Macie dobrą pamięć? Bo ja mam. Jak się skupię to potrafię sobie przypomnieć, co robiłem w ubiegły poniedziałek. W opisywanym wypadku jest trudniej, bo musimy sobie wspólnie przypomnieć, co robiliśmy w 2009 roku. Ja musiałem robić coś bardzo ważnego skoro ominęła mnie premiera serialu “The Take”. Niepozornej produkcji. Niepozornej, bo to raptem cztery odcinki. W dość kiczowatej, przywodzącej na myśl seriale z lat 90. XX wieku, czołówce przygrywa “Club Foot” Kasabian. Teoretycznie nic nie wskazuje na to, że siedzimy na bombie.

Nie dajcie się jednak zwieść, bo gdy na ekranie pojawia się Tom Hardy wszystko staje się jasne jak kokaina. Cytując Cycerona:

HE IS FUCKING UNBELIEVABLE! – Cyceron przez telefon do kolegi, bliżej nieokreślona przeszłość

Kradnie show, a jest to show wybitne. Żadne Bejny, żadne Ejmsy czy inne Tuki. Tom Hardy to Freddie. Tak jak Tom Hardy dał popis w “Bronsonie”, tak daje go w “The Take”. Moje pobudzenie i wielkie emocje sprawiają, że możecie sobie zadać pytanie:

Ale o so chozi?

W skrócie chodzi o to, że możecie przestać w tej chwili czytać i zamiast tego kombinujcie jak obejrzeć “The Take”. Naprawdę. Idźcie oglądać. Już, idźcie mi stąd.

The Take
Zdradę mamy we krwi/Fot. Sky1

Jeżeli czytacie dalej, to nie zostaje mi nic innego jak trochę przynudzać jak w 90% tekstów. Dlatego nie mówcie, że nie ostrzegałem. Serial zrealizowano na podstawie powieści Martiny Cole, brytyjskiej autorki kryminałów, która zafundowała czytelnikom krwiste, jak najlepszy stek, wydarzenia. Głównie za sprawą wspominanego Freddiego. Poznajemy go w momencie, gdy opuszcza więzienie i już wiemy, że będzie to znajomość burzliwa. Grana przez Toma Hardy’ego postać nie jest kolegą ze szkolnej ławki, z którym chcecie się napić piwka. To znaczy nikt wam tego nie broni, ale musicie się liczyć z tym, że później może dojść do bliskiego spotkania waszej twarzy z butelką. Freddie to socjopata. Wariat, który postępuje według własnego kodeksu moralnego. Nie ma świętości. Jest brutalny, opryskliwy, niebezpieczny w najgorszym tego słowa znaczeniu. Nawet nie tyle przez to, że problemy rozwiązuje pięściami, a przez to, że jest nieobliczalny. Nie wiesz, co wymyśli i jak się zachowa.

Dobrze podsumował go grany przez Briana Coxa szef lokalnej grupy przestępczej, Ozzy. Określił go mianem wściekłego psa, który zerwał się ze smyczy. Życie Freddiego sprowadza się do realizacji własnych celów wszelkimi dostępnymi sposobami. Pomaga mu w tym jego młodszy kuzyn Jimmy (Shaun Evans), który marzy o tym, że wyrobi swoje nazwisko za sprawą starszego kuzyna, z którym łączy go wspólne dzieciństwo. W zasadzie obaj są jak bracia z bardzo dysfunkcyjnej rodziny. Niby się kochają, ale nigdy nie można być niczego pewnym. W tym brutalnym świecie przestępczości, której daleko do obrazów znanych z jakiś wysublimowanych opowieści o mafii, najbardziej żal jest kobiet, które związały się z Freddiem i Jimmym. Żona tego pierwszego – Jackie (Kierston Wareing) – marzy o tym, że mąż po wyjściu z paki w końcu będzie miał czas dla dzieci, a ta druga – Maggie (Charlotte Riley) – wiecznie się boi o swojego ukochanego, który zapatrzony w starszego kuzyna odbierze bardzo brutalną lekcję życia. Razem z nim odbierzemy ją my. Widzowie.

Dzika furia

“The Take” ma w sobie jakąś pierwotną dzikość. Seriale takie jak “Rodzina Soprano” czy “The Wire” nie były produkcjami dla dzieci, ale oglądając “The Take” odnosiłem wrażenie, że bije od tego serialu nieopisana wściekłość i zepsucie. Bohaterowie staczają się w otchłań. Babrają się coraz bardziej w gównie. Tu nawet dzieci nie są święte. Oglądanie tego serialu momentami boli. Za każdym razem jak na ekranie pojawia się Freddie możecie być pewni, że coś się wydarzy. Coś wisi w powietrzu. Hardy sepleni, mówi niechlujnie, nie brzmi, ale ma zwierzęcy magnetyzm. Hipnotyzuje swoją osobą tak bardzo, że na pewne jego aktorskie wady możemy przymknąć oczy. Głównie przez to, iż on sobie z tych ograniczeń świetnie zdaje sprawę i przekuwa je we wszystkich produkcjach w atut, a nie coś, co go ogranicza.

Jest w tym wszystkich przekonujący tak bardzo, że miałem w pewnym momencie ochotę krzyknąć, aby ktoś go wreszcie zabił. Nie można go lubić, nie można mu nawet współczuć czy się z niego śmiać. Tony Soprano był brutalnym i bardzo porywczym człowiekiem, ale mimo wszystko mogliśmy go zrozumieć. Natomiast Freddie to faktycznie dzikie zwierzę. Co ciekawe cała historia w “The Take” to nie jest do końca opowieść o tym, jak Freddie wspina się po drabinie przestępczego świata. Istotnym staje się Jimmy, który za sprawą kuzyna zaczyna znaczyć na mieście coraz więcej i zmienia się na naszych oczach. Zresztą nie tylko on się zmienia. Wszyscy, którzy stykają się z Freddiem zostają naznaczeni. Naznaczeni przez jego obecność, działania, nienawiść do wszystkiego.

Jeżeli kochacie kino gangsterskie, to musicie obejrzeć “The Take”. Przygotujcie się jednak na to, że nie ma tu miejsca nawet na odrobinę humoru czy to czarnego, czy w każdym innym kolorze. To spójna historia napędzana zdradą z jedną z najobrzydliwszych scen gwałtu jakie widziałem w swoim życiu. Tak, to serialowa lektura obowiązkowa.

PS. O serialu przypomniał mi mój ukochany kanał jakbyniepaczeć i Kaja, której zazdroszczę koszulek mimo, że są damskie. Kaję bliżej poznacie za sprawą Dekulturatora. Dajcie im suba. Warto.