Powinniśmy się cieszyć, bo tegoroczne Oscary zapowiadają się wyjątkowo emocjonująco. Stawka jest wyrównana, a na różnych stronach, które temat poruszają, toczą się dyskusje na temat tego, kto powinien dostać statuetkę, a kto nie. Sam pokusiłem się o tekst, w którym bawię się we wróżkę i staram przewidzieć, kto zabierze do domu złotego rycerza. Takie przewidywania są jednak trudne z dwóch powodów:

  • patrzymy przez pryzmat swojego gustu i preferencji,
  • członkowie Akademii są upośledzeni i dużo piją.

Zwracam uwagę na punkt drugi, który znajduje swoje potwierdzenie w działaniach Akademii już od dobrych kilkudziesięciu lat. O ile w przypadku tegorocznego rozdania wybór jest naprawdę ciężki, o tyle w trakcie wielu ceremonii z lat poprzednich prawdziwe arcydzieła przepadały z kretesem. Nie wierzycie?

Oto kilkanaście dowodów

Rok 1942. Na świecie trwa największa wojna w historii ludzkości, ale na jeden wieczór oczy Amerykanów zwrócą się w kierunku Hotelu Biltmore w Los Angeles. Tam odbyła się 14. ceremonia wręczenia Oscarów, która… Dobra, porzućmy ten pseudo-dokumentalny ton i wyjaśnijmy coś sobie. W 1942 roku popełniono jeden z największych błędów w historii nagrody. Oscara otrzymał film, którego 99% z Was nigdy nie widziało na oczy, a pewnie nawet o nim nie słyszało. „Zielona Dolina” wygrała zostawiając w polu dwa tytułu:

  • „Obywatela Kane’a,
  • „Sokoła Maltańskiego”,

„Obywatela pieprzonego Kane’a”, który później zostaje uznany za jeden z najlepszych, jeżeli nie najlepszy, film w historii kina. Zapytacie dlaczego tak się stało? Czy narkotyki były za mocne? A może doszło do ingerencji sił nadprzyrodzonych? Nie. Po prostu „Zielona Dolina” była filmem, który idealnie trafiał w czas, w którym go pokazywano. Świat cierpiał z powodu wojny. Rozgrywały się autentyczne dramaty i właśnie taki dramat skrojony pod nagrody nagrodzono. On był widzom bliski. W „Zielonej Dolinie” jest wszystko, co powinno chwycić za serce. Jest cierpienie, jest wielka miłość, są brudne dzieci, jest w końcu występek i kara za grzechy. Bo w Oscarach nie chodzi o to, co jest lepsze czy gorsze. W Oscarach chodzi o emocje. O efekt chwili. Przecież Akademia nie wiedziała, że i „Obywatel Kane”, i „Sokół Maltański” będą wpływać na kolejne pokolenia kinomanów. Nikt tego nie wiedział. Oprócz Orsona Wellsa, który zawsze wiedział, że to on jest najlepszym reżyserem na świecie. Ba, we wszechświecie. Później wcale nie było lepiej.

Sokół Maltański
Kadr z filmu „Sokół Maltański” reż. John Huston

W 1952 roku film Cecila B. DeMilla „Największe widowisko świata” zgarnął statuetkę sprzed nosa „W samo południe” Freda Zinnemanna z nieśmiertelnym Garym Cooperem w roli głównej. Partnerowała mu Grace Kelly, co w automatycznie podnosiło jakość filmu o jakieś 500%. Znowu to nie było tak, że film DeMilla był kiepski. Po prostu okazał się większym sukcesem kasowym, a dodatkowo nikt nie przewidział wpływu jaki na kino będzie miało „W samo południe”. Historia o „człowieku, który był zbyt dumny, aby uciekać” miażdży i jest klasyką westernu, ale znowu to nie było najważniejsze. Podobnie jak kilka lat później statuetki nie dostał „Olbrzym” Georgea Stevensa. Jeden z ostatnich filmów z Jamesem Deanem, który za swoją kreację otrzymał pośmiertnie nominację do Oscara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego, którego w końcu nie dostał, bo rycerz trafił do Yula Brynnera za „Król i ja”. Wiecie, jaki film wygrał zamiast „Olbrzyma”? „W 80 dni dokoła świata”. Przyjemna ekranizacja klasyki spod znaku Juliusza Verne’a z Davidem Nivenem w roli głównej. Widziałem kilka razy, kocham, ale za najlepszy film bym tego nie uznał.

