Cierpienie może mieć wiele oblicz. Można je również wykorzystywać na wiele sposobów. W końcu wszystko zależy od kreatywności scenarzysty. Cierpienie bohatera może napędzać akcję. Może być powodem dlaczego coś się dzieje, ale i dlaczego ktoś jest taki, jaki jest. Często jest punktem wyjścia, który zdefiniuje bohatera. Rdzeniem dla przebiegu akcji. Tym definiującym bohatera elementem i powodem cierpienia może być wiele rzeczy. Rodzinna tragedia, jak u Bruce’a Wayne’a, a może niepełnosprawność wrodzona lub nabyta o czym pisałem dawno, dawno temu na blogu. Często są to odpryski rzeczywistości w świecie, któremu daleko do bycia realnym. Niektórzy bronią się przed nimi oddając się radosnemu eskapizmowi. Twierdząc, że w komiksach nie ma miejsca na realne problemy. Nie po to je czytamy, aby cierpieć razem z bohaterem. Pytanie tylko, czy aby na pewno?

Diagnoza

Nie lubimy, kiedy jest nieprzyjemnie. W sumie lubimy ładne rzeczy. Bezpieczne. Takie, które nie będą nam przeszkadzać w odpoczynku. Czytanie komiksów jest takim odpoczynkiem. Momentem dla siebie, w którym przenosimy się do świata superherosów, postaci wyimaginowanych, ale dla nas mimo wszystko rzeczywistych. Dokonujący wielkich czynów, mających swoje problemy, ale mimo wszystko radzących sobie z nimi. W tej chwili wytchnienia nie lubimy, kiedy coś nam przeszkadza, bo na co dzień mamy dość wszystkiego. Problemy w pracy, w związku, ogólna niechęć do wszystkiego. W końcu są też problemy zdrowotne. Choroby, które często budzą nasz lęk.

Jane Foster
Jane Foster/Fot. Marvel Comics

To ciekawy temat, bo kiedy się głębiej zastanowimy okazuje się, że scenarzyści komiksowi nie poddają się wspominanemu eskapizmowi. Wiedzą, że ostatecznie trzeba wrócić na ziemię i nawet, gdy przed chwilą bohater walczył w przestrzeni kosmicznej z istotą połykającą planety, to teraz już po walce musi zmierzyć się z problemami swojej nieuleczalnie chorej matki. Choć pewnie nie każdemu musi się to podobać, to takie podejście do sprawy służy nie tyle dręczeniu biednego czytelnika i usilnym mu przypominaniu, że świat nie jest sprawiedliwy, co wskazaniu, że jest pewien problem, o którym warto pamiętać.

Działa tutaj ten sam mechanizm, który jest obecny w historiach poruszających temat niepełnosprawności. Widząc, że heros, którego podziwiamy musi zmagać się z wpływającą na jego życie chorobą możemy brać z niego przykład. Wiem, że może to brzmieć absurdalnie, ale dla wielu – szczególnie młodych czytelników – komiksy są ucieczką od rzeczywistości, ale i pomocą. Formą terapii, pokazania im, że nawet, gdy jest bardzo źle, to jest nadzieja, że los się odwróci. Scenarzyści bardzo dobrze zdają sobie z tego sprawę i zręcznie wykorzystują motyw choroby w swoich opowieściach.

To choroba ciała

Kiedy udowadniałem, że Superman nie jest nudnym bohaterem wspominałem o pewnym komiksie, który każdy powinien przeczytać. Tym komiksem jest “All-Star Superman” Granta Morrisona i choć można tego scenarzysty nie lubić, to w wypadku tej historii wpadł na bardzo prosty, ale działający na wyobraźnię, pomysł. Na początku opowieści okazało się bowiem, że w wyniku splotu nieszczęśliwych wypadków Człowiek ze Stali umiera. Lekarz przedstawił swoją diagnozę i wydał wyrok. Niepokonany Clark Kent został poinformowany, że ma nie ma całego czasu tego świata. Musi coś ze sobą zrobić. Opcji jest wiele. Może się poddać i po prostu czekać na śmierć, ale może też wziąć sprawy w swoje ręce i wykorzystać pozostały czas najlepiej jak się tylko da. Choroba, którą można porównać do nowotworu, staje się punktem wyjścia dla opowieści o poświęceniu, ale i rozliczeniu się z samym sobą. Widmo śmierci sprowadza tę niemal boską istotę do poziomu zwykłego człowieka.

