Rok się jeszcze nie skończył, ale mam mocne postanowienie, że właśnie wyczerpałem limit filmowego crapu na jego ostatnie tygodnie. Szczególnie po seansie przygód pewnych gadających żółwi. Z tego powodu postanowiłem Was ostrzec. Przed tym, co może Was spotkać, gdy ktoś powie:

Hej, a może obejrzymy jakiś film?

Jeżeli po tym pytaniu na liście propozycji pojawi się, któryś z poniższych tytułów macie trzy wyjścia:

  • Zakończcie tę znajomość. Gorzej już nie będzie.
  • Powiedźcie, że właśnie straciliście wzrok i chyba wolicie posłuchać muzyki.
  • Wrzućcie do gardła trzy panadole, napijcie się czegoś mocnego i może jakoś wytrzymacie do końca seansu. Może.

Poniższa lista powinna być dłuższa i to jest bardzo zła wiadomość, bo okazało się, że przez cały rok przyjąłem na klatę zatrważającą liczbę kiepskich filmów. Jeszcze gorsze – a co za tym idzie poddające w wątpliwość moją kondycję mentalną – jest to, że za każdym razem sam sobie jestem winny. Dlatego nie popełnijcie tych błędów, co ja. Jak już je popełniliście to trudno, przynajmniej popłaczemy sobie wspólnie.

10. “Obrońcy skarbów” – reż. George Clooney

Z reguły nie zasypiam na filmach, ale gdy już zasypiam, to musi być to totalna porażka. Nie moja, a reżysera. W przypadku “Obrońców skarbów” pierwszy raz oko mi się zamknęło po mniej więcej 30 minutach. Później było już tylko gorzej, a ostateczne obudziłem się na napisach końcowych. Przypadek? Nie wydaje mi się. Mój anioł stróż tym razem nade mną czuwał. Tak jak ja czuwam nad Wami. Film ma fantastyczną obsadę, bazuje na interesującej historii, a przy okazji jest książkowym popisem, jak spieprzyć dobry materiał na film. George Clooney chyba za bardzo myślał o ślubie, a za mało o tym, jak sprawić, aby widz się dobrze bawił.

9. “Jack Ryan: Teoria Chaosu” – reż. Kenneth Branagh

Chris Pine w roli Jacka Ryana jest tak samo przekonujący, jak ja w roli komandosa. Kenneth Branagh stara się, jak może, ale nie radzi sobie jako reżyser szpiegowskiego kina akcji. To trochę taka uboga wersja “Mission Impossible”. Z tą różnicą, że wiecznie młody Tom Cruise wygląda tak, jakby urodził się dla roli Ethana Hunta. Z kolei Chris Pine sprawia wrażenie, jakby znalazł się na planie przez przypadek. Spotkał Kennetha, zapytał o co chodzi, a reżyser rzucił krótkie:

Chcesz zagrać Jacka Ryana?

Jasne Kenneth, pewnie, że chcę! Reszta jest milczeniem. Ostatnio bohater stworzony przez Toma Clancy’ego nie ma szczęścia do ekranizacji. A szkoda.

8. “300: Początek Imperium” – reż. Noam Murro

Jest tylko jeden powód, dla którego warto zobaczyć ten film. Eva Green. Reszta to smutny żart i mentalny gwałt na widzach. Całość przypomina teledyski Nicki Minaj, czyli nie wiem o co tam chodzi, ale tępo patrzę w ekran. I tak właśnie się czułem, gdy oglądałem ten teledyskowy wymiot Noama Murro. Nijak ma się to do filmu Snydera i niestety na każdym kroku miałem wrażenie, że Murro tak bardzo chciał być fajny, że zapomniał o scenariuszu. Zero zaskoczeń, zero polotu, zero sensu. Kaszana.

