Zabierałem się za ten tekst bardzo długo. Zastanawiałem od czego zacząć, a jak już zacznę, to jak mam go skończyć, bo przecież prawdziwego mężczyznę rozpoznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy. Tak powiedziałby Wujek Ben, gdyby akcja Spider-Mana rozgrywała się w Polsce. Wróćmy na właściwy tor, czyli do próby odpowiedzi na pytanie od czego zacząć czytanie komiksów? To pytanie męczące i czasami, jak mam wredny nastrój, to myślę sobie, że czytać każdy chyba potrafi, więc instrukcja wygląda tak:

  • Kupujemy komiks,
  • Zaczynamy czytać.

Tylko tyle, aż tyle. Ewentualnie można dodać, że w większości przypadków czytamy od lewej do prawej. A to w dymkach to literki. Na szczęście aktualnie jestem w dobrym nastroju, więc oszczędzę sobie złośliwości. Chociaż z drugiej strony…

Nim przejdziemy dalej chciałem zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Poradnik podzielony jest na trzy części.

  • Ogólną – gdzie będę przynudzać o tym o czym pamiętać, gdzie kupować, ile to kosztuje etc.
  • Komiksy bez trykociarzy – jak się zabrać za komiksy, gdzie nie ma superbohaterów.
  • Komiksy z trykociarzami – jak się zabrać za komiksy, gdzie ci biedni superbohaterowie jednak są.

W dwóch na temat komiksów postaram się podać serie, po które warto sięgnąć na początek. Jednocześnie chciałbym przypomnieć, że będzie to wybór absolutnie subiektywny. Kieruję się własnym gustem i nie mam fizycznej możliwości, aby umieścić tu każdy możliwy komiks, jako warto polecić na start. Od tego są komentarze i celne polecenia od czytelników.

Zdaję sobie również sprawę z tego, że to dość karkołomne zadanie, ale co zrobić. Podobno jak wszyscy mówią, że coś jest niewykonalne, to później pojawia się jeden idiota, który tego nie wie i to robi. Czasami lubię być idiotą.

Zasady walki

Komiksy to nie jest rocket science. Nie należy się ich bać. Sam miałem długą, trwającą kilka lat przerwę, a ostatecznie wróciłem do czytania i jakoś udało mi się w tym wszystkim odnaleźć na nowo. Nawet jak zaczynałem, a było to w zamierzchłych czasach nazywanych latami 90. to nikt mi niczego nie mówił. Po prostu kupowałem lub pożyczałem komiksy i czytałem. Nie zaprzątałem sobie głowy w tym, czy czytam od środka, końca, początku, czy to Lobo, Batman czy Kaczor Donald. Po prostu czerpałem przyjemność z czytania. I to jest właśnie złota zasada, matka wszystkich zasad, od której powinienem zacząć. Później są jeszcze te:

  1. Nie starajcie się na siłę przeczytać wszystkiego, co się pojawiło – to, że interesuje Was Batman nie oznacza, że musicie przeczytać absolutnie wszystko. Jak chcecie, to oczywiście możecie, ale wiele historii, szczególnie tych napisanych kilkadziesiąt lat temu, nie wytrzymało próby czasu.
  2. Nie śpieszcie się – goni Was ktoś? Przecież wszystkie komiksy są i czekają na Was. Lepiej na spokojnie zapoznawać się z interesującymi pozycjami niż pędzić na złamanie karku. Byle więcej, byle szybciej.
  3. Każdy znajdzie coś dla siebie – fani horroru, gore, thrillera, romansów, przygody. Każdy. Bez względu na wiek, wyznanie czy rozmiar buta. Dlatego nie mówicie, że komiksy nie są dla Was, bo lubicie historie o nastolatkach uprawiających seks z ośmiornicami. Takie też są. Naprawdę. Serio, serio.
  4. Nie bójcie się eksperymentować – nawet jak nie lubicie science fiction, to warto sprawdzić komiksy, które są najczęściej polecane w tym gatunku. Może się okazać, że się przekonacie. Choć nie twierdzę, że do nastolatek i ośmiornic też się przekonacie.
  5. Nie zamykajcie się na jedno wydawnictwo – każdy ma swoje typy, ale to, że na podstawie komiksów np. z Valiant Comics nie kręcą filmów jakby produkowali kocią karmę, nie oznacza, że nie warto sięgnąć po ich pozycje. Warto.
  6. Nie musisz wiedzieć wszystkiego – nie ma ludzi, którzy wiedzą wszystko. Oprócz mnie.