Bez Oscara skończył też „Bonnie i Clyde” w reżyserii Arthura Penna. Świetny dramat gangsterski. Nakręcony z nerwem, z pamiętnymi rolami Faye Dunaway i Warrena Beatty’ego. To on unieśmiertelnił mit pary przestępców, którzy rozpalali wyobraźnię kolejnych pokoleń. Miłość, karabiny maszynowe i wielka kasa. Idealny temat na film, który ostatecznie okazał się słabszym kandydatem od „W upalną noc” Normana Jewisona. W tym roku odpadł też „Absolwent” Mike’a Nicholsa z genialną kreacją Dustina Hoffmana. Skandalem po latach można uznać brak statuetki dla „Taksówkarza” Martina Scorsese. Tak, widzę Wasze zdziwienie. Jak to? Ten genialny, legendarny film nie dostał Oscara? No nie. Scorsese nie dostał w 1977 roku nawet nominacji za reżyserię. Przez kilkadziesiąt lat czekał na swojego Oscara, którego jak dobrze wiecie dostał dopiero za dobrą, ale na pewno nie wybitną, „Infiltrację”. Za remake… Zamiast „Taksówkarza” nagrodę otrzymał „Rocky”. Trzy lata później Scorsese przeżył to drugi raz, bo statuetki nie dostał „Wściekły byk”. Zastanawiam się, czy to nie przez Roberta De Niro. Może on po prostu przynosił pecha Scorsese? Stawka w 1981 była mocna, bo oprócz „Wściekłego Byka” była jeszcze „Tess” Romana Polańskiego i „Człowiek Słoń” Davida Lyncha. Ostatecznie żaden z tych filmów nagrody nie dostał. Kto wygrał? „Zwyczajni ludzie” Roberta Redforda. Fajny film, ale:

Who cares?!!!

O pechu i braku wyczucia prawdziwego geniuszu może mówić Francis Ford Coppola, który dał nam „Czas Apokalipsy”, a ostatecznie przegrał ze „Sprawą Kramerów”. Ten drugi film to wymierzony w wywołanie konkretnych emocji – tu płaczu i zgrzytania zębów – obraz, który znowu nie broni się w starciu ze swoimi rywalami. Na pewno nie po latach od premiery, bo o „Czasie Apokalipsy” pamiętamy prawie wszyscy, słynne:

Uwielbiam zapach napalmu o poranku!

stało się elementem popkultury, podobnie jak scena ilustrowana „Cwałem Walkirii” Ryszarda Wagnera. Kto z Was wymienia „Sprawę Kramerów” w dyskusjach o najlepszych filmach? No kto? Nikt… Tak myślałem. Możemy przejść dalej. Do początku lat 90. XX wieku, bo wtedy dwa lata z rzędu pominięto kolejne arcydzieła.

Pierwszym poszkodowanym był „Urodzony 4 lipca”. Olivier Stone w najwyższej formie. Bardzo dobra rola amerykańskiego Krzysztofa Ibisza. Manifest antywojenny pełną gębą, który można oglądać kilka razy i za każdym razem delektować się kunsztem realizatorskim. Cholera, w tym roku była też „Moja lewa stopa” i „Stowarzyszenie umarłych poetów”. Wszystkie te filmy musiały uznać wyższość jednego z najbardziej protekcjonalnych filmów na temat rasizmu jaki został nakręcony w historii. „Wożąc Pannę Daisy”. Tak, wiem, że Morgan Freeman jest w nim super, ale na litość boską, kto do kurwy nędzy uznał, że to jest film, który powinien dostać Oscara dla najlepszego tytułu zamiast filmu Stone’a? Poproszę o nazwiska. Impreza po tej decyzji w Akademii musiała być przednia, a alkohol mocny i na pewno lał się strumieniami, bo już rok później Oscara nie dostali „Chłopcy z ferajny”. Jeden z filmów zajmujących stałe miejsce w pierwszej 10 wszech czasów według autora tego skromnego bloga. Film, w którym jest taka scena:

