Wonder Woman kontynuuje swoją walkę z całym światem i po zawiązaniu akcji w “Krwi” przychodzi czas na zajrzenie prosto w trzewia. Zastanawiałem się, czy poziom będzie wyższy, czy może trafię na jakieś momenty, które utwierdzą mnie w przekonaniu, że Wonder Woman nie jest dla mnie. Po lekturze mogę powiedzieć, że owszem, momenty były, ale nie takie jak myślicie.

Mniejsza i normalniejsza

Wonder Woman: Trzewia
Przykładowa plansza/Fot. DC Comics

Diana w wersji Briana Azzarello jest normalniejszą wersją postaci, którą przez lata obserwowali fani na łamach komiksów. Normalniejszą w granicach zdrowego rozsądku, bo to ciągle ktoś z kim nie chcecie zadzierać. Zapoczątkowana przy okazji “Krwi” historia rozwija się dalej i tradycyjnie oszczędzę Wam szczegółów fabuły, bo po co psuć sobie zabawę. Scenariusz prezentuje kolejnych bohaterów m.in. mojego ukochanego boga z greckiego panteonu, czyli Hefajstosa. Tu w wersji jak z filmów Guillermo del Toro. Oprócz niego jest też Demeter czy Artemida. Przy okazji zagęszcza atmosferę snując nić większej intrygi, w którą wplątana jest Diana. Azzarello utwierdza mnie w przekonaniu, że biorąc się za jedną z ikon DC nie miał zamiaru zabierać się za nią w białych rękawiczkach. Podobnie jest, gdy myślę o siostrach Diany. Wizerunek jaki przez lata wykreowali poprzednicy był taki, że lud Amazonek jest dumny, ma zasady i trochę przypomina taki ładny posąg, który wzbudza nasz szacunek, oglądamy go i wiemy, że obcujemy z czymś ważnym. Tym razem też trochę tak jest, ale jest jedno “ale”. W ostatecznym rozrachunku Amazonki to po prostu… dzikusy. Odarte ze swojej wyższości.

To sprawia, że obserwujemy ciekawy zabieg na głównej postaci, która z jednej strony boryka się ze swoim prawdziwym pochodzeniem, a z drugiej strony widzi wady swoich sióstr i wcale nie patrzy na nie jak na lepszą dla siebie opcję. Jednocześnie obserwując zachowanie Diany wydaje mi się, że stała się soczewką skupiającą wszystkie cechy swojego ludu jakie znamy ze starych komiksów podlane odpowiednią ilością wątpliwości, które ma i czasami zwykłej “bucowatości”. Bo gdybym miał wskazać największy zarzut wobec Diany w wersji Azzarello to na pewno byłby to fakt, że zachowuje się momentami idiotycznie. Jestem w stanie zrozumieć niektóre z tych zachowań jako element scenariusza, który można obronić, ale w ostatecznym rozrachunku nie dość, że jest to głupie to jeszcze przy okazji sprawia, że Diana nie jest kimś, kogo chcemy polubić czy się z nim utożsamiać.

Wonder Woman: Trzewia
Jest i Hefajstos/Fot. DC Comics

Kopia

Przy okazji recenzji “Krwi” zapomniałem wspomnieć o ważnym elemencie runu Azzarello, czyli fakcie, że jest to komiks skierowany do dojrzałego odbiorcy. To istotne, bo razem z Chiangiem mogli pozwolić sobie na więcej. Pewnie mogli w kreacji świata i przedstawieniu wydarzeń posunąć się dalej, ale i tak całość wypada bardziej mięsiście, zrywając z prezencją celującą w pryszczatych nastolatków. Nie chodzi mi tu jednak o to, że to nagle staje się jakąś psychologiczną rozkimną z pogranicza filozofii i ornitologii stosowanej, a raczej fakt, że czytając nie mam wrażenia obciachu. Lepiej wyeksponowano to, co stanowiło o sile postaci Wonder Woman, czyli fakcie, że toczy wewnętrzną walkę po pierwsze z samą sobą, a po drugie z oczekiwaniami otoczenia. W końcu testowana była od dziecka, a jak dorzucicie do tego jej pochodzenie i masę z nim związanych wątpliwości, to nawet jestem w stanie zrozumieć, dlaczego czasami zachowuje się tak, jak to opisałem powyżej. Jej wizerunek nie wszystkim się podoba, ale nie można przemilczeć tego, że dzięki lepszej ekspozycji cech, które Wonder Woman zawsze miała, efekt jest taki, że naprawdę uwierzyłem w to, że Diana jest niezwykle niebezpiecznym przeciwnikiem. To znaczy zawsze nim była, ale teraz jest jakby bardziej realna.

Wonder Woman: Trzewia
Mam broń!/Fot. DC Comics

Czy to oznacza, że “Trzewia” są lepszym komiksem od poprzedniczki? Nie do końca. Czytając “Krew” poczułem powiew świeżości i zasiano we mnie ziarno zainteresowania. Niestety przy okazji “Trzewi” odnoszę wrażenie, że przeczytałem jeszcze raz to samo. Te same patenty, te same chwyty, które dla samych bohaterów nie wnoszą nic nowego w stosunku do poprzednika. Akcja teoretycznie posuwa się do przodu, ale jednocześnie wydaje się stać w miejscu. Niby to dobrze, że drugi tom jest tak bardzo podobny do pierwszego, ale przy okazji trochę brakuje tu pazura, jakiegoś mocnego akcentu, który sprawi, że siedząc nad komiksem krzykniemy WOW! Tu tego nie ma, ale to nie oznacza, że komiks jest słaby. Bardziej chodzi o to, że po pierwszy tom rozbudził moje oczekiwania i choć dostałem solidną kontynuację, to nie wywołała już u mnie takich emocji jak poprzedniczka. Choć to i tak jedna z najlepszych pozycji jakie jest w ofercie Nowe DC Comics.

BookmasterRecenzja powstała przy współpracy z księgarnią Bookmaster.pl, w której opisywany komiks możecie kupić. O tutaj. Zakupy najlepiej zrobić z 15% rabatem, który dostaniecie dzięki zapisowi na newsletter Lektury Obowiązkowej.

Przeczytaj:

[tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”http://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/joker-brian-azzarello-recenzja-komiksu/#”]5 najgorszych złoczyńców Marvela[/tw-button] [tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”http://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/saga-wyjatkowa-space-opera/”]Odpocznij od superbohaterów i sięgnij po “Sagę”[/tw-button]