To takich sześć podstawowych reguł, które sam staram się przestrzegać. Jako uzupełnienie możecie też zerknąć na 10 przykazań komiksowego neofity od Puśka. Skoro je mamy za sobą, to teraz czas na jedno z najważniejszych pytań w historii ludzkości. Tak samo ważne jak to, czy X-Men w trakcie misji sikają do kostiumów.

All New X-Men
Czy All New X-Men robią siusiu?/Fot. Marvel

Jak i gdzie kupować komiksy?

Dylemat czy wydawać pieniądze na wersje cyfrowe, czy może skupić się na fizycznych tak naprawdę według mnie nie jest żadnym dylematem. Dlaczego? Jedno nie wyklucza drugiego. Kupowanie w wersji cyfrowej jest wygodniejsze, dodatkowo pozwala na załapanie się na atrakcyjne promocje. Jak jakaś seria się Wam spodoba, to wtedy możecie pokusić się np. o zbiorcze wydanie w wersji fizycznej i tym samym zacząć prywatną kolekcję. Oczywiście decyzja ostateczna należy do każdego z Was. Ja po prostu łączę jedno z drugim. Np. ostatnio w wersji cyfrowej przeczytałem pierwszy tom “Southern Bastards”. Kapitalny komiks, który już wiem, że chcę mieć na półce w wersji papierowej.

Southern Bastards
Southern Bastards/Fot. Image Comics

O tym, gdzie kupować komiksy w sieci pisałem przy okazji osobnego tekstu. Jak komuś nie chce się klikać, to dla szybkiego przypomnienia miejsca warte uwagi:

Dorzućcie do tego księgarnie internetowe takie jak Aros.pl czy Bookmaster.pl, gdzie dodatkowo za zapisanie się do mojego newslettera macie 15% zniżki na zakupy, strony wydawców np. Mucha Comics i serwisy aukcyjne, a dostaniecie podstawowe miejsca, gdzie warto wydać pieniądze bez wychodzenia z domu. Na przykład na serwisach aukcyjnych zaopatruję się w papierowe wydania, bo często można zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt złotych na jednym komiksie.

No właśnie. Pieniądze. Jak każde hobby także i komiksy mają swoją cenę. O tym, ile wydacie decyduje to, co chcecie osiągnąć i jakim portfelem dysponujecie. Osobiście staram się kupować 1-2 komiksy w miesiącu w wersji fizycznej. Najczęściej są to wydania zbiorcze lub historie, na których wyjątkowo mi zależy. W wersji cyfrowej poluję na promocje np. w ComiXology, gdzie jeden numer można już dostać za mniej niż dolara. Do tego zdarzają się interesujące paczki w ramach np. Humble Bundle, gdzie rzucone zostaję pierwsze numery konkretnych serii. Kolejne pytanie na jakie wypada odpowiedź brzmi:

Komiks superbohaterski czy nie?

Odpowiedź rozpocznę od końca. Jeżeli chodzi o komiks bez superbohaterów, to wybór jest z reguły prostszy, bo wystarczy poszukać w internecie list pojedynczych historii, które trzeba znać i sprawa się wyjaśnia. Bez względu na to, czy mówimy komiksie z Europy, Japonii czy USA. Z seriami jest jeszcze prościej, bo po prostu zaczynacie od początku. W momencie pisania tego tekstu jestem w trakcie czytania dwóch serii: “Nailbiter” oraz “The Mice Templar”. W obu wypadkach zacząłem od początku, wcześniej sprawdzając po jednym numerze, czy w ogóle mnie to zainteresuje.

