Dekonstrukcja mitu superbohatera. Każdy kto czyta lub czytał komiksy najpewniej słyszał to zdanie. Wielce prawdopodobne, że słyszał je w kontekście Alana Moore’a, który przez całą swoją karierę nie ukrywał jednej rzeczy:

Nie przepadam za superbohaterami. – Alan Moore w swojej głowie

Powyższą wypowiedź wymyśliłem, ale jeżeli Moore tak nigdy nie powiedział, to na pewno tak myślał. W wywiadach otwarcie mówi, że superbohaterowie to kulturowa katastrofa. Nim jednak fani rzucą się na niego twierdząc, że oszalały dziad zgłupiał należałoby się przyjrzeć temu, dlaczego Moore tak mówi. To są rozważania na inną okazję, bo jednej rzeczy słynnemu scenarzyście nie można odebrać. Tego, że przez sposób w jaki postrzega herosów udało się stworzyć kilka legendarnych już historii i postaci. Choć przy frazie dekonstrukcja superbohatera po znaku równości najczęściej pojawiają się “Strażnicy”, to nim w 1986 roku ukazali się na rynku był on, Marvelman.

Farbowany lis

Historia zna wiele przypadków, gdy jeden bohater wyjątkowo mocno przypomina innego. Powstało na ten temat kilka sporych rozmiarów artykułów, ale i kilka filmików, które może nie wnoszą do dyskusji nic nowego, ale zawsze przyjemnie się je ogląda. W końcu czasami może się okazać, że kopia jest lepszą lub po prostu bardziej interesującą postacią niż oryginał. Miracleman też jest efektem nadmiernej “inspiracji”. Kiedy w 1938 roku rynek amerykański zaczął podbijać pewien kosmita z planety Krypton inne wydawnictwa zauważyły, że to może być droga do szybkiego zarobku. Jak grzyby po deszczu zaczęli pojawiać się herosi, którzy byli kopiami Supermana. Detective Comics i National Comics Publications wspólnie walczyły z wszelkimi przejawami kopiowania postaci, która wkrótce miała stać się popkulturową ikoną na skalę globalną. Do jednego z takich starć doszło na linii wspomnianej dwójki i Fawcett Publications, które w latach 40. XX wieku wydawało komiksy o Kapitanie Marvelu – tym samym, który później stanie się szerzej znany jako Shazam. Nie chodziło tutaj o zwykłą walkę z potencjalnym plagiatem, a działania mające zwalczyć konkurencję. Kapitan Marvel w pewnym momencie stał się po prostu bardziej dochodowy niż Superman – a przynajmniej tak twierdzą niektórzy.

Superman jest istotą pozaziemską z upadłej cywilizacji, popową wersją Mojżesza. Swoje niezwykłe umiejętności zawdzięcza działaniu Słońca a za dnia ukrywa się w przebraniu reportera-fajtłapy. Z kolei Kapitan Marvel to dwunastoletni chłopiec obdarowany nadludzkimi mocami przez pradawnego maga. Każdy z jego atrybutów odwoływał się do mitycznych bogów i herosów znanych z obrębu mitologii śródziemnomorskiej. Podobieństwa były więc tylko zewnętrzne, czyli w posturze ciała i posiadanych mocach, jak również w wykonywanym przez bohaterów zawodzie. Pomimo silnej argumentacji i doprowadzenia sprawy aż do drugiej instancji sprawa zakończyła się niekorzystnie dla twórców Kapitana Marvela. – Michał Chudoliński w tekście o prawnych losach Miraclemana

Napisałem o batalii, bo nikt nie przypuszczał, że cała sprawa rozciągnie się na 12 lat. Ostatecznie choć Kapitan Marvel faktycznie mógł zostać obroniony jako oryginalny pomysł sąd przyznał rację National Comics Publications. Uznał bowiem, że Fawcett Publications naruszyło własność intelektualną firmy, która w przyszłości stanie się DC Comics i żeby było zabawniej Shazam stanie się jedną z postaci nowego uniwersum. Fawcett Publications nie miało wyjścia. Zrezygnowało z wydawania swoich historii, a nawet zamknęło cały dział odpowiedzialny za komiksy. Zapytacie, gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla Miraclemana?

