Obejrzałem ostatnio kilka trailerów zbliżających się hitów, na które czeka pół świata i niestety głośno zapłakałem. Nie nad ich poziomem, bo być może filmy będą świetne, ale nad tym, że ciągle, bez opamiętania, z uporem maniaka, widzowie widząc film przeładowany CGI pieją:

O jakie piękne efekty specjalne! O jakie cudowne, o jaki ten Yoda zielony, a Terminator gładki i młody!

Tak nie można moi mili. Tak się nie godzi. CGI to dla mnie jedna z największych chorób jaka toczy współczesne kino zaraz po mięśniach twarzy Kristen Stewart i filmach Michaela Baya. Choroba sprytna, bo przez lata tak dobrze się zakamuflowała, że teraz prawie każdy miesza zdrową tkankę efektów specjalnych z naznaczoną ropieniami i strupami CGI. Tak jak w przypadku tekstu o “Antybohaterach” postanowiłem naprostować kilka rzeczy. Ku chwale efektów specjalnych, bo im się należy.

Co odpowiesz, kiedy tata zapyta cię czym jest CGI?

Pierwszy akapit prawdopodobnie pokazał, jak bardzo nie lubię CGI. Nie lubię, ale tu trzeba wziąć poprawkę na jedną rzecz. Staję się nieprzyjemny, gdy za CGI nie stoi nic innego. Wiecie, wybuchająca woda u Baya, te rzeczy. Chodzi po prostu o to, że nakręcenie konkretnej sceny lub sekwencji scen z reguły wymaga dwóch rodzajów efektów:

  • efektów specjalnych – to praktyczne efekty wykorzystywane na planie w trakcie kręcenia. Na przykład pirotechnika, bo każdy kocha zapach napalmu o poranku, wszelkie liny i bloczki, których można użyć np. w scenach walk bohaterów. W końcu to moja ukochana animatronika, czyli kukiełki, roboty i inne cuda (poniżej krótki film o tym, jak powstał Goro z ekranizacji Mortal Kombat).
  • efektów wizualnych – te dodaje się lub tworzy z reguły w trakcie postprodukcji. Wszystko zostało nakręcone, mamy masę materiału z planu, więc teraz trzeba całość złożyć do kupy. Efekty wizualne to efekty przede wszystkim wygenerowane przez komputer. Jak wiecie za ich pomocą można stworzyć praktycznie wszystko.

W teorii idealna scena powinna zawierać jak najwięcej efektów specjalnych z efektami wizualnymi dodanymi później. Dlaczego? Bo to, co otrzymamy finalnie będzie po pierwsze naturalniej wyglądać, a po drugie nie zestarzeje się tak szybko. Bazowanie tylko na grafice komputerowej – choć w pewnych kwestiach w zupełności uzasadnione – grozi tym, że film może zacząć wyglądać jak z plastiku lub innych tworzyw sztucznych.

Dla mnie magia kina ulatuje gdzieś w otchłań, gdy bazujemy tylko na efektach wizualnych. Ma to oczywiście swoje wytłumaczenie i w pewnym sensie rozumiem, dlaczego coraz częściej filmowcy sięgają po grafikę komputerową. Nie uprzedzajmy jednak faktów i skupmy się na tym, co dają nam efekty praktyczne.

Praktyka misiu, praktyka

Mogę nie być wyznawcą Christophera Nolana, ale jedno muszę mu oddać, pielęgnuje tradycję kina. W jego filmach – które przecież są bardzo widowiskowe – stosuje zasadę, że to co da się zrobić na planie, jest robione na planie. Weźmy taką “Incepcję” i dwie pamiętne sceny. Pierwszą jest ta, w której bohaterowie grani przez Ellen Page i Leonardo DiCaprio siedzą w jednej z paryskich knajpek, gdy nagle okazuje się, że wszystko jest snem. Następują efektowne eksplozje. Odłamki latają we wszystkie strony, a bohaterowie są zaskoczeni. CGI? Nie do końca. Eksplozje są jak najbardziej prawdziwe. Podobnie reakcja bohaterów.

To teraz druga scena, która jest jeszcze bardziej efektowna. Chodzi o scenę w hotelowym korytarzu, gdy wszystko zaczyna się obracać i sufit staje się podłogą. Myślicie, że to CGI? Błąd. Ona wygląda tak dobrze przede wszystkim z tego powodu, że Nolan postanowił wybudować na planie trzydziestometrowy, obracający się korytarz. Podczas kręcenia wykorzystano liny, które później usunięto w postprodukcji.

