Obawiam się, że część z Was po przeczytaniu tego tekstu może zechcieć sięgnąć po “Kolekcjonera” Johna Fowlesa i kto wie, co z tego wyniknie. Skąd mój strach, bo przyłożę rękę do “wyprodukowania” seryjnych morderców. Mam nadzieję, że dwa pierwsze zdania – oraz tytuł, który wymyśliłem po to, aby pojawił się tam seryjny morderca – sprawiły, iż chcecie czytać dalej. Bo ten tekst będzie o zabijaniu. O przerabianiu ludzi na psią karmę oraz o zgrozo o szaleństwie. Będzie to tekst o nas.

Jak “Buszujący w zbożu”, ale lepiej

Są książki wielkie, są te przeciętne, które cicho piszczą w kącie, bo nikt ich nie chce czytać, a jak ktoś już przeczyta to szybko o nich zapomina i znowu piszczą w kącie do następnego razu. Są książki złe – w tych specjalizuje się Paweł Opydo, ale na szczęście ich nie pisze tylko czyta, abym ja nie musiał – oraz takie, do których przyszywane są pewne teorie. A to, że promują homoseksualizm wśród świnek morskich, a to, że przez nie krowy dają zsiadłe mleko albo że uwielbiają je czytać psychopaci. Teorie rodzą się od wieków, więc nie ma w tym nic dziwnego, ale niektóre z nich potrafią być tak absurdalne, że wydaje nam się, iż zostały wymyślone przez członków rządu – i nie mam tu na myśli żadnej konkretnej partii politycznej, żadnej… Stąd raz na jakiś czas możemy przeczytać na przykład o tym, że gry komputerowe są winne apartheidowi oraz temu, że na Spotify nie ma nowej płyty Kanyego Westa. Książkom też się dostaje, a jednym z tytułów, za którym “ciągnie się smród nieufności” jest “Kolekcjoner” napisany przez Johna Fowlesa.

Kiedy Fowles pisał swoją książkę wcale nie myślał o tym, że może zainspiruje kilku wesołych jegomościów do tego, aby zamiast kolekcjonować motylki zaczęli kolekcjonować ludzkie skóry. Nie myślał, ale co z tego. Mleko się rozlało i wystarczyło kilku wariatów, aby “Kolekcjoner” stał się ulubioną książką seryjnych morderców. Zacznijmy jednak od tego o czym jest książka i co w niej jest takiego pociągającego. Fabuła powieści skupia się na relacji między Fryderykiem Cleggiem oraz Mirandą Grey. Fryderyk jest odludkiem, który ma spore problemy z nawiązywaniem relacji z innymi ludźmi. Ma pracę, od czasu do czasu obstawia mecze i szaleńczo kocha się w Mirandzie. No i kolekcjonuje motyle. Motyle są bardzo ważne, bo każdy psychopata zaczyna od wyrywania motylkom skrzydełek – niektórzy je też malują, jak Hitler, dlatego zastanawiam się, co gorsze, wyrywanie czy ich malowanie, bo jednak Hitler swoimi “osiągnięciami” zakasował konkurencję.

Kolekcjoner
Czy ma pani czas porozmawiać o motylkach?/Fot. Kadr z filmu “Kolekcjoner”

Powyższe powinno zapalić Wam lampkę ostrzegawczą – albo lampki, bo liczba mnoga, Was, czyli Wy. W końcu mamy samotnika, obsesję i kolekcję motyli. I faktycznie lampka zaczyna się palić niezwykle jasno, bo okazuje się, że nasz bohater decyduje się na dramatyczny ruch. Porywa Mirandę, a reszta jest historią.  Książka Fowlesa choć opowiada o tym, jak to Fryderyk porywa Mirandę i opisuje wydarzenia z perspektywy dwóch bohaterów, to w rzeczywistości daleko jej do poradnika:

10 prostych kroków jak zostać seryjnym mordercą

Lub:

Poznał tajemnicę mordowania. Policjanci go nienawidzą.

Bardziej jest to opowieść o wyobcowaniu, potrzebie akceptacji, ale i desperacji czy w końcu zrozumieniu. Istotny jest w niej aspekt psychologiczny i skomplikowana relacja między bohaterami. Ta komplikacja nie wynikała tylko z faktu, że Miranda była więziona. Wynikała z tego, że ofiara wcale taka święta nie była i tym samym czytelnik nie oceniał bohaterów tak jednoznacznie, jak ma to miejsce w innych powieściach, które z miejsca kreślą grubą linię między złym a dobrym charakterem. Sam Fowles w wywiadach przyznawał, że postać Mirandy nie była tylko ofiarą. Jako człowiek była krnąbrna, zawzięta do tego stopnia, że można ją nazwać fanatykiem. Zarozumiała kobieta, która miała wszystko, a która wpadła w ręce człowieka, który nie miał nic.

