Dwa lata temu napisałem nikomu niepotrzebny tekst o tym, dlaczego “Doctor Strange” to być może najważniejszy film w dotychczasowych przygodach Marvela z kinem. Głównie przez to, że w końcu dostajemy historię skupiającą się na sferze magicznej świata komiksów Marvela. Jednak to nie wszystko. Podstawą w końcu jest bohater, a ten w osobie Strange’a – uwaga, bo to może być dla niektórych spory szok – jest wyjątkowy. Bo to superbohater, który w sumie superbohaterem nie jest choć możliwości ma gigantyczne. Iron Man ma swoją zbroję i pociąg do alkoholu. Przy okazji jest dupkiem. Thor ma młot, a do tego jest bogiem, więc z miejsca wydaje się lepszy niż reszta. Z kolei Kapitan Ameryka ma tarczę i nienaganną fryzurę. No i w jego wypadku na tym koniec. Każdy z nich potrafi bardzo dużo, ale w starciu ze Strangem można zaryzykować stwierdzenie, że wypadają blado. To naprawdę interesujący bohater, który ma jeszcze bardziej interesującego twórcę.

Jak zrazić do siebie przyjaciół

W latach 60. XX wieku Steve Ditko wydał na świat bohatera, którego wszyscy poznali jako niezłego buca. Stephen Vincent Strange pierwszy raz pojawił się w 110. numerze „Strange Tales” i z miejsca dał się poznać jako człowiek genialny, ale jednocześnie bardzo zapatrzony w siebie. Postać stworzona przez Steve’a to nic innego jak bazowanie na archetypie biblijnego Szawła oczywiście jeżeli wyobrazimy sobie, że Szaweł przenosił się między wymiarami i bronił naszego świata przed demonami. W wyniku dramatycznych wydarzeń zarozumiały chirurg zmienia swoje podejście do świata o 180 stopni, ale nim to nastąpi pobędzie jeszcze trochę bucem. Te dramatyczne wydarzenia, które mają go na zawsze odmienić, to wypadek samochodowy, w wyniku którego nerwy w jego dłoniach zostają zniszczone, co automatycznie kończy jego karierę chirurga i zamyka mu drogę do świata pełnego pięknych samochodów i szybkich kobiet. Za to otwiera się przed nim nowa droga. Maga. Nie pytajcie jak, tak po prostu czasami jest. Rano jesteście chirurgami, a jutro magami. Przecież to wszystko jest logiczne i ze sobą powiązane.

Doctor Strange
Kto umyje to wielkie okno?/Fot. Disney
Filozofia obiektywizmu odrzuca jako nieracjonalne istnienie istot nadprzyrodzonych, w tym i Boga, głosząc ateizm i antropocentryzm. W zakresie metafizyki akceptuje obiektywną rzeczywistość, za źródło poznania uznaje wyłącznie rozum i logikę, w etyce – interes własny, a w polityce – kapitalizm. Zgodnie z zasadami etyki obiektywistycznej każdy człowiek powinien kierować się własnym interesem (racjonalnym egoizmem). Rand uznawała, że ponieważ każdy by przetrwać musi dbać o siebie, to doktryna twierdząca, że troszczenie się o siebie jest złem oznacza, że złem jest ludzka chęć przeżycia. Według Rand na tym właśnie polega doktryna altruizmu, którą należy odrzucić, podobnie jak żądanie poświęcania innych dla siebie. – Źródło: Wikipedia

Komiksową biografię Strange’a możecie sprawdzić sami. Dla nas ważne jest coś innego. Kiedy Strange powstał jego twórca dodał do uniwersum Marvela dodatkową warstwę, a może lepiej napisać warstwy. Wraz z jego pojawieniem się na łamach komiksów przyszli scenarzyści nie byli ograniczeni tylko do tego, co już znali jeżeli chodzi o miejsca, do których wysyłali bohaterów. Mogli puścić wodze fantazji, bo oto Strange może być wszędzie. Dosłownie. Jedynym ograniczeniem dla jego wędrówek była niczym nie skrępowana wyobraźnia genialnego Steve’a Ditko. Ten świetny rysownik, który dał się poznać choćby przez swoją pracę przy przygodach Spider-Mana przy Strange’u wspiął się na wyżyny. W zasadzie oglądając jego rysunki zadaję moje reakcje dzielą się na dwie grupy:

