Za jakiś czas, kiedy moja córka wejdzie w wiek zadawania trudnych pytań, będę się musiał przygotować na pytanie o to, dlaczego ten pan lub pani jest taka niska. To z kolei sprawi, że trzeba będzie przygotować jakąś inteligentną odpowiedź, która wyjaśni biednemu dzieciakowi o co chodzi, a przy okazji nie pozostawi mnie z przeświadczeniem, że właśnie kogoś obraziłem. Na achondroplazję, której efektem jest karłowatość choruje 1 na 25000 nowo narodzonych dzieci. To tylko statystka, ale jej efekty widoczne są gołym okiem. Również w kinie. Nie bójcie się jednak, że znowu będę Was męczył historiami na temat mutacji genetycznych. Nie, tym razem chcę napisać kilka słów o aktorach, którzy przez dekady byli w pewien sposób pomijani w momencie, gdy ktoś zaczynał mówić o gwiazdach.

Kasa i wielka sława

Aktorzy dotknięci karłowatością są solą przemysłu rozrywkowego. Wystarczy cofnąć się do średniowiecza i prześledzić kroniki opisujące zabawy na dworach, aby przekonać się, że karzeł był nieodłączną częścią wielu z nich. Mało tego, to właśnie oni często mieli za zadanie rozśmieszać króla, a to prowadzi nas do początków stand-upów. Ci bardziej zaradni potrafili przekonać do siebie swojego pracodawcę na tyle, że ten słuchał ich rad i sugestii. W końcu gdy ktoś potrafi w inteligentny sposób rozbawić króla to może znaczyć, że jest kimś kogo warto posłuchać.

Przez kolejne wieki ich przypadki udowadniały, że tym, co je odróżnia od “normalnego tfu człowieka” jest tylko wzrost. Na nim można było zbić fortunę, jeżeli ktoś miał łeb na karku. Najlepszym przykładem takiego obrotu sprawy jest Charles Sherwood Stratton znany na świecie jako General Tom Thumb. Współpracując z ojcem współczesnej branży rozrywkowej, P. T. Barnumem, zdobył po pierwsze wielką sławę, a po drugie wielką kasę. Śledząc ich kariery dojdziemy do wniosku, że oto osoby uważane w wielu wypadkach za ciekawostkę pojawiającą się w charakterystycznej roli na ekranie, w rzeczywistości podbijały różne gałęzie przemysłu rozrywkowego. Przez dekady musieli walczyć o traktowanie ich normalnie. Już samo określenie “karzeł” tak źle się kojarzące zostało zastąpione sformułowaniem “mali ludzie”.

Peter Dinklage
Tyrion Lannister/HBO

Wiem, że wszyscy przeżywają okres fascynacji Tyrionem Lannisterem perfekcyjnie odgrywanym przez Petera Dinklage’a. Aktor powoli pracuje na status gwiazdy Hollywood, jednak nie byłoby to możliwe gdyby nie Harry Earles. Kurt Fritz Schneider – bo tak naprawdę nazywał się Earles – jest uważany za pierwszą prawdziwą gwiazdę Hollywood dotkniętą achondroplazją. Początkowo zatrudniany do roli dzieci snuł plany na temat swojej przyszłości. Miał ambicje coś zmienić a krokiem w tym kierunku był artykuł w pulpowym magazynie “Spurs”, w którym pojawiła się historia członka grupy cyrkowej, który zakochał się w jednej z cyrkowych artystek, która ostatecznie morduje go dla pieniędzy. Oczywiście wspomniany członek grupy był karłem. Earles wpadł na pomysł filmu, który podsunął reżyserowi Todowi Browningowi. Twórca m.in. “Draculi” i “Londynu po północy” nakręcił głośny film zatytułowany “Dziwolągi”. Obraz opowiadał o trupie “wybryków natury” i wzbudził spore kontrowersje. Te były na tyle duże, że Browning nigdy już nie wrócił do pierwszej ligi Hollywood. Co innego Earles, który zagrał w “Czarnoksiężniku z Oz”. Choć zapracował na rozpoznawalność, to ostatecznie stwierdził, że rezygnuje z gry w filmach i skupił się na cyrku. Nie zmienia to jednak faktu, że w Fabryce Snów znało go coraz więcej osób i pewnie nie miałby problemu z kolejnymi rolami. Na brak ról nie mógł narzekać Michael Dunn. Aktor przez wielkie A, który uważał, że podobni do niego aktorzy mają jeden podstawowy problem poważniejszy niż wzrost. Nie potrafią grać. Dunn różnił się od nich tym, że nie chciał być traktowany jako ekranowa ciekawostka. Diablo inteligentny i utalentowany jest jedynym aktorem dotkniętym karłowatością, który doczekał się nominacji do Oscara. Otrzymał ją za rolę w filmie “Statek szaleńców”, gdzie partnerował Vivien Leigh i Lee Marvinowi.