Co w takim razie sprawiło, że “Kolekcjoner” trafił na listę książek podejrzanych? Jego bardzo specyficzni fani, a trzeba przyznać, że jest wśród nich kilku wyjątkowych ananasów.

Głosy, to głosy kazały mi wymazać swoje ciało nutellą

Christopher Bernard Wilder – fotograf. No może nie fotograf, ale “na fotografa” właśnie potrafił zwabić młode dziewczyny. Obiecywał sesje dla magazynów, sławę i żelki. Okazało się, że nawet żelków nie miał, a nim skończył ze sobą udało mu się zamordować siedem kobiet. Ofiar jego działań było więcej, bo łącznie zgwałcił dziesięć, a gdy popełnił samobójstwo, to ostatnią rzeczą jaką widział była okładka książki napisanej przez Fowlesa. Prawdziwy fan.

Leonard Lake
Leonard Lake/Fot. WP:NFCC#4

Leonard Lake i Charles Ng – vlogerzy. Lake i Ng mieli zamordować nawet 25 osób. Piszę nawet, bo nie wiadomo dokładnie ile faktycznie miało nieszczęście spotkać ich na swojej drodze. O obsesji Lake’a na punkcie “Kolekcjonera” policja dowiedziała się oglądając kasety wideo, które znaleziono po jego śmierci. Sam Lake popełnił samobójstwo, a jego kompan ciągle żyje. Aktualnie wypoczywa w kurorcie o nazwie San Quentin. Mały smaczek na koniec, cała seria nagranych przez nich filmów, w której dokumentowali swoją morderczą serię nosiła nazwę “Operacja Miranda”. Tak, dobrze myślicie.

Robert Berdella – kinoman. On dla odmiany głównie inspirował się ekranizacją książki nakręconą przez Williama Wylera, ale wszyscy wiemy, że sześciu mężczyzn straciło życie właśnie przez Fowlesa. Berdella przetrzymywał, brutalnie torturował – choć nie wiem, czy można kogoś torturować łagodnie – a następnie mordował swoje ofiary. Tortury nagrywał. Był mocnym kandydatem do Pokojowej Nagrody Nobla, bo jak przyznał w trakcie przesłuchań zawsze w trakcie tortur swoim ofiarom podawał silne środki przeciwbólowe. Łaskawca.

Tych kilka przykładów powinno potwierdzić teorię o tym, że czytanie “Kolekcjonera” jest prostą drogą do tworzenia kolekcji nie z motylków, a z innych ludzi. I faktycznie wiele osób tak sądzi, tylko, że są w błędzie.

Jak bardzo się mylisz

Książka napisana przez Johna Fowlesa nie jest żadnym poradnikiem czy katalizatorem dla zwyrodnialców. Wręcz przeciwnie. Pomijając nawet wspominany już aspekt relacji między bohaterami jej głównym celem jest potępienie przemocy czy seksualnego wykorzystywania drugiej strony. Mało tego, przestrzega przed tym sam Fryderyk. Fowles pisząc “Kolekcjonera” chciał zwrócić uwagę na pewne problemy, ale i zwrócić uwagę na ludzi takich jak Fryderyk. Samotnych, często zdesperowanych, ale milczących. Niestety pech chciał, że zwrócił uwagę nie tych, co trzeba, bo po książkę zaczęli sięgać ci, przed którymi autor nas ostrzegał.

Czy to oznacza, że miał jej nie pisać? Absolutnie. Chory umysł zawsze znajdzie jakiś punkt zaczepienia. Będzie się starał racjonalizować swoje decyzje. To nie wina Fowlesa, że ktoś zrozumiał książkę zupełnie inaczej niż “ta normalna” część społeczeństwa. W zasadzie nic nowego nie napiszę we wnioskach, bo te są zawsze takie same. Wszystko może być powodem, że ktoś postanowił przerobić drugą osobę na szisz kebab.

Tym samym możecie czytać. Tylko błagam, zostawcie motylki w spokoju. Ludzi też.