Sprawa komplikuje się w momencie, gdy ktoś chce utopić się w świecie Marvela czy DC Comics. Zapewne chcecie zacząć ze względu na to, że zaintrygował Was konkretny bohater. Problem z nimi jest taki, że wielkie wydawnictwa napłodziły już tego tyle, że tak jak wspomniałem powyżej przeczytanie wszystkiego jest nadludzkim wysiłkiem. Ja – podobnie jak Lifehacker – proponuję trzy rozwiązania na sam początek:

The Incal
Jeden z najlepszych komiksów w historii medium
  • Wybierz bohatera – oglądałeś serial “Daredevil” i bardzo ci się spodobał. Świetnie. Poszukaj w sieci najlepszych historii na jego temat albo nie szukaj, bo już o tym napisałem. Zaczniesz od tego, co polecane, a później zupełnie naturalnie sięgniesz po kolejne tytuły. Takich list jest na kopy i bardzo często jak wiele osób coś poleca, to zdecydowanie zwiększa szansę, że faktycznie dana seria jest ok. Tak zrobiłem ostatnio z “Moon Knightem”. Lubię tego bohatera, ale nie miałem okazji zostać przy nim na dłużej. Seria, w której na początku scenarzystą jest Warren Ellis miała być świetna, więc ją sprawdziłem. Potwierdzam, jest super.
  • Wybierz konkretne wydarzenia – historie w komiksach o superbohaterach często stanowią większą całość. Amerykanie mówią na to “story arc”. Możecie wybrać konkretny story arc i zacząć czytać. “Knightfall”? Czemu nie, dla fanów Batmana to raczej pozycja obowiązkowa, bo to tam Bruce zebrał srogi łomot. “Civil War”, proszę bardzo, ale nie wracajcie do mnie z pretensjami, że to miała być niesamowita historia. Nie jest. Dwa podane przykłady są o tyle istotne, że ten pierwszy sprowadza się do wydarzeń dla jednego bohatera, natomiast ten drugi to już jazda bez trzymanki po komiksach różnych bohaterów. Osobiście czytam tylko główne komiksy z tych największych “eventów”.
  • A może scenarzysta? – są tacy scenarzyści, których można polecać w ciemno. Alan Moore, wspominany Warren Ellis, Grant Morrison, Joss Whedon, Brian Michael Bendis, można tak bez końca. To też jest jakieś wyjście, aby czytać po scenarzystach. Choć to rozwiązanie dla tych, którzy wybrali już bohatera i zasadniczo wiedzą czego chcą.

W momencie, gdy już zaczniecie czytać, to nie zrażajcie się, że czegoś tam nie wiecie. Macie Internet, więc korzystajcie z niego. Strony takie jak Wikipedia czy ComicVine potrafią rozwiać większość wątpliwości i uzupełnić wiedzę, jeżeli się zgubicie.

Obrazki bez spandeksu

Kiedy rozpoczynałem serię 100 komiksów, który trzeba przeczytać przed śmiercią robiłem to właśnie po to, aby nie opisywać wszystkiego raz jeszcze. Robiąc wyjątek dla tych, którzy nie chcą klikać i wolą mieć wszystko w jednym miejscu postarałem się wybrać kilka tytułów, które będą dobre na start. Pięć z nich prezentowałem w tekście o 5 lekturach na początek w ramach kolejnego łańcuszka, w którym nie miałem brać udziału, a ostatecznie wziąłem. Tam wspomniałem o:

Nadal uważam, że to świetne komiksy na start, a każdy ma w sobie coś, co zwraca uwagę czytelnika. To jednak nie wszystko, więc uzupełnijmy powyższą listę. Zacznijcie notować. Pozwoliłem sobie to podzielić na podkategorie.

