Jeżeli nie macie, co robić z pieniędzmi, to znaleźliście się w odpowiednim miejscu i prawdopodobnie w odpowiednim czasie. Kontynuując wymienianie komiksów, które należy przeczytać przed śmiercią – moją lub Waszą – przygotowałem kolejną piątkę tytułów wartych uwagi. Przypominam jednocześnie, że jest to wybór subiektywny. Podyktowany doświadczeniem, nadmiarem zup z proszku oraz poczuciem, że zawsze mam rację. Jak nie mam, to coś się wymyśli.

W poprzedniej odsłonie polecałem:

  • Miraclemana,
  • Łowcę,
  • Mysią Straż,
  • Gotham Central,
  • Sandmana.

Mocny zestaw. Choć poniższy może okazać się równie mocny. Według niektórych z Was być może nawet mocniejszy. Bo jak mówią w Etopii każdemu jego ponczo. Jak tak nie mówią to powinni. Ponczo fajna rzecz. Wróćmy jednak do komiksów.

“Mind MGMT” – Matt Kindt

Podobno Dark Horse skończyło się na “Kill’em All”. Podobnie jak Vertigo. Finito. Nic ciekawego już się nie ukazuje. Pora umierać, bo nie ma ciekawych komiksów, a wszystko, co interesujące i oryginalne pojawiło się przed I wojną burską. Być może. Choć jeżeli nie wierzycie w te brednie – bo na przykład uważacie, że wszystko, co oryginalne i interesujące pojawiło się po II wojnie burskiej – to być może powinniście sięgnąć po “Mind MGMT”. Seria stworzona przez Matta Kindta to mieszanka powieści szpiegowskiej, teorii spiskowych i parapsychologii. Przez trzy lata ukazywania się wodziła czytelników za nos. Gmatwając fabułę niczym serial “Lost” – zresztą komiks zaczyna się od tego, że w trakcie pewnego lotu sprawy przybierają fatalny obrót. Tytułowe “Mind MGMT” to tajna agencja szpiegowska, której członkowie nie mogą zostać uznani za normalnych. W jej składzie są nieśmiertelni zabójcy, delfiny o wyjątkowych umiejętnościach parapsychicznych czy wreszcie człowiek, który potrafi zabijać innych poprzez wskazanie swojego celu. Tak po prostu. Seria Kindta jest dziwna, pokręcona, ale i wciągająca. Jednak na liście nie znalazła się dlatego, że jest tylko dobra. Jest tu, bo miesza czytelnikowi w głowie, a to potrafi mało który komiks. Czujcie się ostrzeżeni.

“Invincible” –  Robert Kirkman (scenariusz), Cory Walker (rysunki)

Tuż przed tym, jak Robert Kirkman dał światu najsłynniejszy komiks o gnijących zwłokach przygotował coś, co powinno zainteresować fanów komiksu superbohaterskiego. Razem z Corym Walkerem dał nam “Niezwyciężonego”. Kirkman jest prywatnie ogromnym fanem superbohaterów. W szczególności Spider-Mana czego przejawem jest fakt, że jego syn nazywa się Peter Parker Kirkman. Jak każdy fan tworzł w głowie wizję komiksu idealnego. Takiego, który zbierze wszystkie ukochane motywy i sprawi, że będzie można umierać w spokoju. I choć “Invincible” nie jest komiksem idealnym, to na pewno jest wytworem miłości. Laurką wystawioną całej historii opowieści o superbohaterach. Stworzony na potrzeby Image Comics nie bawi się w żadne ambitne dekonstrukcje, nie próbuje wymyślać elektryczności na nowo. Zamiast tego oferuje czystą rozrywkę złożoną ze znanych motywów. Co ciekawe seria choć długa jakimś cudem broni się przed wpadaniem na mielizny. No dobrze, są tam momenty gorsze, ale ogólnie jest po prostu dobrze. Cały czas, przez ponad 100 numerów. Jednak nie to jest jego największą zaletą. Kiedy zabierzecie się za lekturę zrozumiecie, że świat i bohaterowie zmieniają się tak jak zmienia się świat wokół nas. Teoretycznie nic w tym specjalnego, a w praktyce mało który twórca potrafi tak prowadzić swoich bohaterów, aby ci nie sprawiali wrażenia wyciętych z tektury.