  1. Wow, ależ on to wymyślił!
  2. Ciekawe kim był jego dealer?

Każdy, kto sięgał po komiksy o Strange’u był zabierany w świat wielu wymiarów, gdzie bohater stawał oko w oko z wrogami często jak z sennych koszmarów. Odwiedzał miejsca, które przywodziły na myśl efekty działania najmocniejszych środków odurzających i które można wymyślić tylko w narkotycznym widzie. Z perspektywy konstrukcji postaci Strange jawił się jako człowiek, który na początku złamany odzyskuje równowagę po treningu pod okiem Starożytnego. Jednak to nie tylko jego zasługa, bo na charakter bohatera wpływają też jego przeciwnicy jak choćby ci najsłynniejsi, czyli Baron Mordo i Dormammu. Z tym drugim wiąże się ciekawa historia natury marketingowej. Lee i Ditko wymyślili sobie bowiem, że nie będą tak od razu zdradzać tożsamości tego potężnego przeciwnika. Wprowadzali go stopniowo oszczędnie dawkując informacje w kolejnych zeszytach. Tym samym podsycając zainteresowanie czytelników. Wszystko przez to, że to nie miał być po prostu kolejny złoczyńca. To miał być ktoś, kto gdy się pojawi to nic nie będzie już takie samo.

Mam ciekawsze rzeczy do roboty

Steve Ditko
Tak się widział sam Ditko

Kiedy przy Strange’u pracowali Ditko i Stan Lee, to patrząc na nich z boku można było powiedzieć, że to bardzo ciekawa para choć niektórzy mogli się zastanawiać jak się dogadują. Lee z aspiracjami na gwiazdę, uwielbiający pozostawać w centrum uwagi i wiecznie ją na sobie skupiający oraz Ditko. Jego przeciwieństwo. Praktycznie nie udzielał wywiadów, z bardziej stanowczym poglądem na politykę, unikający fanów. Hołdujący poglądom Ayn Rand (co znajduje swoje odbicie w zachowaniu Strange’a) i co najważniejsze nie będący specjalnie zauroczonym magią superbohaterów. Choć to ostatnie nie przeszkadzało mu pracować przy ich przygodach. Swoją drogą, to właśnie przekonania Steve’a sprawiły, że Strange stał się takim bohaterem jakim go wszyscy znamy. Jego twórca był zwolennikiem samodzielności i kontroli nad tym, co się robi. Strange jest emanacją jego przekonań.

Cóż, mamy nowego bohatera, nad którym pracujemy dla “Strange Tales”, tylko pięć stron nazwanych Doctor Strange. – Stan Lee w fanzinie “The Comic Reader”

Współpraca ze Stanem Lee była dla jednej i drugiej strony dobrym układem. Lee cenił swojego kolegę dlatego, że wystarczyło, iż rzucił jakimś pomysłem, strzępem fabuły, a Ditko już zabierał się za rysowanie. Miał przy tym często wolną rękę, więc efekty jego pracy bywały zaskakujące. Tak było, gdy zaczynali pracę przy Spider-manie. Lee miał w głowie koncepcję herosa, którego nazywał wtedy Spidermanem. Z pomysłem udał się do innej legendy, czyli Jacka Kirby’ego. Niestety tym razem król Jack potrzebował pomocy. Jego wizja była bardzo w duchu poprzednich postaci, które opuściły Dom Pomysłów, ale brakowało tego czegoś. Czegoś świeżego. Lee udał się więc do Steve’a, rzucił o co chodzi, a ten dodał do nowego bohatera kilka bardzo istotnych elementów jak choćby jego słynny zmysł. Jednak tym, co najbardziej wyróżniało Spider-Mana na tle innych postaci był fakt, że owszem był herosem, ale przy okazji miał problemy jakie miewa amerykański nastolatek. Jego życie prywatne nie było oderwane od tego, co robił w przebraniu, a jego działalność przyniosła w pewnym momencie więcej szkody niż pożytku.