Jego miejsce jest w Wielkiej Brytanii. Konkretnie w firmie L. Miller & Son, Ltd. Jej właściciel, Len Miller, uważnie śledził rozwój wypadków za Oceanem, bo niekorzystny dla Fawcett Publications wyrok był dla niego wyrokiem śmierci. Wszystko przez to, że jego firma wydawała przedruki z przygodami Kapitana Marvela. I tak jak bohater cieszył się uznaniem nastolatków w USA, tak samo cieszył się nim w kraju, który uważa się za kontynent. Miller miał jednak głowę na karku, a jak się później okazało i odrobinę szczęścia. Nie zwlekając wiele przerobił Kapitana Marvela na Marvelamana. Wraz z Mickiem Anglo nie poprzestał tylko na głównym bohaterze. Przerobili całe uniwersum. Same zmiany były czysto kosmetyczne i patrząc na doświadczenia jego partnerów ze Stanów Zjednoczonych mimo wszystko Miller powinien przygotować się na pozew sądowy. W końcu, jeżeli National Comics Publications wygrało w walce o Kapitana Marvela, to wygra i w batalii o Marvelmana. Nic bardziej mylnego. Pozew nigdy nie wpłynął do firmy.

Nie oznaczało to jednak, że firma Millera zarabiała ciężarówki pieniędzy. Ostatecznie upadli w 1963 i wraz z ich upadkiem pojawił się jeden problem, który później stał się podstawą dla innych problemów. Nie wiadomo było, kto tak naprawdę jest właścicielem praw do blond herosa. Czy Miller, czy może jego współpracownik Mick Anglo? Bez dokumentów na korzyść Millera i przekonaniem Anglo, że to on jest właścicielem sytuacja wydawała się nie do rozwiązania. Pogmatwała się jeszcze bardziej, gdy na początku lat 80. XX wieku Dez Skinn, były redaktor Marvela, zaczął w Wielkiej Brytanii wydawać swój magazyn komiksowy “Warrior”. Skinn wychował się na przygodach Marvelmana i bardzo chciał przywrócić go fanom. Rzecz w tym, że z puntu widzenia prawa nie mógł tego zrobić. Na szczęście zarówno on, jak i wtedy jeszcze nieznany Alan Moore, się tym nie przejmowali. Moore zabrał się do pracy i przygotował coś, co było pierwszym naprawdę mrocznym i brutalnym obrazem superbohaterów. Dokonał wspominanej dekonstrukcji, a sposób w jaki to zrobił nadal stawiany jest jako wzór. Nawet jeżeli była to tylko wprawka przed jego magnum opus.

Kimota!

Walka o prawa miała trwać dalej. Gdzieś po drodze Marvelman został przemianowany na Miraclemana. Do starć prawnych włączyli się i Neil Gaiman, i Todd McFarlane. Ostatecznie wszystko skończyło się na tym, że Miracleman trafił do Marvela, który po prostu odkupił prawa do niego od jedynej osoby, którą można było jeszcze uznać za twórcę postaci, czyli Micka Anglo. Wspominam o tym wszystkim, bo batalia o prawa do Miraclemana jest jedną z najbardziej fascynujących w historii komiksów, a po drugie nierozerwalnie wiąże się z jego historią. Jej finał jest też istotny w kontekście samego Alana Moore’a, który na aktualnych wydaniach przygód Miraclemana funkcjonuje jako “Pierwotny scenarzysta”, bo Brytyjczyk nie chce mieć nic wspólnego z Marvelem.

Wróćmy jednak do wagi historii serwowanych przez Moore’a. Kiedy zabierał się za przygody Michaela Morana postawił sobie trzy pytania:

  • Co jeżeli wszystko, co wiesz o powstaniu słynnych bohaterów to kłamstwo, a prawda ci się nie spodoba?
  • Co by się stało, gdyby zwykli ludzie w naszej rzeczywistości zyskali supermoce?
  • Dlaczego nie stworzyć bohatera, który jest po prostu jak bóg?

Niby nic odkrywczego, ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach i sposobie wykonania. Koncept Moore’a był prosty, ale niezwykle nośny. Oto poznajemy wspomnianego Michaela Morana, który ma za sobą kilkadziesiąt lat historii, które znali ci, których młodość przypadała na lata wydawania oryginału przez firmę Millera. Moore rozprawił się z “origin story” i przedstawił własne. Co ważne nie udawał, że to pierwotne w ogóle nie istniało. Zamiast tego zaprezentował je jako wspomnienie i ostatecznie wyśmiał za pomocą jednej z bohaterek. Moran jest zwykłym facetem. Nie jest lepszy lub gorszy niż Ty czy ja. Już na samym początku poznajemy go jako zrezygnowanego fotografa freelancera, który stara się wiązać koniec z końcem w smutnej Anglii czasów Margaret Thatcher. Wszystko zmienia się, gdy nagle przypomina sobie jedno słowo. Kimota. Wypowiedziane przez Morana sprawia, że znika gdzieś gość w średnim wieku, a na jego miejscu pojawia się boska istota. Miracleman.