Kenny Baker
Normalnie jako R2-D2

Sukcesy wspomnianych aktorów nie miały większego znaczenia, bo społeczna akceptacja ich obecności na ekranie, ale i w życiu codziennym była nomen omen niska. Zmienił to dopiero Billy Barty. Przez całą swoją bardzo barwną karierę pojawiał się w programach telewizyjnych i filmach. W latach 70. i 80. XX wieku praktycznie zdominował role przeznaczone dla niskich osób stając się ulubieńcem widzów, producentów i reżyserów. Co ważne nie był tylko aktorem. To dzięki jego wysiłkom powstała organizacja “Little People of America”, której celem jest pomoc na wielu płaszczyznach osobom dotkniętym karłowatością i ich rodzinom. Jego praca jest nie do przecenienia, bo aż do śmierci starał się wpływać na świadomość Amerykanów w kwestii podejścia do achondroplazji. Poszukiwał dla nich społecznej akceptacji. Po nim w Hollywood zaczęło pojawiać się coraz więcej aktorów, którzy z niskiego wzrostu zrobili atut. Najpierw dzięki Dunnowi a później dzięki Barty’emu na ekranie coraz śmielej poczynali sobie Felix Silla – zagrał na przykład tajemniczego kuzyna Itta z “Rodziny Adamsów” – czy niezapomniany Kenny Baker, który właśnie wrócił na plan kolejnej odsłony Gwiezdnych Wojen, gdzie wróci w roli R2-D2.

Hera, koka, hasz

Kolejni aktorzy mogli liczyć po pierwsze na coraz ciekawsze role, a po drugie na coraz większe pieniądze. Tam gdzie pojawiają się wielkie pieniądze pojawiają się również problemy. Środowisko niskich aktorów ma swoje prywatne tragiczne historie dobrze zapowiadających się karier, które ostatecznie zostały złamane przez używki lub rozbuchane ego. Jedną z tych najgłośniejszych jest historia Hervé’a Villechaize’a. Ten mierzący zaledwie 119 cm aktor był uważany za wielką gwiazdę. Fani przygód Jamesa Bonda na pewno kojarzą go z roli Nick Nacka ze świetnego “Człowieka ze złotym pistoletem”. Villechaize był artystą pełną gębą. Studiował sztukę i fotografię w Paryżu i był najmłodszym artystą, który mógł wystawić swoje prace w Luwrze. Mimo sukcesów w ojczyźnie zdecydował się wyjechać do USA, gdzie rozpoczął karierę jako aktor. Po roli w Bondzie miał przyjemność grać u boku Ricardo Montalbana w serialu “Fantasy Island”. Rola Tattoo ugruntowała jego pozycję w Hollywood i przyniosła mu wielką sławę.

Nick Nack
Scena z “Człowieka ze złotym pistoletem”

Wszystko układało się fantastycznie, ale problemem okazała się natura Villechaize’a. Aktor znany był z porywczego charakteru i skłonności do używek. Oskarżany był o napastowanie kobiet, z którymi pracował na planie. Kolejne ekscesy nie przysparzały mu fanów wśród współpracowników, którzy woleli unikać niskiego, ale przy okazji bardzo agresywnego aktora. Coraz mniejszym zaufaniem darzyli go producenci, którzy ostatecznie pozbyli się Herve’a z planu “Fantasy Island”. To był dosłownie gwóźdź do trumny, bo od tego momentu Villechaize miał coraz większe problemy ze znalezieniem nowych ról. To jak trudnym w obyciu był człowiekiem udowadnia fakt, że odwróciła się od niego organizacja “Little People of America”, która przecież została stworzona by pomagać i wspierać. Został sam. Grywał w reklamach, dostawał małe role bez znaczenia i rozpamiętywał czasy swojej wielkości. Koniec przyszedł 4 września 1993 roku, kiedy to na tyłach swojego domu nagrał ostatnie słowa a następnie popełnił samobójstwo strzelając sobie w klatkę piersiową.

Kathy, I can’t live like this anymore. I’ve always been a proud man and always wanted to make you proud of me. You know you made me feel like a giant and that’s how I want you to remember me” After a bit more rambling he said “I’m doing what I have to do…I want everything to go to Kathy…I want everyone to know that I love them.”

