Wyobraźcie sobie, że możecie być piękni. Jecie co chcecie, robić ze swoim ciałem, co chcecie. Najważniejsze jest to, że zawsze będziecie idealni. Piękni. Oczywiście jest jedna mała niedogodność. To lekka gorączka. Nic strasznego. Nic, co miałoby utrudnić Wam życie w idealnych ciałach. Stan idealnego piękna wywoływany jest przez chorobę, ale cóż to za choroba, która więcej daje niż zabiera. Przecież to prawie jak cud. Manna z nieba. Nic tylko korzystać. Celebrować ideał.

Wszystko ma swoją cenę

Wstęp opisuje w wielkim skrócie zawiązanie akcji w serii “The Beauty” wydawanej przez Image Comics. Jej twórcy Jason A. Hurley i Jeremy Haun wraz z kolorystą Johnem Rauchem rzucają nas w sam środek epidemii. Choroba powodująca, że chory jest piękny rozwija się w najlepsze. Ludzie świadomie się zarażają, bo przecież nic się nie dzieje. Wszystko jest ok. Oczywiście jak to zwykle bywa nie wszyscy uznają, że jest dobrze i część społeczeństwa odrzuca idealne piękno. Niektórzy się radykalizują. Inni na tym zarabiają, a jeszcze inni próbują normalnie żyć.

Komiks Hurley’a i Hauna to po pierwsze interesujący pomysł. Kult piękna, jaki panuje, jest z jednej strony przerażający, a z drugiej wydaje się być idealnym punktem wyjścia dla historii z pogranicza thrillera i horroru. Choć w komiksie mowa jest o chorobie, to nawet w rzeczywistości, gdy nie ma ona wirusowej formy możemy powiedzieć, że istnieje, jest bardziej niż namacalna. Młodzi karmieni obrazami idealnego piękna starają się dorównać wspomnianym ideałom. Nie wszyscy sobie z tym radzą, nie wszyscy potrafią się dostosować. Moim zdaniem nie muszą, ale presja społeczna jest wielka. Nawet korzyści ekonomiczne wynikające z wykonywanej pracy są związane z tym, czy jesteśmy “ładni”. Ładni mają łatwiej, bo przecież lubimy ładne rzeczy. Tylko dlaczego stajemy się niewolnikami wyglądu?

W swoim sercu “The Beauty’ jest sztuką o moralności. Badamy granice, które my, jako społeczeństwo, jesteśmy w stanie przekroczyć, aby wyglądać dobrze. I bądźmy szczerzy, jako społeczeństwo jesteśmy zepsuci. – Jeremy Haun w wywiadzie dla VOX.com

Obrzydliwe jest to, że z jednej strony potrafimy mówić, że każdy ma prawo robić co chce, decydować o sobie w stu procentach, by po chwili mówić młodej dziewczynie, że nie jest dość ładna, dość chuda, że nie pasuje. Hipokryzję mamy we krwi. Moja mama zawsze mi powtarzała, że w życiu nie ma nic za darmo. Zawsze trzeba zapłacić. W ten lub inny sposób. To mądra kobieta. Szkoda, że bohaterowie “The Beauty” jej nie posłuchali, bo szybko okazuje się, że i ta na pozór idealna choroba ma swoją straszną cenę. W zasadzie to cenę najwyższą, którą jest życie nosiciela. Kończące się efektowną eksplozją.

Zabójcze piękno

Historia opowiadana w “The Beauty” zaczyna się jak rasowy procedural policyjny, w którym para detektywów próbuje dowiedzieć się, dlaczego jedna z osób chorych odeszła z tego świata pośród oślepiającego rozbłysku światła. Wraz z rozwojem akcji opowieść zmienia się w brutalny thriller z elementami horroru, a wszystko podlewa ogólnoświatowym spiskiem. Co istotne twórcy całą ewolucję narracji prezentują w tak naturalny sposób, że zmiana tonu historii nie razi, a wręcz intryguje. Momentami odnosiłem wrażenie, jakby czytał historię osadzoną w uniwersum “Z archiwum X” lub “Strefy mroku”.

Podobnie intryguje wykonanie. Celowo wspomniałem o koloryście Johnie Rauchu, bo jego praca jest w “The Beauty” niezwykle istotna. Twórcy zastanawiali się bowiem, jak czytelnik ma odróżnić osobę zarażoną od tej, która jest “zwyczajna”. Sęk w tym, że nie chcieli sięgać po drastyczne metody, widoczne na pierwszy rzut oka, jak na przykład inny sposób rysowania postaci, które nie są chore. Tu z pomocą przyszedł Rauch, który zaproponował grę kolorem. Polega ona na tym, że tzw. Piękności zdają się promienieć. Niby nic, a jednak jak patrzymy na strony komiksu, to czasami można wręcz odnieść wrażenie, że ich uroda wypełnia całe kadry.

Temat poruszony przez twórców daje im ogromne możliwości. Nie tylko w kwestii samego piękna i tego, jak daleko jesteśmy się w stanie posunąć, ale i wszystkiego, co z pięknem jest związane. Na przykład jak miałby wyglądać seks w świecie, w którym ludzie potrafią celowo wzajemnie się zarażać. Mnie zawsze w takich historiach interesują konsekwencje oraz relacje z kondycją współczesnego społeczeństwa. To drugie zdecydowanie nie nastraja optymistycznie, ale to już raczej wszyscy wiemy.

Jaka kochanie twoja cena, wolisz w dolarach czy wolisz w PLN-ach*?

“The Beauty” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Przynajmniej pierwsze sześć numerów, które miałem okazję przeczytać. Scott Snyder w przedmowie do wydania napisał:

Dobry horror opiera się na czystym konflikcie.

Tutaj ten konflikt występuje na kilku płaszczyznach. Dodatkowo ma interesujących bohaterów. Para detektywów, których poznajemy w pierwszym numerze nie jest może jakimś wielki odkryciem, jednak nie są nam obojętni, a dodatkowo mają warstwy. Za ich działaniami stoi motywacja nie tylko związana z tym, że muszą rozwiązać sprawę. Również ich relacja ma tutaj duże znaczenie, bo zdecydowanie widać chemię między nimi, co nie zawsze się udaje w przypadku prezentowania pary bohaterów. No i całość wygląda pięknie. Jak na komiks o pięknie przystało. To do czego można się przyczepić to fakt, że to kolejna opowieść o epidemii. Podobna w założeniu do “The Walking Dead”, co nie musi być wadą, ale niektórzy z Was mogą zarzucić serii, że w sumie jest wariacją na temat dobrze znany i ograny. Choć zombie tam nie dostrzegłem.

Prawdziwe piękno poznałem dzięki sklepowi Atom Comics, który dostarczył pierwszy tom “The Beauty” pod moje drzwi. Tam też możecie nabyć drogą kupna opisywany komiks. Warto.

* Śródtytuł nie jest mojego autorstwa. Zawdzięczacie go nieśmiertelnemu Karrambie. Nie mogłem się powstrzymać. Musiałem to tutaj umieścić.