Ten tekst nie wszystkim się spodoba – i to już po przeczytaniu tytułu – ale być może uda mi się zwrócić uwagę na kilka rzeczy, które umykają w dochodzącej do mnie melodii euforii. Głosach takich jak:

  • Najlepszy serial ever!
  • Najlepszy serial na podstawie komiksu ever!
  • Najlepszy, najlepszy, najlepszy, najlepszy ever, ever, forever.
  • Zdecydowanie lepszy ten drugi ever niż pierwszy ever.
  • Jaka wspaniała ewolucja.
  • Jak wszystko robi lepiej.
  • Coś pięknego slash ever.

No więc nie moje drogie zbłąkane owieczki. Nie, bo drugi sezon “Daredevila” to serial ciągle dobry, ale na pewno nie jest to serial lepszy niż w momencie, gdy w Netflixie pojawił się jego pierwszy sezon. Taki stan rzeczy spowodowany jest decyzjami, które podjęto oraz tym, jak bardzo niektóre rzeczy się nie udały. A nie udały się. Nim jednak zaczniecie czytać kilka uwag:

  • To nie jest recenzja.
  • Nie jestem obiektywny – Szok! Nie może być. W przyszłości napiszę coś na temat obiektywizmu, bo każdy o nim mówi, ale nikt go nie widział – zupełnie jak nasze emerytury.
  • Daredevil to ciągle dobry serial i tego się trzymajmy.
Ten tekst zawiera spoilery choć mimo wszystko staram się ich unikać. Czytasz na własną odpowiedzialność. Wszelkie pretensje proszę kierować do kancelarii, w której pracuje Matt Murdock

Zacznijmy od tego, że w momencie, gdy Daredevil pojawił się w Netflixie ruszyłem do oglądania z wywieszonym językiem. Niesiony radosnym hypem. Oglądałem kolejne odcinki i im więcej oglądałem tym mój entuzjazm stopniowo malał. Co przerażające nie tylko malał, ale i osiągał stany, które ostatecznie można podsumować jako:

Jeżeli ktoś chce się dowiedzieć, kim jest jegomość powyżej, to pisałem o tym wiele miesięcy temu. Zostawmy kaczora i idźmy dalej. Ostatecznie po seansie finału wiedziałem już, że lepiej było, a teraz jest po prostu dobrze. I nie bójmy się tego powiedzieć. Nakręcenie dobrego serialu to spory wyczyn, a nakręcenie dobrego serialu z wieloma wątkami, to już wyczyn godny mistrzów. Wszyscy wiedzieliśmy, że po sukcesie pierwszego sezonu twórcy postawią na sprawdzone rozwiązanie, które zakłada, że w kontynuacji uderzamy mocniej. Z siłą wodospadu. I uderzyli. Choć nie każdy cios trafił w cel.

Wiele wątków i MacGuffin

Pierwszy sezon “Daredevila” nie dostarczał rozrywki tylko dlatego, że w końcu fani dostali serial na podstawie komiksu, który nie jest radosną cepeliadą. Dostarczał jej, bo oprócz tego, że był efektowny i miał interesujących bohaterów, to jednocześnie był spójny. Tak naprawdę prowadzono jeden główny wątek robiąc miejsce na to, co miało nadejść w drugim sezonie. Tam, gdzie potrzebna była kropka nad “i”, tam ją stawiano i tyle. W drugim sezonie natomiast mamy więcej wątków, co dla scenarzystów jest sporą trudnością i na tym wykłada się wiele seriali, a na domiar złego tam, gdzie akcja rozłazi się w szwach korzystamy z mojej ukochanej deus ex machiny. Nie wierzycie? No to weźmy Elektrę. Jej postać jest irytująca, relacja z Mattem męcząca, ale w sumie tego się spodziewałem i tak miało być. Problem z nią jest zupełnie inny. Elektra została potraktowana w tym serialu jak MacGuffin. I fajnie, choć dodatkowo kilka kluczowych decyzji związanych z jej postacią – tu kłania się deus ex machina – pojawia się niczym trądzik na twarzy nastolatka. Dowiedzieliśmy się bowiem, że Elektra to Black Sky. Niby ważne, ale przy okazji decyzja sprawia wrażenie podjętej zupełnie przypadkiem przez scenarzystów. Idąc dalej, The Hand wierzy, że Elektra poprowadzi ich do triumfu, ale dlaczego poprowadzi i co to oznacza scenarzyści nie raczyli już powiedzieć. Uprzedzając komentarze, że przecież od tego ma być drugi sezon – znowu odsyłam do tekstu o ex machinie.

