Personifikacja zła to normalne zjawisko, które towarzyszy ludzkości od jej początków. Najbardziej prominentnym przedstawicielem grupy złych istot, którymi straszymy nasze biedne dzieci jest Szatan. Upadły anioł rozsiadł się wygodnie na swoim tronie w świadomości wszystkich chrześcijan choć można zaryzykować stwierdzenie, że dzięki swojemu marketingowemu talentowi rozsiadł się w świadomości wszystkich ludzi. W końcu prawie każdy o nim słyszał. Nie każdy się go boi, ale nie zmienia to faktu, że ciężko obok jego postaci przejść obojętnie. Z tego powodu kwestią czasu było jego pojawienie się na kartach komiksów. Nim to jednak nastąpiło w Wiśle musiało upłynąć bardzo dużo wody.

Potężny nieobecny

We wrześniu 1954 roku w USA narodziła się organizacja o nazwie The Comics Magazine Association of America. Jej zadaniem było wyznaczenie standardów dotyczących treści, które mogą pojawiać się na kartach komiksów. Tak powstał tzw. Comic Code, który obowiązywał przez dekady rozwoju branży. Kryteria zawarte w tym komiksowym dekalogu jasno określały, co może, a co nie może mieć miejsca w komiksie. Na przykład tematy kanibalizmu czy gwałt nie mogły się pojawić. Szatan też okazał się problemem, bo zgodnie z zasadami nie można było umieścić w komiksie postaci, która mogła się kojarzyć z królem wszystkich demonów. Jak mówił jeden z punktów dekalogu:

Nie może być wulgaryzmów, nieprzyzwoitości, świństw lub słów i symboli, które mają niepożądane znaczenie.

Jakby na diabła nie patrzeć trzeba mu oddać, że kojarzy się źle. Zresztą religia w ogóle nie była tematem komiksów z powodu tego, że była czymś bardzo drażliwym. Lepiej było jej nie wykorzystywać i wszyscy byli zadowoleni.

Mijały lata, a branża powoli się liberalizowała. Pojawiało się coraz więcej komiksów, a wiele z nich zaczęło podejmować tematy dotychczas uznawane za tematy tabu. Jednym z takich tematów stał się Szatan, który w końcu dotarł i do historii w obrazkach. Istotne jest w tym wypadku to, że tak jak się pojawił, tak pojawiło się wiele jego wcieleń. Różne twarze diabła w komiksie są odbiciem jego “rzeczywistej natury”.

Piękny i straszny

Jak wyobrażamy sobie diabła? Najczęściej jako istotę z kopytami, rogami o czerwonej skórze. Można dorzucić do tego jakieś widły i wielki gar. Zbliżoną postacią do takiej wizji jest Książę Ciemności, który pomieszkuje na kartach komiksu “Kaznodzieja”. Choć tak naprawdę to nie on jest w tym komiksie największym diabłem, bo tak naprawdę to ludzie potrafią dopuścić się prawdziwego zła i nie potrzebują do tego Szatana. Co innego Malebolgia. Wykreowany przez McFarlane’a demon jest tym, którego boją się wszyscy. W komiksach o Spawnie to właśnie Malebolgia jest “właścicielem” duszy Ala Simmonsa, to dla niego ma walczyć diabelski pomiot. Jego imię pochodzi w prostej linii od nazwy ósmego kręgu piekieł Dantego. Miejsca, gdzie nieprzerwane męki cierpią ci, którzy za życia oszukiwali innych. Choć można o nim mówić jako o szatanie, to jak się później okaże nie jest jedynym, który włada piekłem. Dla mnie jest to również symbol tego, jak dobre były pierwsze odsłony przygód Spawna. Nim nie pojawiło się więcej postaci, które często były po prostu absurdalnymi zapychaczami.

Mniej rogate wyobrażenie na temat diabła znajduje swoje odbicie w postaci Mefista. Postać demona, który zawiera pakt z Johnnym Blazem bardziej przypomina diabła znanego z filmu “Adwokat diabła” niż wspomnianego Malebolgię. Mefisto jest panem piekła, które nie istnieje. To znaczy istnieje, ale nie pod taką nazwą. Diabeł z komiksów wykorzystuje ją tylko dlatego, że ludzie wierzą w jej znaczenie. Tym samym jego postępowanie wpisuje się w charakter najwyższego zła jakie znamy m.in. z Biblii. Jest tajemniczy, kuszący i uwielbia zwodzić ludzi. Wspomniane postacie są dowodem na to, jak różnie można prezentować Szatana, ale żadna z nich nie zbliżyła się do jego najbardziej mainstreamowej wersji. Lucifer Morningstar to prawdziwie popkulturowa gwiazda. Zadebiutował już w 1962 roku na kartach komiksu o przygodach Supermana, ale prawdziwe wejście do pierwszej ligi zaliczył ponad 20 lat później na łamach Sandmana. Ostatecznie doczekał się samodzielnego komiksu. Nic dziwnego, bo jest to najbardziej uwodzicielska wersja diabła. Intrygująco przystojny – trochę podobny do Davida Bowiego, przynajmniej na początku – posiada swój bar i delektuje się życiem. Upadły anioł o włosach koloru blond wkurzył boga, a to jak wiecie nigdy nie jest dobry pomysł. Wydaje mi się, że postać z uniwersum DC jest też taką wersją diabła, jakiej wielu z nas boi się najbardziej.

Kiedy diabeł chce, abyś coś zrobił nie kłamie. Mówi ci wszystko dokładnie tak jak jest, całą prawdę. Tym samym daje ci szansę na własnoręczne znalezienie drogi do piekła.

Taki jest Lucifer. Nie musi kłamać, aby osiągnąć swój cel. Zresztą wcale nie był jedynym, który miał mieć wygląd eleganckiego mężczyzny. W komiksie Hellblazer pojawił się First of the Fallen. Pierwotnie ten barczysty, tajemniczy mężczyzna miał być po prostu samym diabłem. Miał być, ale nie był. Plan był taki, że to właśnie postać stworzona przez Gartha Ennisa będzie Szatanem z DC. Problem pojawił się w momencie, gdy Neil Gaiman pokazał światu Lucyfera. To on zaczął grać pierwsze skrzypce, a postać Ennisa zmieniła się na pierwszą osobę zasługującą na piekło.

Przez wiele lat Szatan inspirował twórców do tworzenia kolejnych postaci, które mają w sobie diabelską cząstkę. Wystarczy wspomnieć w tym miejscu o Dormammu czy Blackheart. Ten drugi wręcz nazywany jest synem Szatana. Nie ważne jednak jak ma na imię, nie ważne jak wygląda. W jego przypadku zawsze mówimy o kimś lub czymś, co jest niezwykle potężne. To z kolei uświadamia mi, że nie ważne ilu stworzyłeś bohaterów potrafiących dokonywać niesamowitych rzeczy, kiedy zabierzesz się za NIEGO zawsze zrobisz z niego coś najgorszego, co może cię spotkać. Złego i strasznego, bo właśnie tego boimy się najbardziej.

[tw-button color=”red” size=”big” alignment=”center” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/dlaczego-ogladamy-horrory/”]Dlaczego oglądamy horrory[/tw-button]