“Głosy” to ten rodzaj filmów, który przez sposób w jaki został zrealizowany podzieli widzów. Dla części będzie ciekawym sposobem na pokazanie tego, co dzieje się z człowiekiem o skrzywionej psychice, a dla innych nudnym badziewiem, które nie wie, czy chce być czarną komedią, thrillerem, czy dramatem psychologicznym.

Nim przejdziemy dalej zobaczcie zwiastun:

Jestem szczęśliwy

Na początek wstydliwe wyznanie. Darzę Ryana Reynoldsa dziwną sympatią. Z całej grupy aktorów, którzy przede wszystkim są przystojni, a dopiero później utalentowani, Reynolds zawsze wzbudza uśmiech na mej twarzy, bo ma spory potencjał jako aktor komediowy. Po prostu jest sympatyczny i sprawia wrażenie gościa, z którym idziecie napić się piwa i obejrzeć mecz wygłupiając się i śmiejąc cały wieczór. Po występie w “Głosach” do tej listy dopisałbym też fakt, że okazuje się być całkiem niezłym aktorem dramatycznym. Tym samym potwierdzając, że jego rola w “Pogrzebanym” nie była jednorazowym wyskokiem.

Jego bohater, Jerry, jest szczęśliwym człowiekiem. Uśmiecha się, ma pracę, podoba się kobietom. Jest lubiany nawet pomimo tego, że w tym całym jego szczęściu jest coś dziwnego. Jerry chodzi na terapię, podczas której stara się walczyć z demonami swojej przeszłości. Jego terapeutka (Jackie Weaver) bardzo chce mu pomóc, ale jak zwykle w takich wypadkach sukces odniesiemy dopiero wtedy, gdy chcemy pomóc sami sobie. Jerry próbuje, prowadzi spokojne życie. Problemy zaczynają się dopiero, gdy wpadnie mu w oko pochodząca z Anglii Fiona (Gemma Arterton).

Ona jest z Anglii, Jerry. W jej oczach jesteś tylko śmiesznych chłopem – Mr. Whiskers

Istotną rolę w życiu bohatera odgrywają jego zwierzęta. Ma psa i kota, którzy każdego dnia czekają aż wróci z pracy. Niby normalna rzeczy z tą różnicą, że one do niego mówią – w końcu tytuł filmu zobowiązuje. Sposób w jaki z nim rozmawiają związany jest ze stereotypowym podejściem do każdego z nich. Pies jest opiekuńczy, zachowuje się jak prawdziwy przyjaciel. Z kolei kot traktuje Jerry’ego jako dostarczyciela jedzenia, któremu tłumaczy jak beznadziejną jest istotą i jak bardzo się myli w swojej własnej ocenie. Mówiąc w skrócie w “Głosach” jest coś z komiksów czy kreskówek, w których główny bohater radzi się siedzących na jego ramionach diabła i anioła. Dodam tylko, że w obu wypadkach głos zwierzętom podkładał sam Reynolds. Piszę o tym dlatego, że zdałem sobie z tego sprawę dopiero po seansie.

Absurd

Wspomniana komiksowość i fakt, że film momentami przypomina absurdalną czarną komedię – miałem skojarzenia m.in. “Ze śmiercią jej do twarzy” – wynika z tego, że reżyserką “Głosów” jest Marjane Satrapi. Artystka zasłynęła kapitalną serią komiksów “Persepolis”. Kapitalną, bo urodzona w Iranie Satrapi postanowiła pokazać światu, że jej ojczyzna nie jest krajem, w którym mieszkają sami fanatycy religijni. To bardzo dobry obraz Iranu, o którym słyszymy z reguły przy okazji wspominania o panującym w regionie napięciu.

Film zaczyna się słodko, wszystko jest kolorowe i trochę groteskowe. Jak się szybko okaże zabieg z wizualną stroną filmu i zachowanie głównego bohatera ma głębszy sens. Nie wyjaśnię Wam jednak o co chodzi, bo musiałbym zdradzić jeden z najważniejszych elementów fabuły. Napiszę tylko, że sposób w jaki patrzy na świat Jerry jest pokazany świetnie i gdy zobaczycie tę różnicę, to film nabierze więcej sensu. Tym bardziej, że zaczyna się jak klasyczna komedia z Reynoldsem. Ten biega po ekranie z dziwnym uśmiechem, który sugeruje, że Jerry stara się być normalny, ale nie do końcu mu to wychodzi.

Staram się być dobry, ale zdarzają się złe rzeczy – Jerry

Damska część obsady gra przyzwoicie wpasowując się do charakteru filmu. Nie są to ani role ich życia, ani coś, co nam przeszkadza. Jest poprawnie. Szczególnie polecam sam jego koniec, który chyba najlepiej podsumowuje to o czym napisałem, a w którym absurd filmu Satrapi osiąga swoje apogeum.

Małe problemy

Lubię takie kino jak “Głosy”, ale niestety nie mogę napisać, że jest to film pozbawiony błędów. Pierwszym z nich jest to, że w pewnym momencie chce być zbyt wieloma jednocześnie, co sprawia, że do końca nie wiemy, co tak naprawdę oglądamy. Ostrą jak brzytwa komedię? Thriller o uśmiechniętym seryjnym mordercy? Slasher? Dramat psychologiczny o bohaterze, który cały czas zmaga się z traumą z przeszłości? Taki nadmiar szczęścia sprawia, że film się momentami mocno rozłazi.

Satrapi nie potrafi – albo tu jej się to po prostu nie udało – balansować tempem. Oglądając “Głosy” miałem wrażenie, jakbym jechał jako pasażer z kierowcą, który pierwszy raz wsiadł za kółko. Przyśpiesza, zwalnia, szarpie podczas ruszania. Płynnej jazdy jest tam najmniej. Przypomina to trochę jakiś nieudany miks Davida Lyncha z Hitchcockiem i Eli Rothem. Dowód na to, że od przybytku jednak trochę głowa boli. Z tego powodu jestem w stanie zrozumieć, że wielu z Was uzna go za film niewarty uwagi. Choć nie była to najlepsza produkcja jaką widziałem w tym roku, to przekornie napiszę, że i tak powinniście ją zobaczyć. Być może dostrzeżecie w niej więcej niż mi się udało. Jeżeli nie dla historii, to przynajmniej dla całkiem dobrego w swej roli Reynoldsa, którego bardzo chętnie zobaczę w kolejnych tego typu wcieleniach. Aktor, który wkrótce pojawi się na planie przygód Deadpoola pokazuje, dlaczego nadaje się do roli bohatera gadającego sam ze sobą.

Przed Satrapi jeszcze długa droga. Jej debiut pokazuje potencjał, który Marjane ma, tylko następnym razem musi się zdecydować, co chce nakręcić. Nie ma problemu w tym, aby mieszać gatunki, ale sukces takiego eksperymentowania wynika z odpowiednich proporcji, które w “Głosach” są mocno zaburzone.