Science fiction:

  • Saga – O tym dlaczego warto przeczytać “Sagę” pisałem już wiele razy. To świetny komiks i będę go polecać zawsze.
  • Y: Ostatni mężczyzna – ten sam scenarzysta, co przy “Sadze”, czyli Brian K. Vaughan. Tytuł mówi wszystko. Prawie jak “Seksmisja”.
  • Über – nie wiedziałem, czy polecać to dzieło Kierona Gillena – tego od opisywanego przeze mnie “The Wicked + The Divine” – ale jak lubicie alternatywne wersje historii, to to jest dla Was. Jest mrocznie i bardzo brutalnie. Lubię.
  • Six Gun Gorilla – to już kompletnie odjechana pozycja. Jej bohaterem jest uzbrojony goryl. Dla miłośników szaleństw dobra rzecz na początek, ale musicie być ludźmi o wyjątkowej wyobraźni.
  • Liga niezwykłych dżentelmenów – Alan Moore prezentuje zespół postaci znanych z popkultury tworzących grupę podobną do “Avengers”. Dla samego Moore’a warto.
Six Gun Gorilla
Tak, to się dzieje naprawdę/Fot. Boom Studios!

Horror:

  • The Walking Dead – klasyk, warto przeczytać nawet bez oglądanie serialu, jak jesteście fanami serialu, to tym bardziej warto, aby sięgnąć po ten komiks. Początkowe numery mocne. Później to już kwestia waszej cierpliwości, a przynajmniej mojej.
  • Kaznodzieja – Garth Ennis w wielkiej formie. Nie wiem, czy dobrze to klasyfikuję, ale nie widzę problemu, aby sięgnąć po ten komiks nawet w momencie, gdy nie czytało się nic innego. Zresztą “Kaznodzieja”, to tzw. must read.
  • Nailbiter – nie jest to komiks wybitny, ale jest przynajmniej dobry. Oto miasteczko, w którym na świat przyszło 16 seryjnych morderców. Ten najgorszy zostaje ułaskawiony. Ciekawy miks thrillera oraz horroru. Coś jak ukrywany pociotek “Milczenia Owiec”, które zresztą jest w samym komiksie cytowane na różne sposoby.
  • Prosto z piekła – znowu Alan Moore. Tym razem o swojej wersji wydarzeń związanych z Kubą Rozpruwaczem. Moore naprawdę się przyłożył i zebrał wiele faktów czy plotek w jedną całość.
  • Black Hole – następny klasyk. Pozycja tak samo dobra na start, jak i dla starego wyjadacza. Pisałem już o niej, więc wspomnę, że to kolejna rzecz, którą trzeba poznać. Historia? Od jak z telenoweli, czyli na przedmieściach Seattle poznajecie Chrisa, Roba, Keitha i Elizę. Panuje wśród nich zaraza, która objawia się mutacjami i deformacjami. Ujawnia się od czasu, gdy rozpoczęli życie seksualne.
Nailbiter
Obgryzanie paznokci nie jest dobrym pomysłem/Fot. Image Comics

Sensacja:

  • 100 naboi – Brian Azzarello sprawdził, co by było, gdyby ktoś dostał aktówkę, w której jest pistolet, 100 naboi, fotografia osoby odpowiedzialnej za wyrządzoną nam krzywdę i zapewnienie o tym, że jak wykorzystamy broń do zabicia tej osoby, to nie grożą nam żadne konsekwencje. Intrygujące? To biegiem do czytania.
  • Chew – świeża seria, ale już zdążyła trochę namieszać. Możecie zaczynać bez obaw. Tym bardziej, że to fajne połączenie opowieści detektywistycznej z dużą dawką humoru. Dość napisać, że główny bohater w śledztwach wykorzystuje swój wyjątkowy zmysł smaku.
  • The Invisibles – ten tytuł ugruntował pozycję Granta Morrisona jako gwiazdy. Sprawdźcie dlaczego. Ja napiszę tylko, że to z jednej strony ambitne dzieło i wyzwanie dla czytelnika, a z drugiej coś, co zapisało się, jako jeden z najbardziej szalonych rozdziałów w historii medium. Opowiada o grupie anarchistów, którzy walcząc o wolność ludzkości. To, co tam się wyprawia ciężko opisać słowami.
  • 300 – choć to trochę fantasy, historia i nawet momentami horror, to dla mnie to przede wszystkim akcja. Legendarny komiks Franka Millera. Być może po jego przeczytaniu stwierdzicie, że chcecie więcej Millera.
  • Sin City – tym bardziej, że to też seria Millera, którą przeczytają i fani komiksu, i ci, którzy gustują w mrocznych kryminałach.
The Invisibles
The Invisibles/Fot. Vertigo

