Premiera specjalnego odcinka serialu „Sherlock” to dobra okazja do tego, abym napisał jedną ważną rzecz o sir Arthurze Conanie Doyleu. Słynny pisarz nie znosił swojego najsłynniejszego dziecka. Podobnie jak aktor, który kojarzony jest tylko z jedną popularną postacią, tak i on miał serdecznie dość słynnego detektywa.

A było to tak

Z punktu widzenia historii miłośnika fajek, zagadek i rzępolenia na skrzypkach, najważniejszy był rok 1887. Wtedy bowiem pojawiło się drukiem pierwsze opowiadania znane jako „Studium w szkarłacie”. Ukazało się na łamach pisma „Beeton’s Christmas Annual”. Numer, w którym rzeczone opowiadanie można przeczytać, jest w tej chwili wyceniany na mniej więcej 160-180 tysięcy dolarów. A skoro jesteśmy przy pieniądzach, to warto wspomnieć o dwóch faktach.

  • Fakt 1 – opowiadanie Doyle’a było wielokrotnie odrzucane. Dopiero wydawca wspominanego pisma, Ward, Lock & Co., zgodził się na jego publikację, a autor otrzymał 25 funtów.
  • Fakt 2 – Doyle zapytał wydawnictwo, czy może partycypować w procencie od sprzedaży numeru.

Niestety dla będącego wtedy przed trzydziestką pisarza przyszła do niego taka odpowiedź z wydawnictwa:

Drogi Panie. W odpowiedzi na wysłany z wczorajszą datą list z żalem informujemy, że nie jesteśmy w stanie dopuścić Pana do zysku od sprzedaży naszego pisma, gdyż może to wywołać zamieszanie. Opowieść została opublikowana razem z innymi historiami (napisanymi oczywiście przez innych autorów – przyp. Marcin) i jest sprzedawana jako całość, dlatego musimy pozostać przy naszej pierwotnej ofercie 25 funtów za prawa do publikacji.

Mówi się trudno i pisze się dalej. Wspominam o tym dlatego, że kiedy Doyle wysyłał wspominany list nie sądził jeszcze, jak wielkim sukcesem okażą się przygody genialnego detektywa. Stworzył go, bo jak przyznawał w swoich pamiętnikach:

Myślę, że ludzie w literaturze szukają potwierdzenia zwycięstwa dobra nad złem, bez względu na to kto, to zło unicestwia. Odpowiadając na to zapotrzebowanie, chciałem stworzyć typ detektywa naukowego, rozwiązującego tajemnice danej zbrodni na podstawie faktów, a nie dzięki głupocie zbrodniarza czy siłom nadprzyrodzonym.

Miał rację, bo publikowana na początku w odcinkach opowieść okazała się strzałem w dziesiątkę. Czytelnicy chcieli więcej Holmesa. Skoro czytelnicy chcieli więcej, to nie pozostawało nic innego, jak zakasać rękawy i zabrać się za pisanie. I Doyle pisał. Pisał, pisał, pisał i jeszcze trochę pisał. Między pisaniem starał się odpowiadać na listy zatroskanych fanów detektywa, którzy prosili go o pomoc w rozwikłaniu problemów oraz wspominali, jak bardzo kochają Holmesa i jak bardzo czekają na jego kolejne przygody. A musicie wiedzieć, że czekali bardzo i w tym czekaniu byli niezwykle uciążliwi, co coraz mocniej irytowali pisarza. Z jednej strony zadowolonego z sukcesu, a z drugiej zdenerwowanego skupieniem się tylko na jednej postaci.

Sir Arthur Conan Doyle

Sir Arthur/Fot. Walter Benington, domena publiczna

Coś w nim pękło

Wyobraźcie sobie, że stworzyliście właśnie postać wyjątkowego detektywa. Jego przygody są bardzo popularne i na każdej imprezie, na której się pojawiacie zamiast rozmawiać o tym, co było pierwsze, jajko czy kura albo o tym, że wielkieś smutki uczyniono w domu waszym, słyszycie następujące pytania:

  • Skąd pomysły na zagadki?
  • Czy Holmes przeżyje?
  • Co zrobiłby Holmes?
  • Jak Holmes by sobie z tym poradził?
  • Dlaczego Holmes w ostatnim opowiadaniu nie zrobił tego i tego?