Sezon 2 - Daredevil
Wszyscy święci i on/Fot. Marvel

Niezbyt dużo zmieniło się też w kwestii samego Matta. Choć to może nie jest do końca prawda, bo Daredevil w tym sezonie jest jeszcze bardziej umęczony. Główny bohater ewidentnie zaczyna cierpieć na chorobę zwaną Millerozą. Mesjanizm, ciągłe samokrzyżowanie się Matta sprawia, że im dalej w las, tym bardziej przestaje nam na nim zależeć. Urywa się gdzieś więź z bohaterem, a rozpoczyna się ślepe przyglądanie się kolejnym rozterkom. Być może to są właśnie te wątki religijne, o których mówili twórcy serialu przed premierą drugiego sezonu serialu. Miało być ich więcej, a jest w sumie jak na lekarstwo sprowadzając wiarę Matta Murdocka do kilku truizmów na temat sprawiedliwości, odpowiedzialności i miłosierdziu. Gdzie duch Marka Waida? Gdzie Matt, który z jednej strony jest człowiekiem głębokiej wiary świadomy odpowiedzialności jaką wziął na swoje barki, a z drugiej znajduje też czas na dobrą zabawę? W pewnym sensie rozumiem dlaczego tak jest. Drew Goddard i showrunner serialu, Steven S. DeKnight, stawiając na stylistykę neo-noir zamknęli swoim następcom niektóre drzwi i ci teraz muszą brną dalej, a potencjale zmiany mogą oznaczać małą rewolucję.

Sygnał, że coś jest nie tak pojawił się również w momencie, gdy tak naprawdę nie wiedzieliśmy z kim Matt w tym sezonie się mierzy? Czy z Punisherem, czy samym sobą, Elektrą, Stickiem, The Hand, policją, Foggym. Był moment, w którym zacząłem odnosić wrażenie, że ten serial powinien być zatytułowany tak:

American Superhero Story: World vs. Matt Murdock

To oczywiście trawestacja tytułu świetnego serialu opowiadającego sprawę O.J. Simpsona, ale bardzo dobrze oddaje jak mocno rozjechały się wątki. Tu można odbić piłeczkę, że przecież to nic złego. Tym bardziej w przypadku superbohaterów. To prawda, ale znowu należy zadać sobie pytanie, czy twórcy potrafią wybrnąć i stworzyć coś przekonującego. W drugim sezonie nie potrafili i choć jest on bardziej komiksowy niż poprzednik, to jednocześnie parafraza galijskiego przysłowia:

Oby ci się niebo na głowę spierdoliło

nabiera nowego znaczenia i utwierdza mnie w przekonaniu, że w trakcie spotkań kreatywnych zespół wpadł w szał obrzucania Matta egipskimi plagami. A Douglas Petrie i Marco Ramirez krzyczeli tylko, kto da więcej, no kto da jeszcze więcej?

Nie do końca udany jest też wątek z Punisherem, który przy okazji jest najjaśniejszym punktem serialu. Ważna, wręcz kluczowa postać dla całej fabuły nagle znika z radarów, wraca na chwilę, pomaga Mattowi, a następnie znowu znika. Zresztą pierwsze odcinki serialu to napędzane adrenaliną małe dzieła sztuki, z wadami, ale jako całokształt broniące się i dorównujące – a pod kilkoma względami je przewyższające – najlepszym epizodom poprzedniego sezonu. Fakt, że w relacji Matta z Frankiem nie odkrywamy nic nowego. Skupiamy się na biadoleniu o odpowiedzialności, granicy, której przecież nie można przekraczać i kilku standardowym tematom, które w komiksach – ale i innych wytworach popkultury – ograno już setki razy w momencie, gdy spotyka się dwóch bohaterów teoretycznie stojących po tej samej stronie barykady, ale decydujących się na rozwiązywanie problemów innymi metodami. Jednocześnie skoro już przy Franku jesteśmy warto wspomnieć o tym, że powoli coraz bardziej zaczyna uwierać twórcom to, że muszą znaleźć kompromis między z jednej strony rzeczywistym światem – albo zbliżonym do naszego – a komiksowością, która momentami zakłada przejaskrawienia i decydowanie się na karykaturę, co od lat jest jednym z elementów charakterystycznych dla komiksu.

