! Jak tego nie kochać?

Skupmy się jednak na Whedonie, który z tego, co mówił otrzymał propozycję wzięcia pod swoje skrzydła X-Men już w ramach “New X-Men”, ale wyszło tak, że zamiast publikować w ramach tej samej serii chcąc nie chcą rozpoczął nową, właśnie z dopiskiem Astonishing. Ta zmiana nie oznaczała jednak, że nastąpiło odcięcie się od tego, co robił Morrison. Nic z tych rzeczy.

Czytałem New X-Men i strasznie mi się podobało. Inną częścią tego równania był John Cassaday. Rozmawiałem o zrobieniu czegoś z Johnem od lat. Wtedy, kiedy już się zgodziłem, powiedziano mi, że nie będą to New X-Men, ale Astonishing X-Men. Zapytałem, co? Oparłem się na tych samych przesłankach i obsadzie, z których korzystał Grant ponieważ tak mi się to wszystko podobało.

Jak widzicie Whedon był fanem poprzedniego runu, więc logiczne było to, że pójdzie tropami wyznaczonymi przez poprzednika. Tak jak to sobie zaplanował na pokładzie pojawił się John Cassaday. Był to świetny wybór, bo postanowiono, że w przeciwieństwie do poprzednich historii tym razem za stronę graficzną będzie odpowiadać jeden człowiek. Rysunki Cassadaya bardzo dobrze pasują do nastroju panującego w komiksach, a dodatkowo są bardziej naturalistyczne – o ile można tak w ogóle napisać. Gdybyście zestawili je z niektórymi planszami poprzedniego runu zauważycie spore różnice. W historiach Morrisona grafiki bywały lekko surrealistyczne. Graficy mieli momentami mocno “komiksowe” loty. U Cassadaya jest inaczej choć można mu zarzucić, że każdy z bohaterów ma dziwnie pulchną twarz. Naprawdę, wyglądają jakby pogryzły ich pszczoły, ale to drobny mankament, na który pewnie zwrócicie uwagę tylko dlatego, bo Wam o tym napisałem.

Miłość, wszędzie miłość

Astonishing X-Men
Jest i miłość

Na wstępie wspomniałem, że nie jestem fanem pewnych zabiegów dokonywanych przez Whedona w produkcjach, którymi się zajmuje. Różnica między nim a Morrisonem jest taka, że ten drugi skupia się na psychice bohaterów i nie boi się trudnych tematów czasem topiąc się w swoim własnym sosie, a ten pierwszy ma manierę przemycania wszędzie uczuć. Uczucia bohaterów, a przede wszystkim związki w różnej postaci. Gdzieś jest ten pierwszy raz, gdzieś nowa miłość w cieniu długoletniego związku z pewną panią o czerwonych włosach, a gdzieś ten wieczny samotnik, który też przecież ma uczucia. Whedon w swoim runie zawarł wszystko to z czego jest znany w pracy w telewizji. Lekkość opowiadania historii połączona z delikatnie ironicznym poczuciem humoru. Jeżeli przeczytacie Astonishing X-Men, a później sięgniecie po film “Avengers”, to przekonacie się, że praca przy tej serii bardzo pomogła Whedonowi podczas kręcenia wielkiego kinowego hitu. Podobieństwa w kreacji postaci, warstwie emocjonalnej czy sposobie przedstawienia relacji w drużynie w “Avengers” bardzo przypominają to, co zobaczycie na kartach komiksu.