Komiks "All-Star Superman"
“All-Star Superman” Grant Morrison i Frank Quitely/DC Comics

Podobnie “wykorzystano” chorobę Jane Foster. Czytelnicy w pewnym momencie dowiedzieli się, że Jane cierpi na raka piersi. Patrzyli na nią jak poddawana jest kolejnym chemioterapiom. Jednocześnie sprawili, że Jane przy całym swoim cierpieniu ma siłę na to, aby stać się Thorem. Ma siłę na to, aby pomóc innym nawet za cenę pogorszenia własnego stanu, bo to właśnie jest skutkiem obcowania z mocą płynącą z młota. Tak naprawdę z całej historii to obraz schorowanej Jane najbardziej zapada w pamięć. Niewygodny, ale tak namacalnie prawdziwy. Nie chodzi tylko o przypomnienie, że jest coś takiego jak nowotwór piersi, ale bardziej ubranie w coś widocznego i namacalnego naszego strachu. Tak samo jest w przypadku HIV, na które cierpi Mia Dearden (Speedy) w uniwersum DC Comics. Obecność wirusa powoduje, że jako superbohaterka musi szczególnie uważać w trakcie walki. Nie mam pojęcia jak czują się nosiciele HIV, ale cieszy mnie to, że i ten temat nie jest pomijany. Zresztą zaskoczenie w tym wypadku sprowadzało się głównie do tego, jak scenarzyści wyjaśnili powodu zarażenia. Okazało się bowiem, że Mia w dzieciństwie zmuszana była do prostytucji. Tym samym wprowadzono do świata komiksu kolejny społecznie istotny temat bez patrzenia na nasz świat przez palce.

Niektóre schorzenia pojawiające się w komiksach działają na wyobraźnię jeszcze bardziej, bo ich obecność i istotna rola w fabule wynika z doświadczeń autora. Najlepszym przykładem takiego zapisu walki z chorobą są “Rycerze świętego Wita” Davida B. Komiks powstawał przez siedem lat i jest przejmującym wspomnieniem walki z potworem, którym przejął kontrolę nad jego starszym bratem Jeanem-Christophem. Nie tylko ubiera w rysunki gniew, cierpienie i strach, ale pokazuje też, jak choroba potrafi zawładnąć ludźmi z otoczenia chorego. Jak bardzo przejmuje kontrolę nad praktycznie każdym aspektem ich życia. W końcu rodzice Davida B. szukając pomocy decydowali się prosić o nią nie tylko lekarzy, ale znachorów czy guru, którzy obiecywali poprawę. Siłą tego komiksu jest nie tylko gigantyczny ładunek emocjonalny, ale i pomysł. Rysunki zmieniające się wraz z postępami choroby, ucieczka w świat wyobraźni, w której dręczące wszystkich schorzenie skojarzone jest z potworami, z którymi walczą dzielni rycerze.

Doświadczenie szaleństwa jest bardzo podobne do doświadczenia kogoś, kto nie jest traktowany poważnie. – Katy Waldman

Tak jak u Davida B. choroba była częścią wspomnień tak u Charlesa Burnsa stała się integralną częścią całej opowieści. Choć w tym wypadku nie mówiliśmy o prawdziwym schorzeniu, to i tak udało się Burnsowi stworzyć historię bardzo zapadającą w pamięć. Wykorzystał bowiem wirusa przenoszącego się drogą płciową i atakującego młodych ludzi. Efekty jego działania są widoczne praktycznie dla każdego, bo powodują zmiany na ciele chorego. Choroba u Burnsa jest metaforą zepsucia społeczeństwa, ale przede wszystkim wizualizacją problemów wieku dojrzewania. Podobny zabieg zastosowali Jason A. Hurley i Jeremy Haun w serii “The Beauty”. Choroba, która tam się pojawia, jest metaforą dla kultu piękna i pogoni za idealnym wizerunkiem samego siebie. Wirus poprawia nasz wygląd, ale przy okazji zmienia ciało w chodzącą bombę zegarową. Człowiek musi podejmować decyzje, co jest dla niego ważniejsze.

Rycerze Świętego Wita
Rycerze Świętego Wita/Fot. Kultura Gniewu

Przykładów puszczania wodzy fantazji jest jeszcze więcej. Wielokrotnie wspominany na blogu Brian K. Vaughan w serii “Y: Ostatni z mężczyzn” zaprezentował, co by się stało, gdyby tajemnicza choroba nagle wybiła większość męskich osobników na świecie. Z kolei u Warrena Ellisa w “Transmetropolitan” kontakt z pewnym pyłkiem wywołuje stan choroby podobny do Parkinsona połączonego z Alzheimerem. I właśnie na takie schorzenie cierpi główny bohater serii “Transmetropolitan”. Prawdziwym ukoronowaniem szalonych pomysłów, w których główną rolę odgrywają choroby jest The Jigsaw Disease z komiksów, których bohaterem jest Sędzia Dredd. Choroba powoduje, że cierpiący na nią nieszczęśnik znika kawałek po kawałku. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma nią lekarstwa. Jedyne, co może pomóc choremu to specjalny lek, który przyśpiesza jej działanie, aby zmniejszyć cierpienia ofiary.

