Tak się szczęśliwie składa, że jakiś czas temu znalazłem sposób, aby korzystać z Netflixa. Mam dość telewizji i tego, co serwują mi w kablówkach. Jestem jedna z tych osób, która lubi decydować o wszystkim, co ją dotyczy. Skoro telewizja ciągle serwuje mi tego samego odgrzewanego kotleta, który w pewnym momencie zaczyna się brzydko odbijać, to nie widzę sensu w tym, aby iść z nią dalej za rękę. Z tego błahego powodu rozpoczęła się moja przygoda z Netflixem. Korzystam z tego wbrew warunkom użytkowania, bo usługa nie jest dostępna w Polsce. Płacę jednak za nią i nie wstydzę się tego, że zamiast ściągać seriale z sieci pompuję dolary do Ułesa nawet za cenę złamania kilku spisanych zasad. Jednak ten tekst nie ma być o tym. Ma być o House of Cards. Konkretnie o drugim sezonie, który wylądował w sieci w święto zakochanych.

Serial, który w ubiegłym roku sprawił, że Netflix z dostawcy treści stał się ich twórcą, wzbudza spore emocje. Sam byłem podekscytowany jak dziecko pod sceną na koncercie Majki Jeżowskiej. W końcu noc jest długa, a w HaDe jest cały drugi sezon. Trzeba oglądać, nie ma wyjścia. Otwieram piwo, siadam wygodnie i zapuszczam pierwszy odcinek. Wszystko idzie zgodnie z planem. Frank Underwood rozpoczyna rzeź. Jeżeli w pierwszym sezonie House of Cards na mocny zwrot akcji trzeba było trochę poczekać tak w przypadku sezonu drugiego już w pierwszym odcinku zostaniecie walnięci w splot słoneczny z siłą wodospadu. Serial przyczaja się na widza i gdy ten myśli, że wszystko ma pod kontrolą, wali go w ryja. Czasem jest to cios nokautujący, a czasem niestety zwykłe pudło. W przypadku House of Cards sprawa wygląda tak, że pierwszy sezon choć dobry, to był po prostu nierówny. Zdarzały się odcinki świetne, z rewelacyjnymi ociekającymi krwią tekstami. Niestety czasami dostawaliśmy nudną papkę, która męczyła każdego, kto serial oglądał. W przypadku drugiego sezonu odnoszę podobne wrażenie. Z jednej strony można oberwać, a z drugiej strony zdarza się wszystko niemiłosiernie ciągnąć.

To, co ciągle jest wielką siłą House of Cards jest obsada. Ta się nie zmieniła. Nadal mamy rewelacyjnego Kevina Spacey’ego, który ciągnie ten serial za uszy. Jego postać nadal ma w sobie niepokojący magnetyzm. Tym razem ma też więcej wspólnego z dzikim zwierzęciem, które poluje na swoje ofiary w zasadzie każdego dnia. Świetnie patrzy się na relacje Franka z żoną (Robin Wright). Stawka jest wysoka, oboje mają sporo do stracenia, a atmosfera zaczyna się zagęszczać – boże tak bardzo chciałbym rzucać spoilerami. Scenarzysta Beau Willimon prowadzi głównych bohaterów sprawnie. Odnoszę wrażenie, że postanowił dać im poczuć chwilę chwały, ale przy okazji strąca na nich problemy sprawiające, że nie mogą się nią za bardzo cieszyć. Osobiście jestem fanem przyjaciela prezydenta, którego gra Gerald McRaney. Pamiętam, że kiedyś oglądałem z nim serial “Podróż do Ziemi Obiecanej”, gdzie grał po prostu przyzwoitego człowieka, a teraz po latach dostał rolę manipulanta. Węża dbającego o własne interesy. Nadal najmocniejszymi momentami są te, w których Frank mówi bezpośrednio do nas. Kocham ten element, bo w pewien sposób zaciera niewidzialną granicę między mną, a tym co dzieje się na ekranie.

Jest jednak w drugim sezonie House of Cards coś, co sprawia, że nie jest to serial, który koniecznie trzeba obejrzeć. Wydaje mi się, że jest to spowodowane tym, że oczekiwania wobec niego – brawa dla działu marketingu za sprawnie prowadzoną promocję i pompowanie balonika – są za wysokie w stosunku do możliwości. Być może gdyby podejść do niego trochę na luzie – lub jak mawiał Marcin Staniszewski na miękkim batonie – to byłoby to zdrowsze dla nas. Oczywiście nie oznacza to, że House of Cards jest złe. Nic z tych rzeczy. Drugi sezon to nadal bardzo dobra rozrywka, która cierpi na podobne schorzenia jak pierwszy zestaw odcinków. Jeżeli przymkniecie oczy i posłuchacie jak się robi wielką politykę, to być może będą to najlepiej spędzone godziny w tym roku. W innym wypadku kolejne rozdziały losów wiceprezydenta USA można poznać, ale bez przesady, są na świecie ciekawsze rzeczy.

PS. Żeby nie było, że nie dzielę się dobrem z innymi. Netflixa oglądam korzystając z wtyczki Hola. Jest darmowa i niestety musicie liczyć się z tym, że potrafi odmówić posłuszeństwa. W takich sytuacjach najlepiej rozłączyć ją i włączyć ją jeszcze raz. Działa na zasadzie VPN-a, więc możecie wybierać kraje, pod które “się podszyjecie”. Jak ktoś znajdzie lepszy mechanizm, najlepiej za darmo, to niech da znać. Z Holi korzystam na razie, bo jest prosta. Nie wiem, jak ze stabilnością działania wersji premium.

PS 2. Tak wygląda Majka Jeżowska (albo wyglądała, nie wiem):

Majka Jeżowska
Majka Jeżowska