“Sex Criminals” – Matt Fraction (scenariusz), Chip Zdarsky (rysunki)

Seks jest spoko. Tam spoko. Seks to świetna rzecz. Dlatego komiks z seksem w tytule też musi być świetny. I faktycznie seria stworzona przez Matta Fractiona jest świetna. Fraction ma wyjąkowy talent do tworzenia historii, w których normalny człowiek znajduje się w nienormalnych okolicznościach. Oczywiście bardziej zorientowani w rynku superbohaterskim podadzą za przykład “Hawkeye’a”, w którym to Clint Barton choć jest członkiem Avengers to tak naprawdę nie to jest w nim najciekawsze. Zajmujące jest bowiem to, że Barton jest zwykłym gościem. Zbiera oklep, lubi wypić piwko i upiec karkówkę. Nic nadzwyczajnego, a jednak czyta się jego przygody z wyjątkową uwagę. W “Sex Criminals” też mamy takiego bohatera. Konkretnie bohaterkę imieniem Suzie. Na pierwszy rzut oka Suzie jest zupełnie normalną kobietą. Pracuje w bibliotece. Jest taka jak Ty czy ja. Pozornie, bo:

Jej orgazmy potrafią zatrzymać czas.

Powtórzę, bo może ktoś po prostu przeskoczy poprzednie zdanie i nie zrozumie tego, co napisałem:

Jej orgazmy potrafią zatrzymywać czas.

Dzieje się tak za sprawą oddawania się miłosnym igraszkom z Jonem, aktorem, którego poznała w trakcie imprezy. Okazuje się bowiem, że ta dwójka świetnie się uzupełnia i w pewnym momencie stwierdzają, że wykorzystają efekty swoich uniesień do tego, aby obrabować bank, w którym Jon pracuje w przerwach, gdy nie próbuje być aktorem. Oczywiście rabują go w szczytnym celu, którym jest ratunek dla biblioteki, w której pracuje Suzie. Nim jednak zaczniecie opowiadać sobie głupie dowcipy na temat seksu informuję, że “Sex Criminals” choć ma miejsce dla wielu zabawnych momentów jest przede wszystkim dowodem, że o naszej seksualności i intymności można opowiadać bez wywoływania poczucia zażenowania. Seks jest ciągle tematem tabu, na szczęście nie u Fractiona.

“Nowa Granica” – Darwyn Cooke

O komiksie Darwyna Cooke’a napisałem osobny tekst, więc nie chcę się powtarzać. Poniżej fragment tego tekstu:

Gdyby komiks Cooke porównać do czegoś, to oprócz tego, że jest to eksperyment, to jest to też pełen miłości list do czasów, dzięki którym tacy artyści jak on znaleźli się w miejscach, w których mogli tworzyć własne historie. To hołd oddany początkom herosów, którzy teraz zarabiają miliardy dolarów już nie tyle dla swoich twórców, co dla setek ludzi pracujących przy przenoszeni ich przygód na wielki ekran czy produkowaniu kolejnej linii zabawek. Cooke nie stara się na siłę odpowiedzieć na pytanie, jakie były początki fenomenu. Raczej stara się wyrazić swój podziw dla przeszłości pozostając w zgodzie z teraźniejszością.

To arcydzieło. Tak po prostu.

“Saga o Potworze z Bagien” – Alan Moore (scenariusz), Stephen Bissette i John Totleben (rysunki)

“Saga o Potworze z Bagien” to dowód na to, że we wprawnych rękach utalentowanego twórcy średnią historię można zmienić w coś wyjątkowego. Postać Potwora powstała w latach 1972 roku za sprawą Lena Weina i Berniego Wrightsona. Historie z lat 70. zainspirowały Alana Moore’a, który razem ze Stephenem Bissettem i Johnem Totlebenem dodał do postaci Swamp Thinga odrobinę swojego geniuszu. Konkretnie skupił się na jego psychice. Razem z rysownikami wzmocnił mroczny klimat historii o człowieku, który w wyniku nieszczęśliwego wypadku zmienił się w bestię. Choć tego bohatera stworzyli Wein i Wrightston, to właśnie Moore odcisnął na nim największe piętno i zmienił w coś więcej niż kolejną ofiarę eksperymentów czy wybuchów bomb. Co ważne, to “Saga” była pierwszym zleceniem Moore’a w USA. Zadanie dostał trudne, bo seria choć na początku popularna powoli traciła na znaczeniu. Ostatecznie początkujący scenarzysta nie tylko serię uratował, ale i sprawił, że powstawała wokół niej silna baza fanów. Co oprócz skupienia się na psychologii jest w niej takiego przełomowego? Kilka rzeczy:

  • Jest skierowana tylko do dojrzałych czytelników,
  • Była bodaj pierwszą pozycją, która zerwała z założeniami Kodeksu Komiksowego,
  • Wreszcie to tutaj pojawił się po raz pierwszy John Constantine, który później uwodził fanów w serii “Hellblazer”.

Uprzedzam jednak, że czas odcisnął swoje piętno na tym komiksie, szczególnie w warstwie graficznej, dlatego nie każdy musi się dobrze przy nim bawić. Co nie zmienia faktu, że dla komiks w ogóle to jeden z kluczowych tytułów. Nawet pomimo tego, że opowiada o potworze pokrytym mchem.

To tyle w tej części. Kolejna znając życie za pół roku.