Wyobraźcie sobie, że jesteście szefami wielkiej korporacji. Zupełnie bez związku dla tego tekstu przyjmijmy, że wydajecie komiksy. Znowu bez jakiegokolwiek związku dodam, że będą to komiksy o superbohaterach. Wasza firma istnieje wiele lat. Tak na oko to kilkadziesiąt, ale kto by tam liczył. Przez te wiele lat udało się Wam w zasadzie wychować setki tysięcy wiernych czytelników. “Złapaliście ich” już w podstawówce. Trzymaliście przy sobie przez liceum i studia. Teraz najwierniejsi trwają przy Was nawet w tym smutnym momencie życia zwanym dorosłością. Jest dobrze, ale coś Wam nie pasuje. Nagle okazało się, że te kilkadziesiąt pozostawiło po sobie coś więcej niż tylko wiernych fanów słynnych postaci. Pozostawiło bałagan, który teraz ktoś musi posprzątać. Głowa Was boli, myślicie, co z tym zrobić. No i w końcu wymyśliliście. Kryzys.

No to teraz wyobraźcie sobie coś jeszcze. Wyobraźcie sobie, że to, co napisałem powyżej faktycznie się zdarzyło. Zamieńcie tylko superbohaterów na gumy kulki. Choć nie, może zostańmy przy superbohaterach.

Flashów dwóch, a nawet trzech

Firma taka jak DC Comics ma trudne zadanie. Opierając swoją sprzedaż głównie o najsłynniejszych bohaterów musi dbać o to, aby oni sami ciągle byli interesujący. Coś musi się dziać. Ktoś musi umierać, a ktoś inny wracać z martwych. Ogólnie komiksy nie lubią stagnacji, tak samo jak handel bylinami. Szefowie DC wiedzą o tym od momentu, w którym firma zdobyła więcej niż 10 czytelników. Jednak nim sięgnęli po najcięższą broń starali się dokonywać zmian partiami. Spokojnie. Nie widzieli potrzeby wielkich porządków, bo wyniki finansowe mówiły coś zupełnie innego, a różnorodność pozwalała na większe zaangażowanie czytelnika, który kupował więcej komiksów.

Marv Wolfman
Marv Wolfman/Fot. DC Comics

Kiedy zostałem zawodowym pisarzem, wspomniałem o moim “genialnym” pomyśle kilku redaktorom z DC Comics i Marvel. Od razu usłyszałem, że taka seria z pewnością by na siebie nie zarobiła. Powiedziano mi, że od początku lat 70. pierwsze zeszyty nowych cykli sprzedają się wyjątkowo kiepsko. – Marv Wolfman na temat koncepcji komiksowej serii, która ma początek i jasny dla czytelnika koniec.

Zmiany mogły dotyczyć albo pojedynczych tytułów, albo całych “rodzin” tytułów, które były ze sobą związane. Najlepszym przykładem takiego działania, które miało z jednej strony coś zmienić w postaci, a z drugiej próbować uporządkować wydarzenia, które miały miejsce dotychczas, jest Flash. W latach 50. XX wieku podjęto decyzję, że starym bohaterom przyda się świeże spojrzenie. To sprawiło, że czytelnicy poznali nowego Flasha, Hawkmana czy Zieloną Latarnię. I nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden szczegół. To tak naprawdę zupełnie inne postacie od tych, które czytelnicy znali dotychczas. Owszem dzieliły z nimi pseudonimy, ale na płaszczyźnie narracyjnej czy charakterologicznej to byli inni bohaterowie.

Taki obrót spraw powodował, że trzeba było coś zrobić ze starymi. W tym miejscu wbiega Flash, cały na czerwono. Scenarzyści wpadli na pomysł, aby w historii “The Flash of Two World” wyjaśnić, dlaczego w tym samym uniwersum istnieje dwóch na pierwszy rzut oka bardzo podobnych do siebie herosów. Jay Garrick i Barry Allen mogli ze sobą egzystować, bo jak się dowiedzieliśmy funkcjonowali w innych wymiarach. Proste, ale w sumie skuteczne. Przynajmniej tak wydawało się pomysłodawcom. Co ciekawe takie gruntowne zmiany nie dotykały trójki bohaterów:

  • Supermana,
  • Batmana,
  • Wonder Woman.