Jest też tam taka scena:

I kilka innych, które kasują każdą konkurencję w temacie kina gangsterskiego. Wiecie co? Wiem, dlaczego nie wygrał. Bo znowu grał tam De Niro. Przypadek? Nie sądzę.

Teraz pewnie wielu z Was się narażę, ale w 1995 roku nie powinien wygrać „Forrest Gump”. To znaczy ja ten film bardzo lubię, bo życie jest jak pudełko czekoladek i bla, bla, bla i tak dalej, ale nagrodę powinno dostać „Pulp Fiction”. A jak nie film Tarantino, to do jasnej anielki „Skazani na Shawshank” Franka Darabonta lub „Quiz Show” Roberta Redforda. Podobnie jak nikt, ale to absolutnie nikt nie wmówi mi, że „Angielski pacjent” to był lepszy film niż GENIALNE „Fargo” braci Coen. No kto o zdrowych zmysłach tak powie? To już „Jerry Maguire” bardziej na rycerza zasługiwał. Choć to i tak małe miki. Bo dwa lata później stało się to – i wcale nie mam na myśli Bena Afflecka z wąsem:

Cytując bohatera tego filmu: Are you fucking kidding me? To był rok 1999. Ja rozumiem, że pluskwa milenijna i strach przed końcem świata może mieszać w głowach, ale to właśnie wtedy przebrana za faceta Gwyneth Paltrow wygrała z tym:

i z tym:

Pierwszy film, „Cienka czerwona linia”, jest arcydziełem kina wojennego i egzystencjalnego zarazem. Opus magnum Terrence’a Malicka. Z kolei ten drugi, to nietuzinkowa komedia o holocauście. Roberto Benigni podszedł do tego trudnego tematu bez zadęcia i nakręcił film, który jest afirmacją życia. Bawi i cholernie wzrusza. A, no i w tym roku nominowany był też „Szeregowiec Ryan”, ale pewnie, lepiej dać Oscara filmowi, który jest znany z tego, że zdobył Oscara.

W 2006 roku nagrody nie zdobył ani „Capote”, ani „Good Night and Good Luck” czy „Tajemnica Brokeback Mountain”. Zamiast nich nagrodzono „Miasto gniewu”. Kolejny dowód na to, że kino potrafi przegrać z manipulowaniem emocjami. Przy okazji następnych ceremonii poległy m.in. „Aż poleje się krew”, „Obywatel Milk” na rzecz filmu, w którym cała obsada tańczy i śpiewa, „Hej, skarbie”, „Poważny człowiek”, „The Social Network”, „Prawdziwe męstwo”, „Czarny łabędź”, „Służące” czy „Nebraska” i „Witaj w klubie”. Wszystkie to bardzo dobre produkcje. Co w takim razie poszło nie tak, jak trzeba?

Być może nic. Tak jak napisałem na wstępie, Oscary to często (nigdy?) nie jest konkurs na najlepszy film. Członkowie Akademii nie mają magicznych kul, w których widzą przyszłość. Zamiast tego liczy się moda, uwarunkowanie polityczne – „The Hurt Locker” jest dobrym przykładem – czy po prostu sukces kasowy. Z tego powodu nie ma sensu się denerwować, bo w ostatecznym rozrachunku historia sama oceni, który film jest arcydziełem, a który drugim „Zakochanym Szekspirem”.

Przeczytaj:

10 rzeczy, których prawdopodobnie nie wiesz o Oscarach