To akurat mi się podobało:

7. “Niezniszczalni 3” – reż. Patrick Hughes

Z tym filmem mam spory problem, bo jestem fanem serii i kibicuję tej koncepcji. W końcu wychowałem się na kinie akcji z lat 80. i 90. XX wieku. Wiem, jak wygląda kaseta VHS i uwielbiam prawie każdego z aktorów, którzy pojawiają się w “Niezniszczalnych”. Niestety każdej części brakuje czegoś, co sprawiłoby, że ta nostalgiczna podróż w czasie byłaby kompletna. Jedynka była pełna przemocy, ale dialogi wydawały się sztuczne i wymuszone. Dwójka miała lepsze dialogi, ale dla większych zysków wykastrowano przemoc – hail to PG-13! – trójka jest za to przeładowana bohaterami, teoretycznie ma najlepsze dialogi, ale w praktyce nie wzbudza żadnych emocji. Czułem się trochę jakbym był w klubie go-go. Niby fajnie, ale i tak nie mogę dotknąć, więc po co sobie głowę zawracać i tracić kasę na patrzenie?

6. “Odd Thomas” – reż. Stephen Sommers

Dean Koontz sprzedał na całym świecie dziesiątki milionów egzemplarzy swoich książek, ale nie miał szczęścia do ekranizacji. “Odd Thomas” nie jest pod tym względem wyjątkiem. Film na podstawie pierwszej z książek, których głównym bohaterem jest tytułowy Odd nie ma w sobie nic, co mogłoby zatrzymać widza przy ekranie. Sam obejrzałem go tylko dlatego, że moja żona jest fanką Koontza, a powieści z Oddem to jedna z flagowych serii pisarza. Za “rekomendację” niech wystarczy to, że kompletnie nie pamiętam o co w tym filmie chodziło oprócz tego, że Odda gra Anton Yelchin, który wygląda, jakby zaraz miał się popłakać.

5. “Sabotaż” – reż. David Ayer

Reżyser kapitalnych “Bogów ulicy” za kamerą. W obsadzie Arnold Schwarzenegger, Sam Worthington, Terrence Howard, Olivia Williams, Mireille Enos i Josh Holloway. To się nie mogło nie udać. Nie mogło, a jednak się nie udało. W “Sabotażu” jest dokładnie jedna rzecz, dla której warto rozważyć seans. To sceny strzelanin. Ayer w ich realizowaniu jest jednym z najlepszych w branży. Ujęcia z ręki, trochę brudny obraz i hektolitry adrenaliny. Niestety film nie składa się tylko z nich, więc jako całość wypada blado. Najchętniej chciałbym zapomnieć o tym że w ogóle go widziałem. No i Mireille Enos w jednej ze scen robi za prostytutkę. Tego widoku też nie chcę pamiętać. Wolę jak jest fatalną, palącą matką ubraną w paskudny golf. Naprawdę.

To jest jedyny Sabotage, który toleruję:

4. “Transcendencja” – reż. Wally Pfister

Film do połowy jest całkiem interesujący. Koncepcja przeniesienia świadomości do sieci komputerowej to temat na rasowy cyberpunkowy obraz. Problem w tym, że debiut reżyserski Pfistera, kiedy Jack Sparrow znajdzie się już w komputerze zaczyna niemiłosiernie się rozłazić w szwach, a później przeradza się w bezsensowną rąbankę, która jest tak przewidywalna, że aż zęby bolą, a ja mam problemy z zębami i bez tego. Zresztą moja opinia na temat tego filmu znacznie ewoluowała. Na początku byłem neutralny – przez wzgląd na pierwszą część filmu – ale im więcej o nim myślę tym bardziej mi się wydaje, że ktoś mnie oszukał i potraktował jak debila.