Fantasy:

  • Baśnie – kolejna pozycja, którą będę polecał każdemu bez względu na to, czy czyta komiksy, czy dopiero zaczyna. Jest wystarczająco dobra, aby zainteresować neofitę. W końcu koncepcja z postaciami znanymi z baśni, które żyją w naszym świecie nie mogła się nie udać.,
  • Thorgal – polecam nie tylko z powodu tego, że Rosiński jest Polakiem. Polecam, bo to bardzo dobra seria komiksów, którą można dostać nawet w galeriach handlowych. W dobrej cenie i twardej okładce.
  • Elfquest – znowu klasyk. Starszy niż ja, bo powstał w 1978 roku, ale w kategorii komiksów fantasy w absolutnej czołówce. To w pewnym sensie zjawisko w świecie komiksów, które warto poznać. Czemu nie już na początku?
  • Usagi Yojimbo – jak nie znacie tego królika, to tak naprawdę nie znacie komiksów. Wyjaśniałem już dlaczego.
  • The Mice Templar – rozmach jak z “Malazańskiej Księgi Poległych” w komiksie? Proszę bardzo, a do tego bohaterami tej serii są myszy, więc czy naprawdę muszę dalej przekonywać. Wiecie przecież jak kocham antropomorficzne zwierzęta.
The Mice Templars
Wojna to nie zabawa/Fot. Image Comics

To wszystko przyszło mi do głowy, gdy zastanawiałem się, co polecić na start, gdy myślę o komiksach bez superbohaterów. Teraz przyszła pora na drugą część.

Obrazki w obcisłych gaciach

Tu polecę seriami, które są w miarę nowe w sensie nie mają stu lat na karku. Nie zagłębię się w klasykę, bo to nie ma sensu. Ją odkryjecie na własną rękę. Z początku chciałem rozbić to na bohaterów, ale skąd ja mam wiedzieć, jakich bohaterów chcecie poznać bliżej. Dlatego stwierdziłem, że będzie lepiej oprzeć się na własne bardzo świeże doświadczenia. Z podziałem na wydawnictwa. Sporo z tego, co polecam pokrywa się z tym, co w jednym z tekstów polecał Ichabod, więc tam też możecie zajrzeć.

Marvel:

  • Ms. Marvel (G. Willow Wilson)ostatnio pisałem o Kamali i nadal utrzymuję, że to świetna pozycja. Jak znalazł na start czego jestem najlepszym przykładem, bo wcześniej w ogóle nie czytałem komiksów z Ms. Marvel. To przede wszystkim mądry komiks.
    Moon Knight
    Tej okładki szukajcie/Fot. Marvel
  • Moon Knight (Warren Ellis) – znowu sam zacząłem od runu Warrena Ellisa. Dobrze mi z tym i uwierzcie, że wam też będzie z tym dobrze. To świetny komiks na start, bo każdy numer to osobna historia. No i to nowe otwarcie dla bohatera, który może nie jest tak popularny, jak Spider-Man, ale jest po prostu ciekawy i będziecie chcieli więcej Marka Spectora.
  • Hawkeye (Matt Fraction) – ci, którzy patrzą na niego jako gościa z łukiem mało wiedzą. W ogóle życia nie znają. Seria Matta Fractiona (fantastyczne Sex Criminals!, które powinniście sprawdzić po przygodach Clinta Bartona) to perełka. Takie małe dzieło sztuki. Zabawna, podobnie jak Ms. Marvel mądra, opowieść o bohaterze, który musi sobie radzić bez mocy.
  • All-New X-Men (Brian Michael Bendis) – składów X-Men było więcej niż pomysłów na ratowanie budżetu naszego kraju. Ten klasyczny, pierwszy jest jednym z najbardziej znanych. Zamiast poznawać go za sprawą pierwszych przygód X-Men możecie sięgnąć po serię zapoczątkowaną w 2012 roku, gdy wspomniany skład zostaje przeniesiony do współczesności. Dzieje się.
  • Daredevil (Brian Michael Bendis) – znowu Bendis, ale tym razem z Daredevilem, którym opiekował się od 2010 roku z Alexem Maleevem. Bendis w pewnym sensie nakreślił charakter Matta Murdocka raz jeszcze. Na start świetnie.
  • Black Widow (Nathan Edmondson) – prawie jak rasowe kino szpiegowskie. Znowu bohaterem serii nie jest najpopularniejsza postać, ale nie o to chodzi. Chodzi o dobrą zabawę.
  • Ultimate Spider-Man (Brian Michael Bendis) – nie mam fiksacji na punkcie Bendisa. Po prostu to dobry scenarzysta, a Miles Morales to świetny Spider-Man. Jak zaczniecie czytać, to zrozumiecie, dlaczego tak bardzo kibicuję Moralesowi, którego kiedyś chętnie zobaczę na wielkim ekranie.