Denerwujące, prawda? Z tymi pytaniami wiąże się zresztą ciekawa anegdota, bo tytuł szlachecki Doyle otrzymał z rąk króla Edwarda VII i nie uwierzycie, ale król był fanem Holmesa. Wręczając pisarzowi tytuł uznał za stosowne zapytać go, kiedy pojawi się kolejne opowiadanie.

Doyle przez kilka lat słuchania podobnych pytań miał tego wszystkiego serdecznie dość i w pewnym momencie powiedział sobie basta. To koniec. Tak dalej być nie może. Nie miał czasu pisać nic innego – a jak się później okazało pomysły miał naprawdę interesujące – więc postanowił, że przetnie nic życia Sherlocka Holmesa. O jego desperacji niech świadczy fakt, że nie interesowały go nawet pieniądze, które zarabiał na swoich postaciach.

„Zrobię to, nawet jeśli pogrzebię tym samym swoje konto bankowe. Jeżeli ja nie zabiję Holmesa, ten z pewnością zabije mnie”.

W 1893 roku ukazała się „Ostatnia zagadka”. To tam, walcząc na śmierć i życie ze swoim odwiecznym wrogiem profesorem Moriartym, Holmes spada wraz ze swoim adwersarzem w odmęty wodospadu Reichenbach w Szwajcarii. Słuch po nim ginie. Pisarz oddycha spokojnie, a fani? Fani są wściekli. Pieklą się. Grożą zemstą. Pisarz zamiast otrzymywać pytania o kolejne powieści odbiera listy na przykład o takiej treści:

Ty dzika bestio, jesteś mordercą, dzikim zwierzęciem bez sumienia. Mam nadzieję, że Bóg cię skarze i nie pozwoli, aby tak potworna zbrodnia uszła ci bez kary. Swym czynem straciłeś Pan przyjaciół w Anglii i nie tylko.

Przyjemne, nie ma co. Oprócz tego były i takie listy:

Panie nic nas nie obchodzą pańskie łajdackie sztuczki. Holmes żyje bo nikt przy zdrowych zmysłach nie da wiary, że ktoś taki jak on dał się wykiwać pierwszemu lepszemu przestępcy. Nic nas nie obchodzi jak Pan to załatwi, ale radzimy, żeby najdalej w ciągu roku znalazł pan żywego Sherlocka Holmesa.

Elementary

Bardzo lubię to wcielenie Holmesa/Fot.
CBS Television Studios

Czytelnicy kochali detektywa. Kochali go do tego stopnia, że zatarła się gdzieś granica między fikcją a rzeczywistością. Między wolą ludu, a wolą pisarza. Agresja była tak duża, że przerażony Doyle podjął decyzję o powrocie Sherlocka Holmesa. Na szczęście dla mnie w chwili wytchnienia od tej postaci popełnił jedną z moich ulubionych książek, czyli „Świat zaginiony”. Wyprawa do świata zamieszkałego przez prehistoryczne stwory była wybawieniem dla autora, ale jak się później okazało nie na długo. Ugiął się i w ten sposób powstał „Pusty dom”, w którym to Holmes wraca w przebraniu. Jak wrócił? Tłumaczenie było dość mętne, ale uznano, że Holmes ukrywał się przed pozostałymi członkami organizacji Moriarty’ego, a jego samego zepchnął w przepaść korzystając ze swoich nieprzeciętnych umiejętności w bartitsu. Powrót został przypieczętowany.

Bartitsu to mieszanina różnych sztuk walki: od japońskiego jujitsu, przez europejską szermierkę aż po boks. Twórcą tegoż wynalazku jest Edward Barton-Wright, a jej przeznaczeniem było wyposażenie mężczyzn z klas wyższych w oręż do obrony przez zwykłymi oprychami.