Było to istotne dlatego, że wraz z kolejnymi zmianami w uniwersum DC coraz bardziej rozwijała się wizja wielu światów, które istnieją obok siebie, a tym, co je spajało była wspomniana trójca. Punkt styku dla całego multiversum, choć oczywiście i tutaj każdy świat mógł mieć swoją ich wersję. Od wspomnianych lat 50. XX wieku wszystko zdawało się funkcjonować naprawdę dobrze. Scenarzyści mieli pole manewru jeżeli chodzi o eksperymenty i utrzymywanie wspomnianej uwagi. Jednak z biegiem lat równolegle do większych możliwości rodził się coraz większy chaos. Uniwersum DC rozrastało się. Ten sam bohater występował w kilku wersjach. Niby wszystko było ok, ale ostatecznie zielone słupki sprzedaży przestały być tak zielone jak wszyscy by tego chcieli. Potrzebne było coś, co zmieni ten stan rzeczy. Potrzebny był mocny impuls. Cios w szczękę na tyle mocny, aby dać wszystkim do zrozumienia, że idzie nowe, ale i na tyle słaby, aby nie znokautować pacjenta.

Pewnego dnia dostałem list od jednego z fanów adresowany do scenarzysty Green Lanterna (czyli do mnie), w którym pytał o zamieszanie związane z kontinuum DC Comics. Odpowiedziałem, że pewnego dnia redakcja pewnie wyjaśni czytelnikom, co należy do świata DC, a co nie. W tym momencie w DC Comics istniały już Ziemia-1, Ziemia-2, Ziemia-3, Ziemia-B i tak dalej. Na każdej z Ziem istnieli superbohaterowie, więc choć wierni czytelnicy nie mieli problemów ze zrozumieniem kontinuum DC, nowi odbiorcy nie wiedzieli, o co chodzi, gdy okazywało się, że istnieje trzech Supermanów, Batmanów czy Green Lanternów… – Marv Wolfman w przedmowie do polskiego wydania “Kryzysu na nieskończonych Ziemiach” choć sama wypowiedź pochodzi z 1998 roku

Secret Wars
Secret Wars/Fot. Marvel

Na kłopoty kryzys

Cytowany powyżej Wolfman, który odpowiadał za realizację swojego marzenia z dzieciństwa wspomniał, że DC Comics kiedyś postara się wszystko wyjaśnić. Nawet pomimo tego, że słyszał, iż jego pomysł był kompletnie nieopłacalny. Okazało się jednak, że ta na pozór szalona koncepcja mogła zostać przekuta na coś, co nie tylko wywróci świat komiksów superbohaterskich do góry kółkami, ale mimo wszystko okaże się dochodowe. Dotarło to do nich na początku lat 80. XX wieku. Uznano bowiem, że nadszedł czas, aby w uniwersum zmniejszyła się liczba światów. Wszystko miało być prostsze. Dzięki czemu nowy czytelnik od razu wiedziałby na czym stoi i gdzie tak naprawdę jest początek historii o superbohaterze, który go interesuje.

Richard Reynolds w książce “Super Heroes: A Modern Mythology” wskazuje na trzy rodzaje kontinuum. Szeregowe, gdzie wszystko łączy się z wydarzeniami z przeszłości. Hierarchiczne, które opiera się na hierarchii ważności wydarzeń lub – częściej – bohaterów. W końcu Strukturalne, które jest hybrydą dwóch wcześniej wspomnianych typów. Z tego względu może nastręczać sporo problemów i takim kontinuum jest właśnie to, co oferuje Marvel i DC.

