Dobrych książek nigdy za wiele. Dobrych książek science fiction tym bardziej. W poprzedniej części postawiłem na propozycje z Polski. W tej wrócimy do zagranicznego science fiction i zestawu klasyków. Klasykę nie każdy lubi. Nie każdy się przy niej dobrze bawi, a czasami wręcz nie każdy ją rozumie. Prawda jest jednak taka, a powtarzam to od momentu gdy LO powstało, że klasykę mimo wszystko znać się powinno. Choć niekoniecznie trzeba się do niej zmuszać. Dlatego jak zwykle bez przeciągania przejdźmy do pięciu pozycji, które pojawią się w tej odsłonie.

“Luna to surowa pani” – Robert A. Heinlein

Wbrew tytułowi książka Heinleina nie traktuje o pewnym kocie z “Czarodziejki z Księżyca”. Fabuła w skrócie prezentuje się tak, że oto trafiamy na Lunę, kolonię karną, w której rewolucja wisi w powietrzu. I faktycznie w pewnym momencie coś pęka i osadzeni w Lunie wzniecają bunt przeciwko komputerowi, który nadzoruje to, co robią w kolonii. Przez lata jej istnienia trafiali do niej nowi osadzeni, których uzupełniali potomkowie ich poprzedników. Czas płynie, mieszkańcy mieszają się i dzielą wspomnieniami oraz doświadczeniami. Zawsze w takiej sytuacji, gdy ktoś czuje się uciskany, powstaje ferment. Ten prowadzić może do rewolucji. Nie od razu. Na to, by ludzie się zbuntowali, potrzeba czasu. Często wielu, wielu lat. Te upływają na Lunie, a my oczami narratora obserwujemy wydarzenia, do których ostatecznie dochodzi. Tak jak w “Kawalerii kosmosu” Heinlein pięknie zarysował mechanizmy działające w państwach totalitarnych tak w “Lunie” pokazał nam jak rodzą się rewolucje. Pod wszystkimi względami to jedna z najważniejszych i ciągle najlepszych książek science fiction. Nie tylko z powodu tego, jak dobrze autor opisuje wspomniane mechanizmy, ale przede wszystkim dlatego, że zmusza czytelnika do myślenia. Fani często opisuję książkę jako przewodnik dla tych, którzy chcą wzniecać rewolucje. I wiecie co? Coś w tym jest.

…zgodzę się na wszystkie przepisy, które twoim zdaniem zagwarantują tobie wolność. Ja jestem wolny bez względu na to, wśród jakich przepisów żyję. Jeśli mogę je znieść, to je znoszę; jeśli stwierdzam, że są zbyt dokuczliwe, to je łamię. Jestem wolny, gdyż wiem, że tylko ja ponoszę moralną odpowiedzialność za wszystko, co czynię.

“Kroniki marsjańskie” – Ray Bradbury

Kolejny klasyk wjeżdża na salony. Tym razem od autora niezapomnianych “451 stopni Fahrenheita”. Jego “Kroniki marsjańskie” to nie tyle tradycyjna samodzielna powieść, co zbiór opowiadań. Oczywiście taki układ automatycznie odsiewa tych, którzy opowiadań nie trawią – są tacy, dziwni ludzie, należy się ich wystrzegać, a być może i zgłaszać odpowiednim służbom – mi to jednak pasuje. Dlaczego? Bo lubię sprawdzać, czy pisarz odnajduje się w krótkiej formie tak samo dobrze jak w formach dłuższych. Napisać opowiadanie to nie jest wielka sztuka. Co innego napisać takie, które na długo zapada w pamięć. Bradbury podszedł do tego trochę inaczej, bo choć faktycznie jego “Kroniki” to zbiór opowiadań, to warto zaznaczyć, że wszystkie opisują historię kolonizacji. Spisane jako kroniki przeskakują między miesiącami i latami prezentując nam to, co dzieje się na powierzchni Marsa. Jak to zwykle u Bradbury’ego bywało cała historia nie jest tylko po to, aby dostarczać nam rozrywki. Pisarz postanowił za pomocą “Kronik” zaprezentować swój stosunek do kultury amerykańskiej. Kultury, której był częścią, ale z której ekspansywnością, poczuciem wyższości czy w końcu zwykłym kulturowym szowinizmem się nie zgadzał. To metafora tego, jak potężniejszy potrafi zniszczyć słabszego. Samo zniszczenie nie musi być nawet świadomym celem. Bardziej efektem działań wynikających z przeświadczenia o własnej wyższości. Jak mawia młodzież, w punkt panie Bradbury, w punkt.