3. “Wojownicze żółwie ninja” – reż. Jonathan Liebesman

Mam nadzieję, że Jonathan Liebesman dostanie dożywotni zakaz kręcenia filmów. Po “Gniewie Tytanów” i “Inwazji: Bitwie o Los Angeles” wiedziałem, że filmowy powrót do czasów dzieciństwa może okazać się zawodem. Nie wiedziałem tylko jak wielkim. W “nowych żółwiach” udane sceny można policzyć na palcach jednej ręki. Humor jest wymuszony, a Megan Fox to jedna z tajemnic Hollywood. Nie prezentuje sobą nic oprócz ładnej buzi – choć to kwestia dyskusyjna – i zgrabnego ciała. Shredder wygląda jakby właśnie wrócił z udanego napadu na pobliski skład złomu, a żółwie przypominają zestaw bohaterów wyciętych według konkretnego szablonu. Nie chcę z poprzednich filmów czy komiksów robić bóg wie czego, ale nowe żółwie są nieśmieszne, sztuczne i bazują na przewidywalnym scenariuszu, który jest bardziej dziurawy niż ser szwajcarski. Rękę do tego przyłożył Michael Bay, ale na szczęście tu nie wybuchają doniczki z kwiatami.

Tyle talentu w tej jednej sekundzie:

2. “Transformers: Wiek zagłady” – reż. Michael “Wysadzę wszystko” Bay

Trwający prawie trzy godziny chaos z wielkimi robotami w roli głównej i Markiem Wahlbergiem z doklejoną miną jak z czasów pamiętnej roli w filmie “Zdarzenie”. Jeżeli w piekle jest krąg przeznaczony dla marnych reżyserów, to Michael Bay za swoje ostatnie wyczyny ma tam miejsce w loży VIP. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak to się stało, że ten cyfrowy potworek zarobił na całym świecie ponad miliard dolarów. Starałem się, próbowałem skupić swoją uwagę na fabule, ale bardzo szybko okazywało się, że przecież tu nie ma żadnej fabuły. Podczas seansu liczyłem na to, że może sprawę uratują dinoboty. Przeliczyłem się, bo na ekranie są chyba krócej niż Godzilla w ostatnim filmie o królu potworów. Na rany Chrystusa, jak seria, która zaczęła się jako apoteoza kina nowej przygody przerodziła się w coś, czemu chciałbym uciąć głowę i zakopać, gdzieś na środku pustyni. Co poszło nie tak? Bo przecież nie to, że Bay zapomniał jak się kręci dobre filmy?

Powtarzamy, ten samochód musi wybuchnąć trzy razy:

1. “Ja, Frankestein” – reż. Stuart Beattie

Zasadniczo mój komentarz do tego filmu mógłby wyglądać tak:

W tym krótkim monologu mieści się wszystko, co powinienem napisać o “Ja, Frankenstein”. Nie wiem, jakie narkotyki brali na planie twórcy, ale to jedno było dobre, bo efekt końcowy musi być wynikiem nadużywania mocnych substancji psychoaktywnych. Stuart Beattie razem z Kevinem Grevioux spisali scenariusz na kolanie, prawdopodobnie w przerwach między kolejnymi dawkami wspominanych narkotyków. Nie silili się przy tym na to, aby ich historia miała sens. Wydarzenia trzymały się kupy, a bohaterowie byli czymś więcej niż tylko wydmuszkami. Po co? Przecież historia o wojowniczym Frankensteinie nawalającym się z potworami to samograj. Ostrzegam przed tym filmem z całego serca, bo oglądanie go grozi martwicą mózgu. Jakby tego było mało, to w trakcie seansu pojawia się prawdziwy combo breaker, czyli mój ukochany Jai Courtney, czyli człowiek z drewna, który tak bardzo chce być prawdziwym chłopcem.

Jak zobaczycie, któryś z tych filmów to nie mówcie, że Was nie ostrzegałem. Idę się napić.

[tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/najlepsze-horrory-na-halloween-2014/”]5 horrorów, które musisz obejrzeć[/tw-button] [tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/filmy-2015-premiery-ktore-chce-obejrzec-czesc-1/”]Filmy, na które czekam w 2015[/tw-button]