Dla komiksów nie ma tematów tabu. Niestety często te tematy traktowane są trochę po macoszemu. Z niepełnosprawnością w komiksie jest podobnie. Niby są bohaterowie z ograniczeniami, ale w rzeczywistości nie zostaje dotknięte sedno problemu. I o tym będzie ten tekst.

Coś za coś

Doctor Mid-Nite
On był pierwszy

Kiedyś myślałem, że pierwszym niepełnosprawnym bohaterem był Profesor X. Przekonałem się jednak, że wiele lat nim Charles Xavier zaczął poruszać się na wózku pojawił się Doctor Mid-Nite. Pierwszy niepełnosprawny superbohater, którego wykreowało DC Comics. Charles McNider był chirurgiem, który stracił wzrok w wyniki eksplozji ładunku wybuchowego. Narodził się w 1941 roku za sprawą scenarzysty Charlesa Reizensteina i rysownika Stanley’a Josephsa Aschmeiera. Mid-Nite był niewidomy, ale tylko za dnia. Okazało się bowiem, że w zupełnych ciemnościach widzi lepiej niż w pełnym słońcu, gdy jego oczy były zdrowe. Wspominam o tym dlatego, że przez dekady niepełnosprawność była traktowana przez większość wydawców tak samo. To znaczy bohater tracił coś, ale jednocześnie zyskiwał coś, co sprawiało, że jego niepełnosprawność nie miała większego znaczenia. Kolejnym bardzo dobrym przykładem jest Matt Murdock. Daredevil też stracił wzrok, ale jednocześnie jego zmysły stały się tak czułe, że sam zmienił się w ruchomy radar. Tym samym jego niepełnosprawność była tylko pretekstem do tego, aby dać mu moc. Zrobić z niego bohatera. Sama moc rekompensowała stratę na tyle, że można zadać sobie pytanie, czy jest on niepełnosprawny skoro radzi sobie lepiej niż w stu procentach zdrowe osoby. Scenarzyści i rysownicy zaczęli zwracać uwagę na to, że takie podejście do niepełnosprawności nie dotyka tego tematu tak jak trzeba. Bohaterowie nią dotknięci tak naprawdę nie różnią się zbytnio od reszty postaci.

Bohaterowie tacy jak Daredevil mają supermoce, które rekompensują ich ograniczenia. To nie jest ani realistyczne, ani sprawiedliwe. Potrzebujemy więcej postaci, które będą wiarygodnymi przedstawicielami osób niepełnosprawnych zamiast tych, których niepełnosprawność jest „przykryta” przez moce.

Profesor X
Wózek nie jest tu najważniejszy

Powyższy cytat to słowa Ala Davisona. Brytyjskiego twórcy, który pracował m.in. przy „Hellblazerze” czy „Doktorze Who”. Sam porusza się na wózku, więc bardzo dobrze rozumie omawianą sprawę. Chodzi tu przede wszystkim o to, że obcując z Daredevilem nie czuliśmy się tak, jakbyśmy obcowali z osobą niewidomą. W żadnym stopniu nie wynosimy z kontaktu z nim niczego, co zbliży nas do zrozumienia jak funkcjonuje ktoś, kto stracił wzrok. To się zmieniło, gdy serię przejął kilka lat temu Mark Waid. Chyba jako pierwszy skupił się na tym, jak niewidomy odbiera świat. To ciągle był Daredevil, ale mimo wszystko inny niż ten, do którego się przyzwyczailiśmy.

Podobnie ma się sprawa z Profesorem X. Zwróćcie uwagę na to, że owszem wiemy, iż Xavier jeździ na wózku, ale ten fakt nie ma praktycznie żadnego wpływu na fabułę. Ważniejszy jest jego intelekt oraz moc, którą posiada jako mutant. Jak pojawia się bohater w okularach to nosi je najczęściej dlatego, że ukrywa swoją prawdziwą tożsamość – Superman – albo musi je nosić, aby nie zniszczyć otoczenia – Cyclops. Nie ma bohatera, który ma bardzo słaby wzrok i nosi okulary dlatego, że bez nich nie przeczyta składu swoich ulubionych płatków śniadaniowych.

Wykluczenie

Jubilee - Marvel
Wiecie, że Jubilee ma dyskalkulię? Fot. Marvel

Zatrzymajmy się chwilę przy X-Men. Każdy komiks ma rdzeń. Główny zamysł, który stoi za stworzeniem bohaterów. Coś, co stanowi oś fabuły, definiuje bohatera, choć nie jest komunikowane wprost. Kiedyś napiszę o tym osobny tekst, ale dzisiaj skupię się tylko na X-Men. Rdzeniem ich historii jest wykluczenie. Z powodu odmienności. Takiej jaką znamy z podręczników historii w tych fragmentach, które mówią o rasizmie, walce o równość i poszukiwaniu swojego miejsca na świecie. Takiej, którą znają osoby niepełnosprawne. Wspominany Charles Xavier jest symbolem podwójnego wykluczenia, bo jest mutantem, a dodatkowo porusza się na wózku. Choć jak już napisałem to drugie nie ma tak dużego znaczenia. To pierwsze zresztą też nie miało zbyt wielkiego znaczenia, gdy przypomnimy sobie jak wyglądały przygody X-Men od momentu powstania tej grupy.