A przecież można było obie sceny nakręcić spokojnie na green screenie. Taniej, szybciej, a pewnie niektórzy nawet nie zauważyliby różnicy. No właśnie rzecz w tym, że byśmy ją zauważyli. Efekty takie jak te zastosowane w filmach Nolana bardziej angażują aktora. Za tym idą jego reakcje i tym samy zyskuje cały film oraz my widzowie, bo nie czujemy się oszukiwani. Dodatkowym plusem jest to, że te sceny będą robić wrażenie i za 30 lat od premiery. Tak jak ma to miejsce w wielu filmach science fiction z przeszłości. “Gwiezdne Wojny” czy “Obcy” to kopalnia sztuczek realizowanych w trakcie kręcenia, dzięki którym udawało się zarejestrować fantastyczne sekwencje. Nie będzie żadnym odkryciem, jak napiszę, że wynikało to po prostu z tego, że technologia nie pozwalała jeszcze na zastępowanie coraz większej liczby elementów na ekranie za pomocą grafiki komputerowej. Trzeba było kombinować, zaczarować widza, mamić, aby ten miał wrażenie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Świetnym przykładem jest wspomniana animatronika. Pamiętam, jak wiele lat temu u koleżanki z podwórka obejrzałem film “Ciemny Kryształ”. Nakręcony przez Jima Hensona, Franka Oza i Gary’ego Kurtza obraz zabierał widza w podróż do krainy, w której Jen, ostatni z Gelflingów, wyrusza w misję odnalezienia odłamka, który może ocalić planetę. Kluczowy dla filmu był udział Jima Hensona, który odpowiadał za takie legendarne produkcje jak: “The Muppett Show”, “Ulica Sezamkowa” czy “Fraglesy”. Dzięki jego doświadczeniu udało się stworzyć cały świat zamieszkały przez istoty napędzane przez animatronikę.

Czarny Kryształ
Bałem się ich jak diabli

Można się spierać, czy wygląda to naturalnie, czy nie. Pewnie, gdyby dopieścić to za pomocą efektów wizualnych, to nomen omen efekt byłby lepszy, ale nie w tym rzecz. Chodzi mi o to, że animatronika to świetne narzędzie, które pomogło wykreować pamiętnych bohaterów i to tak dobrze, że są ciągle żywi w naszej świadomości. Przy okazji premiery zwiastuna do “Jurassic Park: World” ponarzekałem sobie trochę na to, jak sztucznie wyglądają wygenerowane komputerowo dinozaury. Narzekałem, bo w pamięci mam ciągle mam to, że przerażający T-Rex z pierwszego Parku Jurajskiego był świetnym przykładem animatroniki i efektów wizualnych. W odpowiednich proporcjach.

Pewne sceny nie przeszłyby do historii, gdyby bazować tylko na grafice komputerowej. Bardzo dobrze o tym wiedział Ridley Scott, który kręcąc “narodziny” Obcego nie przygotował swoich aktorów na to, co wyskoczy z piersi Johna Hurta. Popatrzcie na wspominane już “Gwiezdne Wojny” i porównajcie nową trylogię do starej. Pomijając jakość filmów, która trylogia jest bardziej rzeczywista, namacalna?

To jak to jest z tym CGI?

Jeżeli ktoś może sobie pozwolić na to, aby kilka miesięcy budować model statku kosmicznego, który później puści z dymem, to pewnie to robi. Przewagą grafiki komputerowej nad tradycyjnymi efektami specjalnymi jest to, że nie angażuje twórców tak bardzo jak sztuczne płonące planety. Gavin Rothery, który pracował m.in. przy filmie “Moon” Duncana Jonesa jest fanem efektów praktycznych i podczas tworzenia tego filmu musiał toczyć długie batalie z Jonesem o to, aby pewne sekwencje wykonać “po staremu”, a nie za pomocą CGI, jak nalegał reżyser. Na szczęście dla niego nie mieli budżetu na wysokiej klasy CGI, więc Jones zgodził się na wykorzystanie modeli i kręcenie ujęć podróży po Księżycu tak, jak George Lucas kręcił “Gwiezdne Wojny”. Efekt był świetny.

Nie tylko oszczędziliśmy miliony funtów, których i tak nie mieliśmy, ale i mieliśmy okazję pracować z legendarnym Billem Pearsonem, który pracował przy modelach “Obcego”.

Grafika komputerowa została wykorzystana jak bóg przykazał w postprodukcji, aby dodać trochę efektów, których nie udało się uzyskać wcześniej. Peter Jackson zanim zaczął kręcić “Hobbita” w szesnastu częściach przez całe lata pracował głównie na wymyślanych przez siebie efektach specjalnych. Nawet teraz mając do dyspozycji miliony dolarów często bazuje na tradycyjnych rozwiązaniach.

Kapitalny film i świetne zgranie efektów specjalnych i wizualnych:

Jako widz jestem nadmiarem CGI zmęczony. Filmy takie jak “Transformers”, które są przeładowane grafiką komputerową, odbieram jak wizualny szum, który stara się rozerwać mi czaszkę. Wynika to z tego, że nasze oko, będąc niezwykle precyzyjnym mechanizmem, jest świetne w wychwytywaniu tego, co jest sztuczne, a co nie. Bardzo szybko jesteśmy w stanie zauważyć jak coś jest nienaturalne. Tym samym czujemy się oszukani i zmęczeni rozwiązaniami, które teoretycznie mają być bardzo efektowne. Dlatego boję się o kolejne “Gwiezdne Wojny”, w których J.J. Abrams będzie świecić w każdej scenie swoimi słynni “flarami”. Boję się o nowego “Terminatora” i “Park Jurajski”. Boję się o siebie i o Was, bo tak wielu reżyserów zamiast magii kina oferuje nam magię z procesora, a ta jest sztuczna jak cycki Pameli Anderson.