Komiks “Batman: Trybunał Sów” to jedna z tych historii o Batmanie, którą po prostu wypada znać. Batman na skraju szaleństwa? Kupuję to. Batman jest jedną z najbardziej wyeksploatowanych postaci amerykańskiej popkultury. To oczywiście oznacza, że w zalewie setek historii wiele z nich jest po prostu słabe i nie warto poświęcać cennego czasu na to, aby po nie sięgać.

Na szczęście “Trybunał Sów” mieści się w kategorii historii, które warto znać. Jeżeli znacie postać Batmana lepiej niż to, co można zobaczyć np. w filmach to na pewno zdajecie sobie sprawę z tego, że Bruce Wayne jest prawdopodobnie największym z wariatów w Gotham City. No bo jak inaczej nazwać dorosłego mężczyznę, który z powodu traumy z dzieciństwa przebiera się za wielkiego nietoperza i leczy swoje zszargane nerwy walcząc z przestępczością. Owszem, jego wrogami jest banda cudaków, ale tak naprawdę tylko kilku z nich naprawdę jest w stanie zagrozić Mrocznemu Rycerzowi.

Jednym z nich jest tytułowy Trybunał Sów, czyli tajemnicza “organizacja” rządząca Gotham od wielu lat, która dla większości mieszkańców miasta to tylko legenda, którą straszy się małe dzieci. Trybunał działa z ukrycia i gdy przychodzi do starcia wie, co musi zrobić, aby spróbować złamać Batmana. Nie chodzi nawet o złamanie go fizycznie, ale psychicznie, co świetnie zostało pokazane przez parę Scott Snyder oraz Greg Capullo. Snyder ma na koncie historie między innymi do zeszytów o Swamp Thing i Amerykańskiego Wampira – jeden z zeszytów recenzowałem, a Capullo to jeden z głównych rysowników, którzy opiekują się postacią Spawna.

Batman Snydera to zmęczony facet, który ma coraz mniej sił na to, aby wypełniać swoje obowiązki obrońcy miasta. Psychicznie wyczerpana postać została świetnie zilustrowana przez Capullo, którego kreska nadaje komiksowi psychodeliczny sznyt. Rysunki świetnie korespondują ze scenariuszem, a zabiegi takie jak zmuszenie czytelnika do obracania komiksem czy zabawy z ostrością poszczególnych ramek tylko potęgują wrażenie, że jesteśmy świadkami walki Batmana przede wszystkim z sobą samym. Ze swojego zadania wywiązał się również inker, czyli Johnathan Glapion. Mówicie, co chcecie, ale “Trybunał Sów” ma świetnie wykorzystaną czerń, która dodatkowo buduje nastrój – w końcu czerń to kluczowy kolor Batmana, więc dobry inker jest mu potrzebny jak powietrze.

Dodatkowo Snyder swoją opowieścią sprawił, że król Gotham nie jest już taki pewny, czy na pewno jest tym, przed którym miasto nie ma tajemnic. Jest to świetny zabieg, bo przez lata Batman jawił się jako uosobienie stwierdzenia, że Gotham to Batman. To powiew świeżości, po który warto sięgnąć jakością znacznie odbiegający od wielu publikacji, które cały czas wałkowały to samo. Jeżeli kochacie Batmana, to pokochacie i “Trybunał Sów”.