Astonishing X-Men
Kwintesencja Astonishing X-Men

Na plus można zaliczyć to, że już na początku poruszył ulubiony aspekt bycia superbohaterem według Wujka Bena. Odpowiedzialność. W tym wypadku dotykający dwóch płaszczyzn. Odpowiedzialności X-Men w stosunku do ludzkości oraz w stosunku do poszczególnych członków drużyny. W grę wchodzą przyjaźń, wspominana miłość, czy zwykłe poczucie misji i potrzeba ochrony słabszych. To zdecydowanie najmocniejszy element całego runu, który jak na ironię zderzony zostaje z jego najsłabszą częścią, czyli wrogami. Ci stanowią największy mankament “Astonishing X-Men”. Kompletnie mnie nie interesowali, a pierwsze spotkania z Ordem dały mi do zrozumienia, że tego jegomościa nie można traktować poważnie. W całym runie pojawia się dwóch głównych przeciwników i niestety dla czytelnika drugi i czwarty wątek fabularny skupia się na nich, co oznacza, że będziecie musieli przymknąć oczy na to, że są tak interesujący jak partia szachów w wykonaniu dwóch pudli – choć to akurat może być interesujące. Na szczęście pozostałych bohaterów udało się poprawić w bardziej strawny sposób, co też nie było takie pewne.

Bo musicie wiedzieć, że choć X-Men to jeden z klejnotów w koronie Marvela, to przy okazji często jest jednym z tych, na których pojawia się wiele skaz. Powodem tego jest to, że seria jest pełna postaci, a każda z tych postaci wymaga jakiegoś backstory, wyjaśnienia o co z nią chodzi. I tu dochodzimy do sedna, bo przez lata ten nawał bohaterów sprawił, że przez wiele lat uniwersum X-Men przypominało śmietnik, w którym tylko kilka elementów było interesujących. Reszta zamiast coś wnosić wprowadzała tylko niepotrzebny chaos. Dodatkowo, gdy porównacie ich z innymi ikonicznymi bohaterami wydawnictwa zauważycie, że masa tam komiksowych zagrywek w stylu, ktoś stracił pamięć, ktoś ma problem, bo wygląda jak niebieska kulka futra, ktoś po prostu jest dupkiem. Teraz zestawcie to na przykład z alkoholizmem Tony’ego Starka czy wątpliwościami Petera Parkera. Ci ostatni mieli bardziej przyziemne problemy. Są bliżsi zwykłemu czytelnikowi, który być może jak Bruce Banner ma problem z gniewem. Whedon nadał swoim bohaterom bardziej ludzki sznyt. Stali się ciekawsi i choć ciągle są niesamowici, to przy okazji są bardziej przyziemni.

Warto rozmawiać

Okładka Astonishing X-Men
Jedna z moich ulubionych okładek

Być może niektórzy będą zaskoczeni tym, co napiszę, ale uważam, że największym talentem Whedona jest umiejętność pisania dialogów. W “Astonishing X-Men” te najbardziej jarające i zapadające w pamięć momenty, to wcale nie chwile, gdy ktoś ginie czy coś wybucha. Najlepsze są dialogi. Bohaterowie po prostu siedzą i rozmawiają. Czasem o pierdołach, czasem o czymś poważniejszych, ale zawsze wypada to bardzo naturalnie. Odnosiłem wrażenie, że gdybym zamknął oczy mógłbym ich wszystkich zobaczyć i usłyszeć. Wystarczy wspomnieć momenty, gdy Wolverine siedząc pośród ruin czeka aż na jego spalonym ciele znowu zagości skóra rozmawia na temat potencjalnego pseudonimu nowej członkini grupy. Ten dialog to kwintesencja “X-Men” Whedona.

Nie jest to run idealny, ale momentami o ideał się ociera. Dość napisać, że nim się zorientowałem rozpoczął się ten pisany przez Ellisa. Ten nie jest scenarzystą z pierwszej lepszej łapanki, ale ciężko mu było przeskoczyć poprzeczkę ustawioną przez poprzednika. Poprzeczkę, z którą radzę Wam się zmierzyć, bo to X-Men najlepszej próby.

PS. Dodatkowym plusem są okładki. Prawie każda to perełka nadająca się na plakat do powieszenia w domu.

PS. 2. Tak wiem. Jestem nienormalny.

Sprawdź:

[tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”http://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/10-najdrozszych-komiksow-na-swiecie/”]Najdroższe komiksy na świecie[/tw-button] [tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”http://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/5-najgorszych-superlotrow-marvela/”]5 najgłupszych łotrów od Marvela[/tw-button]