Kochamy oglądać historie o tym, jak ktoś mimo przeciwności losu walczy o marzenia. Budzi się wtedy w nas nasz wewnętrzny Billy Elliot. Na moment stajemy się niezbyt urodziwym chłopcem z robotniczego miasta w Anglii, który nie chce pracować fizycznie. Chce tańczyć. Pisarze też chcą tańczyć, choć ich taniec to pląsy pióra po kartce – ktoś jeszcze pisze piórem? – lub rytmiczne stukanie w klawisze prywatnego laptopa. Niestety wielu z nich musi odbyć ciężką walkę o to, aby ktoś efekt ich literackiego tańca chciał wydać. Choć zabrzmi to jak banał, to każdy przez to przechodzi. Każdy musi udowadniać, że nie jest garbaty. Nie ważne, czy jesteście Stephenem Kingiem czy Georgem Orwellem. Przy pierwszej książce jesteście nikim. Znaczycie tyle, co nic, a jedyną osobą, której na Was zależy jest Wasza matka – o ile mieliście szczęśliwe dzieciństwo. Z tego powodu postanowiłem Was pocieszyć. Jeżeli wśród czytających ten tekst pojawią się przyszli pisarze, to dobrze, bo zobaczą, że o wielkość trzeba walczyć.

Nie interesują nas historie sf z negatywnym przesłaniem. To się nie sprzedaje

Te słowa usłyszał Stephen King wiele razy nim udało mu się wydać swój debiut. Jego “Carrie” błąkała się od jednego wydawcy do drugiego. Była jak niechciane dziecko, w którym sam ojciec nie widział potencjału. Przed zapomnieniem i przy okazji popełnieniem wielkiego błędu uratowała sytuację żona pisarza. Bogu niech będą dzięki.

Absurd. Mało interesująca fantastyka. Nudne bzdury.

To nie jest reakcja na kolejną odsłonę Zmierzchu. Nie, to usłyszał jeden z moich literackich bogów. William Golding – późniejszy laureat Nagrody Nobla – chciał wydać “Władcę Much”. Niestety wielu ze “specjalistów” nie poznało się na jego talencie i potencjale jaki tkwił w historii chłopców uwięzionych na wyspie. Odrzucali go jeden po drugim. Podziwiam upór Goldinga, który nim udało mu się znaleźć chętnego do współpracy wydawcę odmowę usłyszał 20 razy.

Wspomniałem o Orwellu celowo. Zastanawiam się, jakim ograniczonym umysłowo palantem trzeba być, aby odrzucić pomysł jaki krył się za genialnym “Folwarkiem zwierzęcym”. Choć nie mieści mi się to w głowie, to prawda jest taka, że Orwell długo szukał wydawcy. Problemem byli bohaterowie książki. Według wielu ludzi z branży historie o zwierzętach w USA się nie sprzedają. Coś wspólnego z Goldingiem miał Frank Herbert. Jego przełomowa dla gatunku powieść spotkała się z odmową tyle razy, ile “Władca Much”. To jednak i tak nic przy tym ile nachodzić się musiała Margaret Mitchell. Autorka “Przeminęło z Wiatrem” otrzymała kosza od wydawców całe 38 razy!

On nie ma przyszłości

John le Carré uchodzi za jednego z najlepszych autorów powieści szpiegowskich w historii literatury. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest najlepszy. Niestety nim poznano się na jego wielkim talencie wróżono mu absolutny brak kariery. Ludzie, którzy czytali jego “Ze śmiertelnego zimna” stwierdzali, że to się nie uda, a sam autor nie ma szans, by odnieść sukces. Podobne problemy miała Ursula K. Le Guin. Manuskrypt z “Lewą ręką ciemności” błąkał się po różnych domach wydawniczych. Nikt nie chciał się nim zaopiekować, a jeden z wydawców pokusił się na krótkie podsumowanie tego, co przeczytał:

Książka jest za bardzo skomplikowana przez liczne odniesienia, detale i legendy, które wydają się być ważne dla fabuły, ale tak naprawdę ją spowalniają. Wszystko to sprawia, że akcja książki grzęźnie w miejscu, a ostatecznie całość jest nie do przebrnięcia. Wszystko jest suche, bez polotu, brakuje dynamiki. Nawet jeżeli książka ma do przekazania jakieś emocje, to znikają one w gąszczu przytoczonych problemów. Mimo to cieszę się, że mogłem wyrazić swoje zdanie. Manuskrypt odsyłam w załączeniu.

Krótka piłka. Jesteś beznadziejną pisarką Ursulo. Musisz się z tym pogodzić. Nikt nie kupi tej nudnej i suchej jak wióry szmiry. Na szczęście Le Guin próbowała dalej i efekty wszyscy znamy. Ciekawe jak poczuł się Rudyard Kipling, gdy usłyszał, że ma poważne problemy w posługiwaniu się językiem angielskim. Taki zarzut usłyszał, gdy wysłał propozycje swoich krótkich opowiadań do jednej z gazet w USA. Po latach on dostał Nobla, a gazetę zamknięto. Karma to naprawdę dziwka.

Takich przykładów można przytoczyć dziesiątki. William Faulkner, Joseph Heller czy Marcel Proust to tylko niektóre z nich. Teraz się nimi zachwycamy, a wystarczyłby jeden drobny impuls zmuszający ich do zaniechania dalszych prób i “Paragrafu 22” byłby tylko pomysłem w głowie Hellera.  Po co to piszę? Bo sam chcę się utwierdzić w przekonaniu, że opinia nawet 38 osób nie musi oznaczać zerwania z marzeniami. Jeżeli sami nie chcecie wygrać, to nikt za Was tego nie zrobi. Tym koślawym zdaniem w stylu Paulo Coelho zostawiam Was i idę spać. Może wpadnie mi do głowy jakiś genialny pomysł na książkę?

[tw-button color=”red” size=”big” alignment=”center” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”http://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/ulubiona-ksiazka-psychopatow/”]Ulubiona książka psychopatów[/tw-button]

Fot. Brian Jeffery Beggerly/Flickr.com