Przekleństwo

Wiedział, że nie uwolni się od swojej kreacji aż do końca swojego życia. Nie wiedział jednak, że po latach uda mu się stworzyć nie tylko bardzo dochodowego herosa, ale i postać ważną dla całej kultury popularnej. Choć aż do śmierci uważał, że gdyby nie powołał go do życia to być może jego pozycja w literaturze byłaby lepsza, to nie było też tak, że nie miał swoich ulubionych opowiadań. Miał i pierwsza trójka przedstawiała się tak:

Studium w szkarłacie

Studium w szkarłacie/Fot. Domena publiczna

  1. „Nakrapiana przepaska niesie śmierć” – uważał, że przez swój mroczny klimat będzie pojawiać się w zestawieniach najlepszych opowiadań.
  2. „Liga rudowłosych”
  3. „Tańczące sylwetki” – to opowiadanie oraz to z miejsca drugiego uznawał za ulubione, bo wyróżniały się pomysłem.

Opowiadanie, w którym uśmierca Holmesa trafiło „dopiero” na miejsce czwarte. Później listę zmienił i na podium trafiły:

  1. „Srebrny płomień”.
  2. „Plany Bruce-Partington”.
  3. „Garbus”.

Nie ważne jednak, co było ulubionym opowiadaniem. Ważne, że przez wiele lat stworzył wiele niezapomnianych historii i do dzisiaj stymuluje wyobraźnię ludzi takich jak ja. Za to mu bardzo dziękuję i tego panie Doyle nikt panu nie odbierze.

Przeczytaj:

Kiedy pisarz bierze się za komiks Jak zabezpieczano książki przed złodziejami
  • Niezależnie od tego czy autor lubił swoją postać czy nie trzeba oddać mu to, że stworzył świetną postać. Kolejne ekranizacje tylko to potwierdzają przy okazji na różny sposób interpretując jego losy i dokonania.

  • Takie informacje tylko dodają charakteru Sherlockowi i całek otoczce, jaka jest wokół niego. Osobiście bardzo lubię Sherlocka – książki, filmy i serial (ten ostatni, mimo, że najbardziej odbiegający od tradycyjnego Holmesa, przekonuje mnie najbardziej i już nie mogę doczekać się wyjścia do kina na odcinek specjalny <3), a takie ciekawostki to dla mnie coś świetnego.

    • Ciekawa postać, to i ciekawa historia stojąca za tą postacią 🙂

  • Mówi się, że miłość i nienawiść to dwie strony tego samego medalu. Prawdziwa śmiercią dla postaci Sherlocka Holmesa byłoby zobojętnienie pisarza wobec bohatera i czytelnika. Jakiekolwiek więc emocje budził w autorze jego detektyw poszły w pióro, inaczej nie budziłby też emocji wśród swoich wielbicieli. A przy całym szacunku dla intelektu i pięknej konstrukcji bohatera polegającego w największym stopniu na swoim racjonalnym myśleniu, ludzie to emocjonalne bestie – paradoksalnie dlatego kochają Sherlocka Holmesa a nie tylko „doceniają jego walory literackie”. P.S też lubię „Zaginiony świat” 🙂

  • Ten post jest dla mnie ogromnie inspirujący! Uruchamia bardzo wiele pytań na temat kondycji (pop) kultury, fanów i ich wpływu na twórcę. Kiedy pisarz panuje nad dziełem, a kiedy zaczyna być jego niewolnikiem? Czasami się nam wydaje, że fandom to wynalazek dość nowy, a tu się okazuje, że już w XIX wieku miał się nieźle i tak naprawdę…niewiele (prócz nowych technologii) się zmieniło. Przypadek Doyle’a przypomina mi trochę sytuację G.R.R Martina współcześnie. Nie zazdroszczę mu presji pod którą pisze swoje „Wichry Zimy” i w tym kontekście wcale nie dziwi mnie, że tak opornie mu to idzie. Z drugiej strony, Doyle posługiwał się formą, która pozwalała mu na zakończenie w dowolnym momencie, Martin zdecydował się na sagę. Ale wpływ takiej presji fanów na kształt tekstów kultury to bardzo ciekawe zagadnienie i zastanawiam się, czy ta presja odbije się np. na wspomnianych „Wichrach..”, a jeśli tak, to w jaki sposób.

    • To samo przeżywał przecież Sienkiewicz, który uwięził Zagłobę z myślą, że ten już nigdy nie wydostanie się z lochu. Niestety – a może stety – fani zasypywali pisarza prośbami, aby ten uwolnił ich ukochanego bohatera. Presja była tak duża, że nie było wyjścia. Zagłoba musiał wrócić 🙂