“Koniec dzieciństwa” – Arthur C. Clarke

Czy zastanawialiście się kiedyś jak będzie wyglądać nasz potencjalny kontakt z obcą cywilizacją? Co się stanie? Co zrobimy my i co zrobią oni? Jakie będą tego konsekwencje? To tylko niektóre z pytań, które od wielu lat zadają sobie nie tylko naukowcy, ale i pisarze science fiction. Jednym z nich był Arthur C. Clarke. Człowiek, któremu można zazdrościć zarówno wiedzy, jak i pasji. Clarke w zasadzie od początku swojej kariery podchodził do tego tematu. Jednym z efektów jego przemyśleń była wydana w 1953 roku powieść, która z kolei stanowi rozwinięcie fabuły opowiadania “Anioł Stróż” z 1946 roku. Powiecie, że starowinka i pewnie z tego science fiction zostały tam latające spodki. Że starowinka to prawda, ale sam przekaz książki i jej fabuła są ciągle aktualne. W skrócie chodzi tam o to, że pewnego dnia obca cywilizacja postanawia odwiedzić Ziemię. I nie są to odwiedziny pojedynczego statku, a raczej całej floty. To może sugerować, że chcą nas zniszczyć. Nic z tych rzeczy, kosmici przynoszą nam pokój. Ten ma swoją cenę, ale nie chcę zdradzać nic więcej, bo po co psuć Wam zabawę. Być może przy okazji tego tytułu obiło się Wam o uszy lub inne części ciała, że powstał serial na podstawie powieści. To prawda, powstał. Różni się jednak od pierwowzoru choćby czasem akcji. W książce kosmici pojawiają się w szczycie Zimnej Wojny. Mimo to serial warto sprawdzić, najlepiej po lekturze książki. Na koniec jestem zobowiązany dodać dlaczego ta książka jest istotna? Przede wszystkim dlatego, że choć porusza ograny miliard razy temat, to Clarkowi udało się uniknąć banału. Oprócz tego stanowi ciekawy głos w dyskusji na temat tego, jak nasz kontakt mógłby wyglądać.

“Rzeźnia numer 5” – Kurt Vonnegut

Czasami prawda bywa ciekawsza niż fikcja. Tak jest w przypadku “Rzeźni numer 5”. Książka choć opisuje prawdziwe wydarzenia, w których brał udział sam Vonnegut, to i tak jest zaliczana do gatunku science fiction. Zacznijmy jednak od początku. Vonnegut walczył w armii amerykańskiej w trakcie II wojny światowej. Dostał się do niewoli i miał nieprzyjemność przeżyć dramatyczne chwile w Dreźnie. Doświadczenia opisał chyba w najsłynniejszej swojej książce, która stanowi świadectwo horroru jaki rozegrał się w trakcie bombardowania Drezna. Słodko-gorzka historia Billy’ego Pilgrima powinna być pozycją obowiązkową głównie ze względu na to, że coraz mniej jest osób opisujących wojnę w taki sposób jaki robi to Vonnegut. Coś o wojnie wiemy, ale to jest tylko coś. Najczęściej jest to “coś” pośród wielu “cosiów”, które serwuje się nam na lekcjach historii. Wiemy, że wojna to zło, ale nie wiemy jak wielkie. Vonnegut bardzo ładnie wszystko wykłada i kiedy wydaje nam się, że to książka tylko o przeżyciach związanych z wojną pisarz serwuje rasową fantastykę naukową. Szkoda, że płonące Drezno nie było jej częścią.

Do rzeczy, których Billy nie mógł zmienić, należała przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

“Droga” – Cormac McCarthy

Cormac McCarthy być może kiedyś będzie się cieszył z literackiej Nagrody Nobla. Być może. Nawet jeżeli jej nie otrzyma, to nikt nie odbierze mu tego, że jest jednym z najważniejszych pisarzy amerykańskich. Jego nazwisko to gwarancja jakości. Tak, jestem fanbojem, bo ciężko nie uwielbiać pisarza, który przez kilkadziesiąt lat kariery wydał raptem dziesięć powieści, a każda jest świetna. O “Drodze” zrobiło się głośno nie tylko ze względu na autora, ale i ze względu na udaną ekranizację w reżyserii  Johna Hillcoata z 2009 roku. Książka jest historią tytułowej drogi, którą przebywa ojciec wraz z synem. Przemierzają zdewastowany kontynent, aby dotrzeć do jego wybrzeża. Klimat powieści McCarthy’ego jest wręcz nie do opisania. Smutne krajobrazy, niepewność, strach przed obcymi, którzy mogą się okazać kanibalami. Brudny realizm w połączeniu z fantastyką z pogranicza horroru. Z jednej strony bardzo sugestywna wizja apokalipsy, a z drugiej portret miłości ojca i syna. Tak jak Clarke starał się odpowiedzieć na pytanie, jak wyglądałaby nasza relacja z kosmitami, tak McCarthy serwuje nam swoją wizję świata, w którym człowiek jest gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Powieść wywołuje bardzo silne emocje. Ciężko się ją czyta nie ze względu na to, że jest źle napisana, ale ze względu na to, że nie można opędzić się od przerażających obrazów, które opisuje McCarthy.

W tej części to na razie tyle. Swoje propozycje jak zwykle wpisujcie w komentarzach. Wszystkie czytam i spisuję.

Fot. tytułowa – fragment plakatu promującego serial “Koniec dzieciństwa” kanału SyFy.