Jeszcze większej dramaturgii całej tej sytuacji dodaje fakt, że nagrywają ostatnie słowa przed strzałem nie wyłączył rejestratora i wszystko zostało nagrane łącznie z tymi prawdziwymi ostatnimi słowami konającego aktora.

“It hurts, It hurts… Im dying, I’m dying.”

Horrory, bandyci i Willow

W 1982 roku Tobe Hooper nakręcił świetny horror “Duch”. Jednym z elementów składających się na sukces tego filmu była osoba Zeldy Rubinstein. Jej rola Tanginy Barrons do dzisiaj wzbudza u mnie ciarki na plecach.

Dojrzała aktorka bardzo późno zaczęła swoją karierę, a jej największym atutem i zarazem znakiem rozpoznawczym stał się jej głos. Swoje życie dzieliła między aktorstwo i rolę aktywistki. Rubinstein była jedną z pierwszych osób publicznych, które okazały wsparcie dla chorych na AIDS. Brała udział w marszach poparcia i kampaniach reklamowych promujących bezpieczny seks. Stała się też jedną z ikon horroru nawet pomimo tego, że częściej można było ją nie tyle zobaczyć, co usłyszeć. Wspominam o niej po pierwsze dlatego, że to jedna z ikon horroru, a po drugie dlatego, że stanowi część mojego filmowego dzieciństwa. Jej Zelda szła pod rękę z wieloma bohaterami filmów, które uwielbiam. Czym byliby fantastyczni “Bandyci Czasu” Terry’ego Gilliama, gdyby nie David Rappaport? Utalentowany jak wspominany Dunn miał szansę osiągnąć więcej niż jego poprzednicy. Dostawał świetne role i radził sobie z nimi bez najmniejszych problemów. Niestety życie bywa przewrotne i choć Rappaport był przez środowisko coraz bardziej doceniany to sam uważał, że nikt nie traktuje go poważnie. Popełnił samobójstwo.

Nie wiem czy zgodzą się ze mną inni przedstawiciele mojego pokolenia, ale nim świadomością widzów zawładnął Dinklage wszyscy oglądali Warwicka Davisa. Nie pamiętam ile razy oglądałem “Willow”, ale na pewno było tego trochę. Davis zaczynał jako Ewok w “Powrocie Jedi”, co miało kluczowe znaczenie dla jego kariery, bo zauważył go George Lucas. Słynny reżyser pamiętał o Davisie, gdy razem z Ronem Howardem myślał o realizacji filmu fantasy z rolą napisaną właśnie z myślą o słynnym aktorze. Tak Davis otrzymał angaż we wspominanym “Willow” i na stałe wpisał się do historii mojego dzieciństwa. Podobnie jak Michael J. Anderson (na zdjęciu tytułowym). Choć pojawił się tylko w kilku odcinkach serialu “Miasteczka Twin Peaks” to wystarczyło, aby zapadł mi w pamięć i podobnie jak Rubinstein, Rappaport czy Davis stał się czymś więcej niż tylko wyjątkowo niskim jegomościem na ekranie. Anderson urodził się z wrodzoną łamliwością kości, co przy okazji niskiego wzrostu nie ułatwiało mu życia. Czy zawsze chciał być aktorem? Nie. Studiował filozofię i mikrobiologię. Pracował dla NASA. Jego życie zmieniła rola w krótkometrażówce “Little Mike”, dzięki której został zauważony i zadecydował o podjęciu kursów aktorstwa. Głównie grywał w serialach, a najbardziej oprócz “Twin Peaks” pamiętam go z roli w “Carnivale”. Rewelacyjny serial HBO zniknął z anteny po zaledwie dwóch sezonach.

Wzrost jest bez znaczenia

Oprócz wszystkich przytoczonych przeze mnie nazwisk jest wiele innych, które powinny się tu pojawić. Verne Troyer, Weng Weng czy Jerry Maren to tylko kilka z nich. Przez dekady udowadniali, że należy im się miejsce w Hollywood. Przecierali szlaki dla swoich kolegów i koleżanek po fachu. Niektórzy z widzów nadal traktują ich jako śmieszny dodatek, zabawnego karzełka, który wywołuje uśmiech na twarzy dlatego kibicuję każdemu utalentowanemu aktorowi, który podobnie jak Dinklage udowodni, że gdy chodzi o stworzenie pamiętnej roli to wzrost nie ma żadnego znaczenia. Bo prawdziwy tytan kina nie musi mieć dwóch metrów wzrostu..