Temat zombie jest tak zgniły, jak zgniłe są ciała tych snujących się po okolicy koneserów naszych mózgów. Z nimi jest jak z wampirami. Trochę bardziej martwe, ale tak samo męczące. Przynajmniej ja czułem już zmęczenie, że gdzie się nie obejrzałem, to albo widziałem krwiopijców – Buddo broń przed tymi, którym klatki piersiowe w świetle słońca połyskują jak pieprzone gwiazdy na nocnym niebie – albo zombie. Te ostatnie w różnych konfiguracjach, od klasycznych, jak u Romero, po bardziej żwawe, jak w “World War Z”. Na szczęście stacja CW postanowiła przypomnieć światu, że można inaczej. Można ciekawiej. Bez zapachu gnijącego mięsa, pomruków jak w trakcie niezbyt porywającego stosunku seksualnego. Tak poznałem Liv.

Gwendolyn

Zanim narodziła się Liv była Gwendolyn. To właśnie ona jest główną bohaterką komiksu stworzonego przez Chrisa Robersona (scenariusz) i Mike’a Allreda (rysunki). Gwendolyn jest zombie i to w zasadzie tyle, jeżeli chodzi o podobieństwa do Liv. Stacja CW postanowiła oddać ekranizację w ręce pary Diane Ruggiero-Wright i Rob Thomas. Ta dwójka odpowiada m.in. za bardzo dobrze przyjęty serial “Veronica Mars”, więc nadzieje były spore. Fani komiksu oczywiście kręcili nosem na pomysły, ale ostatecznie okazuje się, że praktycznie każda decyzja związana z telewizyjną wersją “iZombie” jest trafiona.

Akcja serialu umiejscowiona została w Seattle, co jest skrzętnie wykorzystywane choćby poprzez nawiązania do muzycznej historii miasta będącego mekką dla fanów grunge’u. Główna bohaterka była obiecującą rezydentką jednego ze szpitali. Zaręczona, szczęśliwa, spełniona. Niestety pech chciał, że trafiła na imprezę, w trakcie której została przemieniona w zombie. O jej przemianie wie tylko jej nowy szef Ravi, który przy okazji stara się jej pomagać. Choć Liv już nie może nieść posługi medycznej mieszkańcom Seattle, to i tak im pomaga rozwiązując sprawy, nad którymi pracuje detektyw Clive Babineaux. Jak mu pomaga? Praca w biurze koronera ma te plusy, że daje dostęp do świeżych mózgów, które Liv musi spożywać, aby zachować przytomność własnego umysłu. Jednak wraz z konsumpcją mózgu ofiary przejmuje na okres trawienia owego wyszukanego dania niektóre jej cechy charakteru. Dodatkowo miewa wizję tego, co widział posiadacz zjedzonego mózgu przed śmiercią. Motyw przypomina ten, który można znaleźć w komiksie “Chew” autorstwa Johna Laymana (scenariusz) i Roba Guillory’ego (rysunki). Tam bohaterem jest Tony Chu, detektyw-cybopata, który posiada zdolność odczytywania danych z tego, co zje.

Tyle mogę napisać na temat fabuły. Na pierwszy rzut oka możecie myśleć, że to kolejny nudny procedural bazujący na oklepanych schematach. Z początku też miałem takie obawy. Na szczęście okazało się, że są one zupełnie bezpodstawne, bo “iZombie” to rozrywka w stanie czystym.