To choroba umysłu

Cierpienie z powodu choroby nie dotyka tylko ciała bohaterów. Znacznie częściej dużo bardziej poszkodowany jest ich umysł. W serii “The Empty Man” tworzonej przez Cullena Bunna i Vanesę R Del Rey choroba doprowadza zarażonych do obłędu. Wywołuje halucynacje, które ostatecznie sprawiają, że chory może skrzywdzić nie tylko siebie, ale i bliskich. Swoją drogą wspomniana seria jest naprawdę interesująca i jak siły zła pozwolą doczekamy się filmu na jej podstawie. Jedna z najciekawszych postaci Marvela, czyli Jessica Jones, cierpi na zespół stresu pourazowego. Jej wspomnienia tego do czego zmuszał ją Kilgrave odcisnęły na niej piętno, które jednocześnie zdefiniowało ją jako postać i pchnęło do porzucenia mrzonek o superbohaterstwie. Choć jeżeli chodzi o Jones jej problemy traktujemy jako nieodłączną część tej postaci, to przy okazji należy pamiętać, że efekty stresu pourazowego mogą dotknąć każdego. Wystarczy wspomnieć ofiary gwałtu, które latami potrafią dochodzić do siebie, co często nie jest możliwe bez specjalistycznej pomocy.

Zespół stresu pourazowego – zaburzenie psychiczne będące formą reakcji na skrajnie stresujące wydarzenie (traumę), które przekracza zdolności danej osoby do radzenia sobie i adaptacji. Pośród tego rodzaju wydarzeń wymienić można działania wojenne, katastrofy, kataklizmy żywiołowe, wypadki komunikacyjne, bycie ofiarą napaści, gwałtu, uprowadzenia, tortur, uwięzienia w obozie koncentracyjnym, doświadczenie ciężkiego bad tripu, otrzymanie diagnozy zagrażającej życiu, choroby itp. – źródło

Przy wszelkiego rodzaju zaburzeniach psychicznych warto zatrzymać się na dłużej, bo to z jednej strony często wykorzystywany motyw, ale jednocześnie rzadko zdarza się, aby ktoś wykorzystał go w naprawdę intrygujący sposób. Wynika to z tego, że złe wykorzystanie stygmatyzuje każdego, kto sam zmaga się z chorobą. Przez traktowanie tematu choroby psychicznej tylko jako “cool” motywu i uzasadnienia dla dziwnego zachowania postaci sprawiamy, że automatycznie przypinamy im łatkę wariatów. Co innego, gdy ta sama choroba prezentowana jest tak, jak to zrobił wspominany już David B. w przypadku epilepsji, czyli jako wróg, z którym można walczyć. Nie zawsze się wygrywa, ale z odpowiednią pomocą jest to możliwe.

Tym bardziej, że komiksy są świetnym miejscem do prezentowania owej walki. Niektóre tytuły takie jak np.:

  • “Marbles: Mania, Depression, Michelangelo, and Me” – Ellen Forney
  • “Look Straight Ahead” – Elaine M. Will
  • “I Do Not Have an Eating Disorder” – Khale McHurst

Nie tyle mówią o samej chorobie, aby pokazać, że istnieje, co świetnie ją wyjaśniają. Tym samym pozwalają czytelnikowi zrozumieć, co czuje osoba chora. Zapytacie po co? Ano po to, aby więcej osób zaczęło traktować zaburzenia psychiczne inaczej. Przyjrzało się problemowi lub po prostu przyjęło do wiadomości, że on istnieje. W kontrze tym, którzy twierdzą, że na przykład depresję da się wyleczyć poprzez samodzielne przeprogramowanie mózgu.

Dotknięty traumą Bruce Wayne zakłada kostium po to, aby zmierzyć się ze swoimi problemami. – William Kuskin, profesor na Uniwersytecie Colorado

Batman czy wielu innych herosów są wręcz zbudowani na zaburzeniach psychicznych. Hulk, Hank Pym, Moon Knight czy w końcu Rorschach to tylko niektóre z przykładów. Oczywiście jak zawsze w prezentacji bohatera można schodzić na różne poziomy. Na przykład w niektórych historiach, których bohaterem jest Moon Knight panuje tak depresyjny klimat wynikający ze stanu psychicznego bohatera, że naprawdę ciężko je spokojnie czytać.

The Empty Man
The Empty Man/Fot. Boom Comics

Tak czy inaczej choroba psychiczna w komiksie obecna jest od dawna i jest jeszcze jeden powód, dla którego tak dobrze do niego pasuje. W pewnym sensie nadaje jej namacalną strukturę, którą zrozumie osoba zdrowa. Dotyczy to nie tylko zaburzeń psychicznych, ale i problemów fizycznych. Ubiera w rysunki coś, co dla niektórych jest niewyobrażalne. W ten sposób znajdujemy w tym wszystkim sens i ostatecznie po prostu rozumiemy. Tylko tyle i aż tyle.

Fot. tytułowa to fragment grafiki promującej serial “Legion” sieci FX