Czekałem rok, jak nie więcej, na to, aby w końcu zakończyć swój pobyt w Mieście Grzechu. Z komiksami Franka Millera zetknąłem się na kilka miesięcy przed premierą pierwszego filmu Roberta Rodrigueza. Pamiętam, że od pierwszej strony dałem się porwać brudnej, smutnej i totalnie odartej z nadziei historii. Przez kolejne tomy Miller snuł swoją wizję miejsca, gdzie trup ściele się gęsto, kobiety są piękne i zabójcze, a gliniarze w większości skorumpowaniu. Sin City, miasto, w którym zboczeniec gwałci dziecko, a władza się temu przygląda. Miller przyzwyczaił czytelników do tego, że co by się nie działo, to zawsze gdzieś tam nad bohaterami odpoczywa bożek beznadziei. Nie ma happy endów, są trupy i pozorny spokój. W takim razie jak się ma do tego tom 7 “Do piekła i z powrotem”?

Ta paskudna miłość

Do Piekła i Z Powrotem
To jest wybranka Wallace’a

Uczucia stanowią ważną siłę napędową historii Millera. W “Tym Żółtym Draniu” są dla Hartigana niczym powietrze. W “Trudnym pożegnaniu” Marv urządza niezłą rzeźnię na wspomnienie o nocy z piękną prostytutką. W “Damulce Wartej Grzechu” Dwight rzuca się w paszczę lwa na ratunek swojej byłej ukochanej. Mówiąc krótko, Miller prawie za każdym razem umieszcza silne uczucia w centrum intrygi i każe nam patrzeć, co z tego wyniknie. Nie inaczej jest w przypadku pożegnania z Basin City. Oto poznajemy Wallace’a, który ratuje tajemniczą dziewczynę przed śmiercią. Choć ceni sobie spokój coś go do niej przyciąga, a to z kolei sprawia, że musi zapomnieć o spokojnym popijaniu piwa w barze. W tym momencie przerwę streszczanie fabuły i przejdę do meritum. Miller teoretycznie korzysta z tych samych zabiegów, które sprawdzały się w poprzednich tomach. Piszę teoretycznie, bo w praktyce siódmy tom jest inny niż poprzednie.

Wallace nijak ma się do wspomnianych wcześniej bohaterów. Jest twardy, ma swoje tajemnice, nie ma problemu z tym, aby komuś skręcić kark, a komuś innemu wbić pięść w tchawicę. Niestety jest przy tym miałki. Nie ma dzikiej charyzmy Marva. Nie ma w nim nieustępliwości Hartigana. On po prostu jest. Każdy kadr z nim nie wywołuje w nas żadnych znaczących emocji. Nie kibicujemy mu – a przynajmniej ja mu nie kibicowałem. Ot, kolejny samiec w pogoni za swoją samicą w potrzebie.

Wystawiając rachunek

Kadry z Sin City
Zgadnijcie, co robi ta pani

W tym momencie pewnie myślicie sobie, że finał jest słaby. Nie. Tak jak napisałem wcześniej, jest inny. Już w warstwie graficznej zobaczycie coś, czego wcześniej oglądać nie było nam dane. Kolory. Na kilkudziesięciu stronach podczas narkotycznych wizji Wallace’a będziecie mogli podziwiać jedyny fragment serii całkowicie w kolorze. Jest to celowy zabieg, który zrozumiecie w pełni, gdy zobaczycie w jakim kontekście został użyty. Miller na tych kilkudziesięciu stronach rozlicza się ze swoją dotychczasową twórczością. W kolejnych scenach pojawiają się postacie, które stworzył lub współtworzył. Popkulturowe ikony razem. W jednym komiksie.

Śledząc jego twórczość zapewne zauważyliście, że Miller lubi się z czytelnikami bawić. Zaskoczyć ich czymś w momencie, gdy się tego nie spodziewają. W “Do piekła i z powrotem” też wyciąga królika z kapelusza, ale dopiero na końcu. Finał komiksu jest chyba największym novum dla całej serii. Przyzwyczajeni do braku nadziei otrzymujemy zamknięcie, które tę nadzieję daje. To bodaj pierwsze love story, które w Sin City zmierza do szczęśliwego końca. Miłość w wypadku Wallace’a nie jest ułudą czy efektem pomieszania z namiętnością lub zauroczeniem. Co ciekawe Miller nie pozostawia nam wątpliwości, że miasto nie może się zmienić. Ono ciągle będzie tak samo zepsute jak było. Zmienić się mogą za to ci, którzy w nim mieszkają. To oni robią różnicę. Z tego powodu Wallace i jego wybranka wyjątkowo nie pasują do panteonu indywiduów, które obserwowaliśmy w poprzednich tomach. Może przez to komiks jest jakby spokojniejszy. Ciągle dużo się dzieje, ale tym razem mam wrażenie, że narracja ma w sobie mniej adrenaliny. Czuję się tak, jakbym był przez sześć tomów przygotowywany do tego, co zobaczyłem w ostatnim.

Bye, bye Sin City

Czytając opinie fanów na temat finału zwróciłem uwagę na to, jak ich podzielił. Jedni byli zniesmaczeni tym, że Miller zerwał z założeniami, na których opierał się w poprzednich tomach. Happy end? Prawdziwa miłość? Sprawiedliwość? O co chodzi? Inni takich pytań nie zadają. Cieszą się z tego, że nawet w tak zepsutym miejscu znajdzie się miejsce na coś, co może dać nam odrobinę wytchnienia. Nie wiem jeszcze, po której stronie powinienem się opowiedzieć. Wiem natomiast, że “Sin City” to seria, obok której nie można przejść obojętnie. Jedna z najlepszych jakie powstały i nie zmieni tego nawet szczęśliwe zakończenie.

Do Piekła i Z Powrotem
Podobno to bardzo wyrozumiała pani