Po sieci krąży wpis z Polygamii o tym, co powiedział Andrzej Sapkowski na temat gier z serii “Wiedźmin” i samych graczy. Nie jest to pierwszy raz, gdy pisarz chlapnął coś, co wzbudziło spore emocje. Ta sama Polygamia pisała w tym roku, jak mało Sapkowski rozumie, gdy chodzi o to to, co zawdzięcza grom. I to oczywiście prawda, bo patrząc na całą sprawę z dystansem nie da się zaprzeczyć, że gry wiele dla niego zrobiły, choć sam tego nie przyznaje. Niestety Sapkowski nigdy nie słynął z bycia dyplomatą. Dzięki temu z miejsca dorobił się bolesnej łatki buca. Nie podoba mi się, gdy ktoś w ten sposób pisze o kimś innym w sytuacji, gdy prawdopodobnie nawet tej osoby nie poznał, ale to określenie pojawia się najczęściej. Niektórzy twierdzą nawet, że nie można opisać go inaczej. Nie chcę Sapkowskiego bronić, ale w pewnych kwestiach go rozumiem. Choć nie stworzyłem Wiedźmina.

Mój ci on

Zawsze zaskakuje mnie to, że często wymagamy od innych czegoś, czego sami innym odmawiamy. Wystarczy przeczytać komentarze pod linkowanymi tekstami – ale nie tylko tam – aby dowiedzieć się o tym, że Andrzej Sapkowski jest bucem, gościem łasym na pieniądze, które przechodzą mu obok nosa. Że pijak, że nie rozumie gier i graczy. Nie rozumie jak wiele zawdzięcza RED-om i że ma ego wielkości stodoły – takiej dużej stodoły ma się rozumieć.

Wielu artystów ma wielkie ego. Często większe niż talent. Mają też problem z przyjęciem do wiadomości, że ktoś może odnieść większy sukces bazując na ich pomysłach. Weźcie muzykę. Instytucja coveru jest powszechna. Niektórzy właśnie na coverach potrafią zbić kapitał nie mniejszy niż twórcy oryginału. Niektórzy też tworzą takie wersje utworów, które biją na głowę popularnością oryginał. Jednak to ciągle nie jest to samo, co w przypadku Sapkowskiego. O ile cover można uznać za swego rodzaju hołd dla oryginału, o tyle bazowanie na licencji hołdem być nie musi. Ba, często nie jest, bo nie po to ktoś kupuje licencję, aby obchodzić się z tym co kupił, jak z jajkiem.

I teraz dochodzimy do najważniejszego. Do związku między autorem i jego dziełem. Choć wiele osób może to zaboleć, to Sapkowski nie musi cmokać z zachwytem nad grami. Nie musi w nie grać mimo tego, że to świetne tytuły. Może nie zgadzać się z wyborami twórców i sugerować, że nie mają one absolutnie żadnego związku ze światem, który stworzył. I ja wiem, że patrząc na sagę o Wiedźminie najlepsze są pierwsze opowiadania. Aktualnie wie to każdy, kto przeczytał Wiedźmina i myśli, że teraz jest królem Novigradu. Jednak ego pisarzowi nie pozwala zaakceptować tego, że oryginały mogą być gorsze od tego, co powstało na ich podstawie.

Nie zmienia to jednak faktu, że tak jak CD Projekt RED jest emocjonalnie związany z bohaterami, którzy przemierzają ich wirtualny świat, tak i Sapkowski jest związany z dziełem, które bez względu na to, jak bardzo zaklinamy rzeczywistość, jest jego dzieckiem. Tutaj warto zaznaczyć, że nie zmienia to faktu, iż sam swoimi wypowiedziami – nie mi oceniać czy przemyślanymi, bo w głowie Sapkowskiego nie siedzę – obraża zarówno twórców gry, jak i odbiorców tych gier. A to się nie godzi w żadnym wypadku.

Co było pierwsze? Jajko czy kura?

Sapkowski powiedział, że musiał stoczyć tęgą wojnę, aby udowodnić, że to książki były pierwsze. Dziwne prawda? No właśnie nie do końca dziwne. W popkulturze często zdarza się, że nie mamy pojęcia, iż to, co oglądamy powstało na bazie czegoś innego. Samych filmów, które powstały na podstawie książek – o czym być może nie macie pojęcia – jest dziesiątki. I to często autorów boli, bo współczesny odbiorca nie zadaje sobie trudu, aby samodzielnie pomyśleć. Pomyśleć o kilku rzeczach:

  • Co było pierwsze,
  • Jak mocno film, gra czy wycinanka kurpiowska jest związany z materiałem źródłowym,
  • Że twórcy oryginału nie musi się podobać to czym inni się zachwycają.

