Sztuką jest nakręcić dobry serial, ale jeszcze większą sztuką jest nakręcić dobry, trzymający w napięciu serial, który opiera się o dobrze znaną historię. Taką historią jest sprawa O. J. Simpsona, którą w latach 90. XX wieku żyły całe Stany Zjednoczone. I kiedy piszę całe, to mam na myśli naprawdę całe Stany, bo to pierwszy przypadek w historii tego kraju, gdy proces i wszystko, co się działo wokół niego tak bardzo zawładnął umysłami obywateli. Można wręcz powiedzieć, że było to pierwsze reality show w historii amerykańskiej telewizji. Twórcy serialu “American Crime Story: Sprawa O. J. Simpsona” mieli więc trudne zadanie, bo z jednej strony porwali się na temat, który nadal wzbudza sporo emocji, a z drugiej postanowili przygotować dziesięć odcinków o czymś, co wszyscy dobrze znają i co gorsze znają również finał. Mimo to udało się, a dzieło m.in. Ryana Murphy’ego to coś więcej niż tylko dobry serial. Swoją eksplozję miłości postaram się zamknąć w pięciu zgrabnych punktach, bo czemu nie.

1. Opowieść

Ten serial ma tak naprawdę dwie bardzo mocne zalety. Pierwszą jest opowieść i sposób w jaki prowadzona jest cała narracja. Choć wszyscy dobrze znają przebieg sprawy, którą portretuje antologia kanału FX, to mimo wszystko udało się tak dawkować napięcie, że każdy odcinek ogląda się z zapartym tchem. Tu nie ma słabego odcinka. Naprawdę. Nie trzeba czekać na to, kiedy “American Crime Story: Sprawa O. J. Simpsona” się rozkręci, bo przecież zaczyna się od bardzo brutalnego podwójnego morderstwa, a później jest już tylko lepiej choć trupów jakby mniej. Jednocześnie serial jest tak sprytnie podzielony na odcinki, że idealnie nadaje się do tego, aby uskutecznić na nim tradycyjne słowiańskie binge-watching. No dobrze, ale dlaczego w ogóle opowieść o sprawie, która została opisana w dziesiątkach dokumentów czy książkach powinna nas interesować? Bo choć rdzeń historii i całej sprawy jest mocno związany z kwestią rasową, to jednocześnie pokazuje nam wadliwość systemu, to jak wiele rzeczy może pójść źle i jak niewiele dzieli sprawiedliwość od jej braku. Porusza w końcu temat brutalności policji, rasizmu, ale i zwykłej ludzkiej ciekawości, której nadmiar potrafi niszczyć innym życie. Dzięki temu “American Crime Story: Sprawa O. J. Simpsona” to nie tylko serial o głośnym procesie, ale i o nas. Dowód na to, że ludzi niszczyło się na długo przed nastaniem ery nielimitowanego szybkiego internetu.

American Crime Story
Witaj w domu Cuba/Fot. FX

2. Obsada

Historia byłaby niczym, gdybym nie wspaniałe aktorstwo. Na planie udało się zebrać grupę, której nie brakuje talentu. Sam talent to jednak nie wszystko, więc oprócz tego, że wszyscy potrafią grać, to na słowa uznania zasługuje praca reżyserów, którzy ową grupę poprowadzili. W zasadzie nie widzę tam słabych punktów. Szczególnie cieszy mnie to, że Cuba Gooding Jr. znowu gra tak, jak w latach 90., gdy zdobywał Oscara za rolę w filmie “Jerry Maguire”. To oczywiście przypadek, ale w obu produkcjach gra futbolistów. Jego O. J. Simpson jest oparty na niuansach. Mimo ewidentnych dowodów zbrodni jest przekonany o swojej niewinności. Łaknie uwagi, karmi się miłością fanów, ale od czasu do czasu spod fasady miłego gościa i idola spoziera na nas ktoś jeszcze. Chwała jednak za to, że Gooding Jr. zdecydował się grać oszczędnie przez co nie zobaczycie tutaj przeszarżowanego Two-Face’a. Świetna jest Sarah Paulson, która wciela się w prokurator Marcię Clark. Umęczoną i doprowadzoną przez opinię publiczną na skraj kobietę, która w pewnym momencie wydaje się być trzecią ofiarą procesu Simpsona. Są też brwi Johna Travolty, do którego twarzy trzeba się przyzwyczaić. Wygląda trochę jakby grał z maską na twarzy, ale w ostatecznym rozrachunku i jego zapisać można na duży plus. Nie wiem, czy prawdziwy Robert Shapiro był taki, jak Travolta w serialu, ale jestem w stanie uwierzyć, że tak. Są w końcu uczeń i mistrz, czyli Courtney B. Vance jako agresywny obrońca Johnnie Cochran i prokurator Christopher Darden grany przez Sterlinga K. Browna. Pierwszy to momentami prawdziwy zelota, fanatyk walczący o udowodnienie nieprawidłowości w policji Los Angeles. Można go nie lubić, ale i on nie jest w tym serialu postacią wielowymiarową. Podobnie jak Darden, który występuje niejako przeciwko społeczności czarnych Amerykanów i choć nie uważa, aby robił coś złego, to momentami widać jak ciąży mu rola, w której się znalazł. Radę daje też David Schwimmer jako przyjaciel Simpsona i ojciec Kim, czyli Robert Kardashian. Podoba mi się przemiana jaka zachodzi w tej postaci i emocje jakie nim targają w miarę jak proces zbliża się do końca. Dobra robota. Naprawdę.