Praca jaką wykonał Marv Wolfman i George Perez była tytaniczna. Choć wydarzenia i zmiany zapowiedziano już w 1981 roku to publikacja i wyczekiwana przez fanów wolta nastąpiła cztery lata później. Świetnie się składało, bo w 1985 roku DC Comics świętowało swoje 50. urodziny. Przez pół wieku wszystkiego uzbierało się tyle, że potrzebna była miotła, która posprząta bałagan. Było, co sprzątać, bo gdy autorzy “Kryzysu na nieskończonych Ziemiach” brali się do pracy wszystkiego było za dużo. Światy, bohaterowie, których liczby szły w tysiące, wątki, relacje miedzy nimi. Wszystko trzeba było naprostować nawet kosztem zabicia części z nich. Na szczęście tam, gdzie jacyś bohaterowie ginęli pojawiali się nowi. W ten sposób znalazło się miejsce np. dla Blue Beetle’a czy Kapitana Atoma.

Ich praca nie poszła na marne, bo oto okazało się, że taki wstrząs był potrzebny. Wręcz konieczny patrząc z perspektywy lat. Zarządzanie uniwersum przez kryzys było strzałem w dziesiątkę i faktycznie przyciągnęło do tytułów wydawnictwa nowych czytelników. Ten ruch wpłynął nie tylko na branżę komiksową, ale i na inne, które jej się przyglądały czego najlepszym przykładem jest branża filmowa. Taka rewolucja była nie tylko przejawem higieny dla produktu – bo komiksy i postacie to produkt, który ktoś nam próbuje sprzedać i często nie ma sensu dorabiać do tego jakiejś dodatkowej ideologii – ale i zastrzykiem nowych pomysłów, które przekładały się na sprzedaż. Był to sygnał, że tak można, a nawet trzeba postępować. Raz na jakiś czas.

Lekarstwo idealne?

Choć ten pierwszy o takiej skali komiksowy kryzys był sukcesem, to nie mogę napisać, że wszystko się udało. Paradoksalnie najwięcej problemów nadal było związane z tym, co próbowano uporządkować. Dowodem na to jest choćby seria “Zero Hour: Crisis in Time”, która miała posprzątać niektóre anomalie powstałe po wielkim restarcie. Nie udało się, ale problemy nie sprawiły, że ktoś uznał lekarstwo za złe. Od publikacji “Crisis in Time” minęło ponad 20 lat, a przez ten czas uniwersum DC było “sprzątane” kilka razy. Z różnym skutkiem, ale idea przyświecająca takim porządkom z reguły była taka sama. Tak, dobrze myślicie, najczęściej są to pieniądze oraz wzajemne relacje szefostwa wydawnictwa, które na taki ruch się decydowało.

Flashpoint
Biegnij Flash, biegnij!/Fot. DC Comics

Porządki są potrzebne, bo tak duże konstrukty, jakim są światy kreowane przez Marvel i DC Comics zwyczajnie ich wymagają. Wstrząsy pomagają nie tylko czytelnikom, ale i scenarzystom. Czasami to nie muszą być drastyczne zmiany całego świata. Wystarczy, że wprowadzone zostaną poprawki wnoszące fundamentalny zmiany dla konkretnych ważnych wątków czy postaci. Choć to nie musi wystarczyć. Zmiana wielu opowieści w opowieść nie jest konceptem nowym. Nie wymyślił tego Marv Wolfman, ale to on postanowił dać sygnał, że można się tym narzędziem posłużyć.

W normalnym świecie zarządzanie poprzez kryzys nie jest mile widziane. W świecie komiksów jest natomiast zupełnie normalne i w sumie musimy się z nim pogodzić. Grunt, aby tak aplikowane lekarstwo działało z korzyścią nie tylko dla pacjenta, ale i dla nas, czytelników. Problemy pojawią się bowiem dopiero wtedy, gdy pacjent umrze. Choć tego, że to nie nastąpi obiecać Wam nie mogę.