Trupia błogość geeka

Rose McIver
Rose McIver/Fot. Wikipedia lic. CC BY-SA 2.0

Wyobraźcie sobie sytuację, że “Veronica Mars” i “Gdzie pachną stokrotki” mają dziecko z dajmy na to z “Castle” czy innym serialem, który przyjdzie wam do głowy, gdy myślicie o rozwiązywaniu spraw kryminalnych. To dziecko to właśnie “iZombie”. Takie małe, trochę blade, ale urocze dzieciątko, które powinien przytulić do serduszka każdy geek. Cholera, nawet jak nie jesteś geekiem, to “iZombie” powinno ci się spodobać. Powodów ku temu jest kilka. Po pierwsze główna bohaterka grana przez Rose McIver jest absolutnie bezbłędna. Napisana – jakby to powiedziała moja babcia – z biglem. To jest taka postać kobieca, którą ogląda się z przyjemnością. Dorzucono do niej świetne decyzje castingowe, które znowu poparte dobrze rozpisanym scenariuszem zwyczajnie dostarczają. Rahul Kohli jako Ravi to idealny sidekick. Detektyw Babineaux (Malcolm Goodwin) z jednej strony tajemniczy, bo chroni swoją prywatność, a z drugiej bardzo dobrze pasujący charakterem do reszty bohaterów. W zasadzie kogo bym nie wymienił z obsady, to nie za bardzo ma się do czego przyczepić. Nawet wątki romantyczne mi tu nie przeszkadzają, co trzeba zapisać jako wyjątkowe wydarzenie, bo z reguły w produkcjach CW od nadmiaru lukru i słodkiej posypki dostawałem skrętu kiszek i zawsze czekał obok mnie dentysta.

“iZombie” to dodatkowo kopalnia odniesień do popkultury. Seriali, filmów, gier (były narzeczony Liv imieniem Major oraz Ravi zagrywają się na przykład w konsolową wersję “Diablo 3”), wspominanej muzyki czy komiksów. Z pierwowzorem oprócz pomysłu łączą serial choćby świetnie pasujące do klimatu komiksowe kadry, które dzielą odcinki na coś na kształt rozdziałów. Prosty pomysł, który okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Do tego udało się uzyskać dobry balans między odpowiednią dawką humoru – a ten jest tutaj niewymuszony – oraz momentami poważniejszymi, czasami może zbyt melodramatycznymi, ale tak jak pisałem próchnica Wam od tego nie grozi. Jest w końcu “iZombie” serialem mocno skoncentrowanym na postaciach. Na ich charakterach, relacjach, decyzjach, które podejmują. Postać jest w centrum, a ta cała sprawa z zombifikacją, to tylko jeden z pretekstów do tego, aby pchać fabułę do przodu.

iZombie
Plansza z komiksowej wersji “iZombie”/Fot. DC Comics

Zgniły ideał?

Wiecie, że ideałów nie ma? No dobra jest jeden, ale to nie serial, a Eva Green. “iZombie” idealne nie jest. Nawet nie próbuje być, ale choć to dziwnie może zabrzmieć ze względu na bohaterów serialu, jest powiewem świeżości w zgniłym temacie seriali o zombie. To idealna produkcja do tego, aby teraz, gdy są wakacje usiąść wieczorem z piwkiem w ręku i obejrzeć cały sezon po prostu dobrze się bawiąc. Tym bardziej, że trzynaście odcinków trwających około 45 minut każdy to wręcz skrojona pod binge-watching propozycja. Fakt, może męczyć formuła morderstwa tygodnia, którą twórcy eksplorują i na tym polu oprócz patentu ze sposobem rozwiązywania spraw nie są w stanie powiedzieć nic nowego. Niektórych będą też męczyć problemy sercowe Liv oraz mimo wszystko posługiwanie się kliszami, które nie zawsze wykorzystane zostają sprawnie i z polotem. Z drugiej jednak strony “iZombie” to rozrywka tak przyjemnie i uroczo rozpisana, że przymykam oczy na te wady. W końcu nie każdy serial musi być z miejsca “Rodziną Soprano”. Choć trochę szkoda.

Przeczytaj:

[g1_button link=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/nowe-seriale-2015-2016-comic-con/” linking=”default” size=”m” type=”standard” style=”simple” text_color=”#ffffff” background_color=”#dd3333″]Nowe seriale, które trzeba będzie oglądać w 2015/2016[/g1_button] [g1_button link=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/seriale-niedokonczone/” linking=”default” size=”m” type=”standard” style=”simple” text_color=”#ffffff” background_color=”#dd3333″]Seriale niedokończone[/g1_button]