3. Dbałość o detale

Choć sprawa Simpsona była mi znana, to przy okazji oglądania serialu obejrzałem kilka dokumentów na jej temat, aby zobaczyć jak wiernie oddano realia procesu. I wiecie co. Czapki z głów, bo “American Crime Story: Sprawa O. J. Simpsona” to prawie rekonstrukcja wydarzeń zarówno na sali sądowej, jak i poza nią. Te same emocje, te same gesty i sceny żywcem wyjęte z archiwalnych nagrań samego procesu. Dzięki temu serial balansuje na granicy między dokumentem a dramatem sądowym. Świetnie skrojonym dramatem, który każdemu poświęca odpowiednią ilość uwagi.

4. Niejednoznaczność

Przy okazji obsady wspominałem o tym, że postacie nie są jednowymiarowe. Każda toczy własną walkę. Ktoś chce zaistnieć, ktoś chce sprawiedliwości, a ktoś inny ma we wszystkim prywatny interes. Szczególnie podoba mi się to, że z miejsca nie dokonany zostaje podział na tych dobrych i złych. Tu każdy chce wygrać. Jednocześnie choć dowody wydają się przesądzać winę, to nie wina Simpsona stanowi clue serialu. Bardziej to, jak można położyć wygraną praktycznie na starcie sprawę. Błędy biura prokuratora, udział policji, nieczyste zagrywki obrony, które w sumie takie nieczyste nie są, gdy pomyślimy o tym, że oni po prostu wykorzystywali z zimną krwią błędy popełniane przez przeciwników. To prawdziwa wojna na sali sądowej i poza nią. Dawno nie oglądałem tak sprawnie zrealizowanego dramatu sądowego, w którym w trakcie seansu denerwuję się zarówno na oskarżycieli jak i obrońców.

5. I tak na koniec zostajemy sami

No właśnie. Wina. “American Crime Story: Sprawa O. J. Simpsona” nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi czy O. J. Simpson jest winny. To znaczy skłania się ku jednej stronie, ale ostatecznie to my musimy zdecydować o tym, co zobaczyliśmy i jak byśmy się zachowali na miejscu ławników. Dla mnie dowody były przytłaczające, ale sprawę pogrzebały błędy jakie popełniono i choć może się to wydawać zaskakujące jestem w stanie zrozumieć decyzję ławy przysięgłych. Emocje jakie towarzyszyły procesowi, wątek rasowy, zainteresowanie mediów i wreszcie konsekwencje werdyktu. Wszystko zebrane razem sprawia, że wina schodzi na dalszy plan. I to jest przerażające, bo rodziny ofiar nigdy nie doczekały się sprawiedliwości, a ich zmarli bliscy stali się narzędziami w walce o cele, które osoby pogrążone w żałobie mają głęboko w dupie.

Czy serial “American Crime Story: Sprawa O. J. Simpsona” jest idealny? Dla mnie ociera się o ideał, ale przemawia przeze mnie to, że czerpię nieludzką wręcz przyjemność z oglądania dramatów sądowych. Jeżeli spojrzycie na niego przez pryzmat zmian w USA i wiecie o tym kraju coś więcej niż to, że nie wiedzą, gdzie leży Polska, to wtedy zrozumiecie o co mi chodzi, bo to nie tylko serial o tragicznych wydarzeniach, ale i o tym, jak zareagował na nie cały kraj i jak mocno podzieliły one społeczeństwo. Czekam na drugi sezon, który podobno ma skupiać się na tragedii ludzi dotkniętych huraganem Katrina. O jakość jestem spokojny i Wy też powinniście.

Sprawdź:

[button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/river-serial-o-czlowieku-umeczonym/”]Serial “River” – portret człowieka umęczonego[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/kiedy-przestac-ogladac-serial/”]Kiedy przestać oglądać serial?[/button]