DC Comics:

  • Batman (Scott Synder) – znam osoby, którym to, co robi Synder przy Batmanie zwyczajnie się nie podoba. Ja lubię. Snyder świetnie czuje się w konwencji horroru. Jego Batman flirtuje z nią dość często. Potrafi wejść pod skórę bohatera, którego opisuje. Tak jest i tym razem.
  • Swamp Thing (Scott Snyder) – wspominałem o miłości Snydera do horroru? No to macie kolejny na to dowód.
  • Batgirl (Gail Simone) – kolejna mądra, zabawna historia z biglem. Batgirl w tej wersji jest ciekawa zarówno jako superbohater jak i zwykły człowiek.
  • Animal Man (Jeff Lemire) – po ten tytuł sięgnąłem za sprawą Łukasza, a że bardzo lubię kino Cronenberga, to czułem się jak w domu. To nie jest standardowa opowieść o dzielnych mężczyznach w obcisłych trykotach. To coś znacznie ciekawszego. Znowu trochę w tym horroru, groteski, ale i problemów osobistych. Animal Man at hist finest!
  • Red Lanterns (Charles Soule) – scenarzysta, który za to odpowiada, to gwarancja wysokiej jakości. Tam wysokiej. To, co zrobił w tej serii wymaga osobnego artykułu. Nawet jak nie interesują Was Green Lantern, to dajcie sobie z tym nastawieniem spokój i bierzcie się za Red Lanterns. Dla początkujących, dla wyjadaczy, dla wszystkich. Zapamiętajcie moje słowa.
  • Action Comics (Greg Pak) – czy można zainteresować nowych czytelników Supermanem? Można, czego dowodem jest to, co robią Greg Pak i Aaron Kuder. Panowie wzięli się za legendę DC i cholera, udało im się znaleźć złoty środek między wielkim bohaterem i jego wielkimi problemami oraz małym Clarkiem Kentem i jego mniejszymi zgryzotami. Superman by Pak jest bliższy nam, a przynajmniej ja to tak odbieram. Bardzo dobre historie. Wcześniej Action Comics zajmował się m.in. Grant Morrison i to też jest coś wartego uwagi.
  • Wonder Woman (Brian Azzarello)choć przy okazji drugiego tomu kręciłem nosem, to nadal uważam, że można od tego zacząć przygodę z Wonder Woman. Nowe rozdanie dla tej postaci, której wcześniej nie znałem za dobrze, więc sam od tego zaczynałem.
Red Lanterns
Red Lanterns/Fot. DC Comics

To tyle, jeżeli chodzi o tytuły, które zdecydowałem się umieścić w przewodniku. Mam nadzieję, że komuś się to przyda. Jak chcecie uzupełnić go o waszym zdaniem najlepsze tytuły dla początkujących miłośników komiksu, to proszę bardzo. Komentarze są Wasze. Padam na ryj, tyle było pisania. Jak macie pytania, to pytajcie. Postaram się na wszystkie odpowiedzieć.