Wszyscy, albo prawie wszyscy, członkowie zespołu byli mutantami, ale wyglądali tak jak normalny człowiek. Były drobne wyjątki, ale mutacja nie była przedstawiana jako problem na przykład natury fizycznej, który jest dodatkowym elementem wpływającym na to, że dany bohater traktowany jest inaczej przez społeczeństwo. To się zmieniło wraz z Grantem Morrisonem, który w fantastycznej serii „New X-Men” pokazał, że na świecie oprócz umięśnionych i pięknych mutantów są również ci, którzy mogą budzić odrazę. Podszedł do kwestii mutacji inaczej. Potraktował ją trochę jak niepełnosprawność. Zresztą nie pierwszy raz, bo Morrison jako scenarzysta nie boi się dotykać spraw delikatnych. Dzięki niemu mogliśmy zobaczyć gniew i smutek wymieszany z potrzebą akceptacji. Ostatecznie pojawia się też odrzucenie społeczeństwa.

Takiego przedstawiania niepełnosprawności ciągle brakuje. W linkowanym już artykule, który pojawił się w tym roku w BBC jest świetny fragment, w którym fanka „Archiego”, Jewel Kats, zaczepiła twórcę tego komiksu Dana Parenta i zadała mu jedno proste pytanie:

Miałam odwagę go zaczepić, więc to zrobiłam. Podjechała do niego na wózku, spojrzałam prosto w oczy i powiedziałam, dlaczego w całym mieście Archiego nie ma bohatera niepełnosprawnego? Jak to jest w ogóle możliwe?

Dokładnie, jak to jest możliwe? Okazuje się, że bardzo możliwe i niestety zupełnie normalne.

Silne emocje

Barbara Gordon
Barbara Gordon jako Wyrocznia/Fot. DC Comics

Zdradzę Wam pewien sekret. Możecie być zaskoczeni. Osoby niepełnosprawne czytają komiksy. Poważnie. To, że często nie widzicie ich na ulicach nie znaczy, że ich wśród nas nie ma – casus Jewel Kats się kłania. Dla wielu z tych osób – w szczególności, gdy mówimy o dzieciach – komiksy są odskocznią do innego świata i często wywołują wyjątkowo silne emocje. Najlepszym dowodem na to były reakcje fanów na to, co stało się z Barbarą Gordon. Niepełnosprawni czytelnicy przygód Batmana w pewnym momencie dostali postać, z którą autentycznie mogli się utożsamiać. Silna Batgirl w wyniku działań Jokera staje się niepełnosprawna. Nie załamuje się jednak i nadal pomaga najlepszemu detektywowi na świecie. Wykorzystuje swoje umiejętności, w których wózek przecież nie przeszkadza. Barbara stała się ukochaną bohaterką wielu osób niepełnosprawnych, ale co robią scenarzyści? Stwierdzają, że przestanie być niepełnosprawna, bo pojawi się cudowne lekarstwo. Barbara wstaje z wózka, a tysiącom fanów pękają serca. Wybaczcie przesadny melodramatyzm, ale często wydawcy nie myślą o konsekwencjach podjętych decyzji. Dla nich niepełnosprawność jest gadżetem. Raz jest, raz go nie ma. Przecież nikt się tym nie przejmie.

No właśnie rzecz w tym, że się przejmie. Kilka lat temu czytałem na temat historii pewnej matki, która napisała do Marvela z pytaniem, czy są jacyś superbohaterowie, którzy mają problemy ze słuchem. Nie chodziło o to, aby byli głusi. Chodziło o to, aby musieli korzystać z aparatów, aby zniwelować ubytek słuchu. Mama zadała to pytanie, bo miała problem z synem, który nie chciał nosić swojego aparatu, ale bardzo lubił komiksy. Te dwie rzeczy mocno były ze sobą związane, bo czterolatek argumentował swoją decyzję tym, że przecież superbohaterowie nie noszą aparatów. Christina D’Allesandro otrzymała odpowiedź, której udzielił jej Tom Brevoort (Senior Vice President of Publishing). Napisał, że takim bohaterem jest Hawkeye. Ubytek słuchu pojawił się u niego w latach 80. XX wieku po starciu z Crossfire. Brevoort wysłał jej okładkę West Coast Avenvers #1 i zasugerował, że bohaterowie nie tylko noszą aparaty, ale Anthony może zostać honorowym członkiem Avengers, gdy założy swój. Podziałało. Anthony z miejsca go założył, a na dowód, że został członkiem Avengers otrzymał dedykowaną okładkę komiksu „The Blue Ear”.

To oczywiście medialny i chwytający za serce przykład. Jestem jednak w stanie uwierzyć, że i bez takich historii jest wiele niepełnosprawnych dzieci, które utożsamiają się z bohaterami i potrzebują przykładów na to, że mimo ograniczeń można osiągać rzeczy wielkie. Potrzebujemy więcej bohaterów, którzy mają wyjątkowe umiejętności i przy okazji zupełnie normalne upośledzenia. Takich potraktowanych sprawiedliwie. Nie chodzi o alibi, ale o realne przyjrzenie się ich problemom. Wiem, że wielu z Was może się ze mną nie zgodzić. Ba, być może wielu z Was myśli jak pewien czytelnik serwisu Hatak.pl, który napisał, że nie po to wydaje pieniądze na komiksy o superbohaterach, aby czytać historie o normalnych ludziach. Nie wiem, ile ma lat, nie wiem, czy nie był to zwykły trolling. Wiem natomiast, że dzięki poruszaniu takich spraw jak niepełnosprawność te historie są po prostu bardziej prawdziwe, a udawanie, że problemu nie ma nie sprawia, że on znika. Jeżeli przy okazji może to komuś pomóc, to chyba warto to robić, prawda?

To też może cię zainteresować:

O czym tak naprawdę jest „Saga”?

Bill Finger – prawdziwy ojciec Batmana