Najważniejsze było to, że współpraca Lee-Ditko działała przy okazji Petera Parkera i zadziałała również przy okazji Doktora Strange’a. Magia zadziałała nawet mocniej niż chciał tego Ditko, bo gdy zaczęły pojawiać się pierwsze numery z miejsca stał się ulubieńcem przedstawicieli kontrkultury. Młodzi czytelnicy buntujący się przeciwko zastanej rzeczywistości upatrywali w rysowniku orędownika swoich poglądów, który przemyca je za pomocą rysunków. Mylnie interpretowali to, co widzieli w komiksach twierdząc, że Ditko jest jednym z nich. Nawet Ken Kesey dał się porwać magii Strange’a.

Kesey jest młody, spokojny, jego twarz jest pozbawiona linii, okrągła i gładka jak u dziecka, gdy siedzi godzinami na końcu i czyta komiksy pochłonięty fioletowymi cieniami Doctora Strange’a od Steve’a Ditko. – Tom Wolfe w “The Electric Kool-Aid Acid Test”

 

Wieczny samotnik

Zachowanie Strange’a nie jest tylko związane z filozofią Ayn Rand. Fakt, że bohater postrzegany jest głównie jako doradca dla innych i wiele czasu poświęca samodoskonaleniu jest związane z tym, jak Ditko podchodził do pracy. Był niezwykle zdeterminowany i potrafił walczyć o swoje. Jego batalia o uznanie jego pracy oraz należytą zapłatę skończyła się tym, że opuścił szeregi Marvela, ale nie oznaczało to, że przestał pracować. Tworzył nadal spełniając się w różnych gatunkach. Głównie jako freelancer. Aż do teraz nie zrezygnował ze swoich zasad. Nadal unika spotkań z fanami, nie udziela wywiadów. Nie rzuca się w oczy choć podobnie jak Stan Lee jest symbolem Marvela.

Nie musisz brać narkotyków, aby pisać fantasy. To wszystko jest w Twoim mózgu nie ważne, jak tam się dostało. Ditko zawsze robił dziwne rzeczy, więc był idealny dla Doctora Strange’a, jego oryginalne prace ciągle są archetypem wszystkiego co z nim związane. Światy, które stworzył są unikatowe – i Stan mógł pisać co chciał. – Steve Englehart

Dlatego tylko on mógł wymyślić Squirrel Girl, która podobnie jak wiele innych rzeczy pewnie była w jego głowie od samego początku tylko jeszcze o tym nie wiedział. Być może gdyby nie był tak bezkompromisowym człowiekiem pławiłby się w luksusie choćby z pieniędzy za filmy o “Spider-Manie”, które reżyserował Sam Raimi. On jednak wolał nie wziąć ani centa, jeżeli nie może dostać wszystkiego, co zarobiono wykorzystując jego dzieło. Z pieniędzmi lub bez jest legendą i gdyby nigdy się nie urodził, to Marvel musiałby go sobie wymyślić. Choć nie jestem pewny czy to w ogóle byłoby możliwe.

PS. W tekście z ubiegłego roku pojawiło się pytanie, co przeczytać jeżeli chodzi o Strange’a. Na pewno warto na Marvel Unlimited przeczytać to, co w latach 60. stworzył Ditko. Nawet jeżeli nie czytać, to przynajmniej obejrzeć, bo w filmie wyreżyserowanym przez Scotta Derricksona jest sporo wizualnych ukłonów w kierunku dzieł mistrza. Z kolei jak ktoś woli czytać po polsku, to Egmont wydał “Doktor Strange: Początki i Zakończenia”. Alternatywna geneza powstania Strange’a może nie jest genialna, ale jako czytadło przed lub po seansie powinna się sprawdzić. Komiks możecie kupić na niePrzeczytane.pl, które jest partnerem tego wpisu.

Fot. tytułowa – jeden z artworków wypuszczonych przez Disneya przed premierą filmu “Doktor Strange”