Smutny twardziel ze złamanym serduszkiem, któremu coś się jednak udało

Kiedy oglądaliśmy pierwszy sezon naprawdę przyjemnie patrzyło się na Matta Murdocka, który ewoluował w kierunku superbohatera. Były w tym emocje i jakaś ciężka do opisania prawda, która sprawiała, że oglądanie jego wątpliwości oraz determinacja w walce z Kingpinem angażowało nas emocjonalnie. W drugim sezonie z tamtego Matta nie zostało wiele, a on sam tak naprawdę zmienił się w kopalnię truizmów, której ktoś złamał serce. Tym samym wrócę do tego, co napisałem wcześniej. “Daredevil” nie angażuje emocjonalnie i to mnie boli najbardziej, bo momentami przypomina pozbawioną sensu wydmuszkę. Być może na moją ocenę rzutuje fakt, że równolegle z przygodami Matta oglądałem “Happy Valley” – polecam gorąco – a wcześniej zostałem totalnie zmasakrowany serialem “River”, który sprawił, że na koniec miałem łzy w oczach. Petrie i Ramirez powinni spojrzeć na to, jak buduje się relacje z bohaterami właśnie na przykładzie obu seriali. Z kolei Morgan powinna dać im korepetycje jak buduje się wiarygodne postacie, którymi targają emocje i wątpliwości.

Z drugiej strony muszę oddać, że kilka rzeczy twórcom się naprawdę udało. Jak choćby to, że wiedzą, kiedy na chwilę się zatrzymać i pozwolić złapać nam kontekst oraz lepiej zrozumieć bohatera – nawet, gdy jego postępowanie lub obecność na ekranie może wydawać się przypadkowa – to jest to czego brakuje filmom kinowym na podstawie komiksów, co z kolei jest pokłosiem ograniczonego czasu, jaki ci bohaterowie mają zarezerwowany na ekranie. Sceny akcji też są zdecydowanie lepsze niż w sezonie pierwszym i podoba mi się to, jak dobrze zostały wplecione w narrację. Choć przy okazji muszę wrzucić kolejny kamyczek do ogródka nowych producentów, że ta scena:

Sprawia wrażenie, jakby miała pokazać wszystkim, iż możemy zrobić coś lepiej niż poprzednicy, dlatego teraz zamiast małego korytarza wybraliśmy klatki schodowe. Fakt, jest bardzo dobrze zrealizowana, ale mimo wszystko ta z pierwszego sezonu dostarcza bardziej głównie przez to, że czuć w niej wagę każdego ciosu i zmęczenie bohatera:

Na szczęście jest cudowna scena w korytarzu więziennym, więc było mi trochę lepiej. Podoba mi się to, że Punisher jest tak bezwzględny jak w komiksach z imprintu MAX. Doceniam to, że twórcy mimo wszystko starają się rozwinąć pozostałe postacie i te najważniejsze dla fabuły – z drobnymi wyjątkami – nie stoją w miejscu i dzięki temu wnoszą coś więcej do świata przedstawionego niż tylko swoje jestestwo. Wreszcie, w końcu spędziliśmy trochę więcej czasu na sali sądowej. Nadal działają też subtelne – i te trochę mniej subtelne – nawiązania do komiksów, które cieszą nerda takiego jak ja, a casting jest jak zwykle bezbłędny.

Śmierć i zniszczenie

“Daredevil” to ciągle dobry serial, który jednak nie wszedł na kolejny poziom, bo stał się ofiarą drogi, którą wybrano i decyzji, które podjęto. Być może – i staram się w to wierzyć – obserwujemy stadium przejściowe, które zwiastuje prawdziwą bombę, która zostanie zdetonowana przy okazji kolejnego sezonu. Wątki pozostawione bez odpowiedzi – jak choćby ogromna dziura w ziemi wykopana w środku miasta – otrzymają odpowiedź, a serial wróci na tor skupienia się na głównym wątku bez skakania po tematach tak, aby pokazać ile tylko można w trakcie trzynastu odcinków. Może uda się też wpuścić do życia Matta odrobinę światła, bo robienie z niego mrocznego rycerza dla niewidomych sprawia, że zamiast mu kibicować mam ochotę złamać mu tę jego brytyjską szczękę.

Z drugiej strony, gdyby każda telewizja realizowała seriale choćby w połowie tak dobre jak drugi sezon “Daredevila” to fani komiksów byliby szczęśliwi, a tak ciągle musimy się męczyć z idiotyzmami w postaci “Gotham” czy odrzutami z obróbki skrawaniem w tartaku, jak w przypadku “Arrow”. Nie można jednak mieć wszystkiego.

Przeczytaj:

[button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”http://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/kim-jest-punisher/”]Kim jest Punisher[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/kiedy-przestac-ogladac-serial/”]Kiedy przestać oglądać serial?[/button]