Miracleman
Miracleman

Wraz z fantastycznym Garrym Leachem udało mu się stworzyć historię ponurą, brutalną, rozprawiającą się z kliszami, na które cierpi wielu superbohaterów. Okazało się, że 28-letni Moore lepiej rozumie duszę superbohatera i konsekwencje jego istnienia niż wielu starszych od niego kolegów po fachu, którzy często oferowali kolejne podobne do siebie opowieści. Ich produkcja przypominała wytwarzanie długopisów w fabryce. Każdy kolejny przypominał poprzednika. Tymczasem Moore przekraczał granice. Dla niektórych również te dobrego smaku. To u niego jeden z bohaterów rzuca dzieckiem o ścianę i choć przed niechybną śmiercią malucha ratuje Miracleman krytycy wiedzieli, że coś jest na rzeczy. Nikt nigdy się na coś takiego nie zdecydował. Moore pokazał, że gdyby na naszym podwórku ścierali się bogowie to nikt nie mógłby czuć się bezpieczny. Rozbił w pył przeświadczenie, że cywil nie istnieje. Istnieje, ale przy okazji nie ma absolutnie żadnego znaczenia, gdy staje oko w oko z bogiem. Efektem tego myślenia stała się najbrutalniejsza plansza w historii medium. Obraz zniszczonego miasta, które długo uznawano za “najgorsze”, co zrodził współczesny komiks. Oczywiście od czasu Moore’a i Leacha pojawiły się inni, jak choćby seria “Crossed”, ale gdy weźmiecie pod uwagę kontekst całej opowieści to wspomniany panel nadal robi piorunujące wrażenie.

Piec mojej duszy

Opowieść snuta przez Moore’a nie jest może zawsze najlepiej napisana, ale nie można jej odmówić wyjątkowego klimatu. Czytając przygody Miraclemana bez przerwy odczuwamy obecność czegoś większego. Jakiegoś zagrożenia, które zbliża się coraz bardziej i już za chwilę, za momencik pokaże się bohaterowi i nic już nie będzie takie jak wcześniej. W oczekiwaniu na jego nadejście zobaczycie jak rodzi się bóg – dosłownie – jak giną niewinni i co kryje się w duszy istoty, która może wszystko, ale niekoniecznie wszystko chce. “Miracleman” Moore’a po swojej premierze stał się wzorem dla kolejnych artystów. Kamyczkiem, który uruchomił lawinę rewizjonizmu. W komiksie superbohaterskim znalazło się miejsce dla psychologii, dla analizy postaci i jej czynów. Herosi zyskali dodatkowy wymiar. Przestali być tekturowi.

To istotne stwierdzenie, bo niektórzy po lekturze mojego tekstu mogą pomyśleć, że oryginalność “Miraclemana” wynikała z tego, że komiks był brutalny i mroczny. Był, ale przy okazji oferował dużo więcej. Oferował spojrzenie w głąb postaci. Zadawał trudne pytania i nie oferował nam odpowiedzi, których często musimy szukać sami. Sam Moore rozmyślnie posługuje się faszystowską estetyką. Odwołuje się do życia w utopii, ale i antyutopii. Sięga po mitologię. Ostatecznie robi jednak coś jeszcze, co świetnie podsumował Jose Hartvig de Freitas:

Eksponując wady historii z lat pięćdziesiątych autor Miraclemana oddawał im cześć – udowodnił, że historie o superbohaterach mogą być mądrzejsze, wrażliwsze i dojrzalsze bez konieczności zapominania o ich pełnej beztroski przeszłości. Bohaterowie mogli się zmieniać, ewoluować, a jednocześnie nadal pozostawać sobą. Takie podejście do tematu superbohaterów na zawsze pozostanie wielkim dziedzictwem Miraclemana. Scenarzysta zdołał wykorzystać na wpół naiwne i śmieszne opowiastki o herosach ze swego dzieciństwa i pokazał światu, ze wszystko, co w nich zaszło można połączyć w nową historię, która zaprowadziła bohatera w świat dorosłych. I udało mu się tak bardzo, że nie sposób o tym zapomnieć. –  z wstępu do polskiego wydania “Miraclemana” od Mucha Comics

Wpływ Miraclemana na medium jest widoczny cały czas. I choć częściej wskazuje się na “Strażników” czy “Powrót Mrocznego Rycerza”, to właśnie “Miracleman” jest pierwszym komiksem, który nie bał się potraktować superbohaterów inaczej. I tak, później nadszedł rekonstrukcjonizm, ale to już opowieść na inną okazję.

Nieprzeczytane.plTekst powstał przy współpracy z księgarnią internetową niePrzeczytane.pl.