Daleko nie trzeba szukać. Alan Moore też nie przebiera w słowach, gdy mówi o ekranizacjach swoich dzieł. Mówiąc wprost, otwarcie przyznaje, że ich po prostu nie lubi i że najlepiej jakby wszyscy zostawili go w spokoju. Oczywiście w ogólnej opinii internetu jest on wariatem/oszołomem. Nawet jeśli nim jest, to ma prawo ich nie lubić. W tym miejscu możemy sobie zadać pytanie, czy odbiorca musi myśleć o takich rzeczach? Czy musi dochodzić tego, czy owego i jaka jest rola twórcy dzieła, które bazuje na cudzej pracy?

Choć może się to Wam wydać zaskakujące, to ja w pewnym sensie Andrzeja Sapkowskiego rozumiem. Nawet pomijając ego pisarza – niech rzuci kamieniem ten, którego ego jest małe ziarnko groszku – rozumiem, dlaczego postrzega rzeczywistość tak, a nie inaczej. Dlaczego rzuca się, gdy ktoś pyta go o temat gier. Dlaczego odgryza się tak kąśliwie. Pisarz chciałby rozmawiać o tym, co jest jego dziełem. Chciałby być w centrum uwagi nie z powodu cudzej pracy, ale przede wszystkim własnej. Szczególnie, gdy efekty tej cudzej pracy budzą jego niesmak.

Nadinterpretacja

Mamy tendencję do nadinterpretacji cudzych słów. Ktoś coś powie, ktoś coś usłyszy i kłótnia gotowa, bo druga strona dodała do zasłyszanego swoją interpretację. Odnoszę wrażenie, że za mało staramy się pomyśleć o wspomnianej drugiej stronie. Szczególnie, gdy temat dotyka bezpośrednio nas. Oburzenie graczy jest jak najbardziej zrozumiałe, bo nie chcemy być stawiani w jednym rzędzie z osobami głupimi. Szczególnie, że cierpimy na silne kompleksy związane z tym, że ich ukochana rozrywka długo walczyła o status “poważnej aktywności intelektualnej nie tylko dla dzieci”. Celowo używam liczby mnogiej, bo sam jestem graczem od ponad dwudziestu lat.

Wypowiedzi Andrzeja Sapkowskiego mnie irytują, ale z drugiej strony wiem, że sam musiał toczyć puste i nic nie wnoszące dyskusje na temat zawartości dzieła, które powstało w oparciu o wybrane elementy całości. Całości stworzonej przez kogoś innego – w tym wypadku autora. Z drugiej strony jak się popatrzy na taką wypowiedź:

Należy przyzwyczaić się do tego, żeby nie traktować wierzby płaczącej i krowy jak to samo. Jest książka, literatura jest literaturą, gry, komiksy, filmy są tylko i wyłącznie adaptacjami. Nie mogą pretendować w żaden sposób do tego, że są sequelami, prequelami, czy coś tam się dzieje.

to można zadać sobie pytanie, czy aby na pewno autor wie, co mówi, bo dzieła mogą być prequelami czy sequelami. Rzecz w tym, że w tym wypadku autor ich po prostu nie uznaje. Pisarz broni swego tak zaciekle, że traci głowę i mówi często rzeczy, które nie mają najmniejszego sensu. Szkoda tylko, że gracze przy okazji postanowili obrzucić go wyzwiskami i obraźliwymi komentarzami. Wiem, że on sam pewnie ma to w dupie, ale skoro już ktoś kogoś nazywa bucem, to dlaczego sam zachowuje się jak buc?

Słowo na koniec

Na sam koniec mam radę, która ułatwia życie. Frustraci jej nienawidzą. Nauczmy się oddzielać dzieło od autora. Nie każdy ma tyle klasy, co Terry Pratchett czy fascynuje się innymi gałęziami popkultury jak George R. R. Martin. Ostatecznie liczy się rozrywka, którą dostarcza nam książka i choć pogardliwe wypowiedzi mogą boleć, to ciągle są to tylko słowa. Nie zmienimy człowieka, nie sprawimy, że nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przyzna nam rację. To się nie uda, ale na szczęście mamy książki i gry. One nie oceniają.

PS. Swoją drogą przypadek Sapkowskiego i Wiedźmina jest naprawdę ciekawy pod względem tego, że faktycznie można sobie zadać pytanie, co wypromowało, co? Bo fakt, że popularność książki w naszym kręgu kulturowym pomogła grze, a ta z kolei pomogła “zanieść” Geralta dalej. Pytanie tylko dlaczego nie można tego otwarcie przyznać? Tego, że każdy na tym zyskał choć pewnie nie w tym zakresie jaki oczekiwał.