Przy okazji premiery Guardians of the Galaxy mogliście spotkać się z dziennikarzami – polskimi – piszącymi na temat filmu i wplatającymi w swoje teksty stwierdzenie o Kinie Nowej Przygody. Być może ktoś z Was czytając zadał sobie pytanie o co chodzi? Co to za rodzaj kina? Nie musicie już się dalej zastanawiać, bo zaraz Wam wszystko wytłumaczę, a przy okazji może okazać się, że Strażnicy Galaktyki dzięki temu dostaną +10 do zajebistości.

Odrobina teorii

Termin „Kino Nowej Przygody” powstał za sprawą polskiego historyka kina Jerzego Płażewskiego. Stworzył go, aby dobrze opisać nurt w kinie, który rozpoczął się w latach 70. XX wieku. Chodziło o filmy przygodowe, science fiction czy fantasy. Gdybyśmy chcieli zamknąć to w jednym haśle, to najlepiej pasuje do tego po prostu kino rozrywkowe, które przeszło sporą zmianę i wskoczyło na inny poziom w stosunku do tego, co widzowie mogli oglądać wcześniej na ekranach kin. Oczywiście zmiana była in plus.

No to o co w końcu chodzi?

Dwa nazwiska. Lucas i Spielberg. Dwóch panów, których przedstawiać nie trzeba postanowiło, że zaczną kręcić kino rozrywkowe, które zerwie ze stereotypowym wizerunkiem odmóżdżających produkcji dla młodzieży. Założenie było proste. Kino według ich przepisu było:

  • Widowiskowe
  • Miało ciekawych bohaterów
  • Zajmujące historie, które zawierają jakąś tajemnicę
  • Zabawne

W drugiej połowie lat 70. XX wieku nastąpił przełom zatytułowany „Gwiezdne Wojny”. Filmy starej trylogii stały się popkulturowym fenomenem i są nim do dzisiaj. Przy okazji spełniały wszystkie zasady opisane powyżej. Lucas, Spielberg czy Zemeckis stawiali na odwołania do dziecięcej strony każdego z nas. Oni po prostu kręcili filmy takie, jakie sami chcieli oglądać. Za jakimi tęsknili. Indiana Jones czy Han Solo – grani przecież przez tego samego aktora – stali się synonimami bohatera Kina Nowej Przygody. Wesołkowatego buntownika o złotym sercu. Człowieka, który robi rzeczy dla nas nieosiągalne, ale przy okazji – co paradoksalne – nie jest oderwany od rzeczywistości, nie wydaje nam się nierealny. Magnetyzm takiej postaci sprawia, że uśmiechamy się za każdym razem jak pojawia się na ekranie. Zwróćcie uwagę na to, jak zachowują się w swoich rolach Ford czy ostatnio Pratt. Oni wchodzą na ten poziom aktorstwa, który sprawia, że nie odgrywają swojej postaci, oni się nią w stu procentach stają. Czują się swobodnie w skórze czy to kosmicznego buntownika, czy poszukiwacza przygód. Dzięki temu nawet dorosły obserwując ich w kinie ma wrażenie, że na te dwie godziny może poczuć się jak dziecko. Oderwać od przyziemnych problemów codzienności.

Bardzo ważnym elementem widowiskowości tych filmów były efekty specjalne. Jednak mówimy tu przede wszystkim o często wykorzystywanych efektach praktycznych. Popularne aktualnie CGI wtedy nie wchodziło w grę. Trzeba było kombinować. Jak pokazać ujęcia ze statkami kosmicznymi w przestrzeni tak, aby nie trąciło sztucznością? Jak budować napięcie zw. z przybyciem obcych na Ziemię niekoniecznie pokazując samych obcych? Te i jeszcze więcej pytań stawiały przed twórcami wyzwania, które oni z radością pokonywali. Efekty ich pracy – w pewnym sensie potwierdzające jakość ich filmów – spowodowały, że Kino Nowej Przygody starzeje się godnie, a jego oglądanie nie powoduje bólu zębów. Dobrym przykładem niech będzie postać Obcego czy Terminator. Po kilku dekadach one nadal wzbudzają strach czego nie można powiedzieć o późniejszych wynalazkach zrodzonych z CGI.

W ogóle ciekawym przykładem jest kino science fiction, które do momentu powstania „Gwiezdnych Wojen” czy „Bliskich Spotkań Trzeciego Stopnia” nie odnosiło spektakularnych sukcesów. Steven Spielberg kręcąc drugi z wspomnianych filmów stwierdził, że zdawał sobie sprawę z tego, że sporo ryzykuje. Możecie w to wierzyć lub nie, ale przed premierą Spotkań, jeżeli chodzi o filmu s-f to na setki nakręconych obrazów raptem kilka można nazwać kasowym sukcesem. Ryzyko się opłaciło, a rok 1977 był przełomowy, bo właśnie wtedy na ekrany weszły oba ze wspomnianych tytułów, a co było potem wszyscy wiemy.

Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia
Screen z bliskich spotkań trzeciego stopnia

Śnieżna kula śmierci

Od tamtego momentu ruszyła prawdziwa fala. Zaczęły powstawać filmy rozrywkowe, które bawiły, ale przy okazji nie zostawiały w nas poczucia obciachu. Pierwszy „Superman” z nieodżałowanym Christopherem Reevem, filmy z serii „Star Trek”, kinowe przygody Conana z ikoniczną kreacją Arnolda Schwarzeneggera, „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” czy „Powrót do przyszłości”. To wszystko efekt zerwania ze strachem przed spróbowaniem czegoś nowego. Kino rozrywkowe weszło na poziom, na którym wcześniej nie było.

Niestety w całym morzu moich zachwytów nad Kinem Nowej Przygody nie sposób przemilczeć kilku istotnych elementów, które według niektórych ostatecznie doprowadziły do wypaczenia tej świetnej wizji. Nie jest tajemnicą, że Spielberg czy Lucas założyli, że będą kręcić filmy, na które ludzie będą chcieli chodzić do kina jako odpowiedź na kryzys jaki dotknął X Muzę w związku z rosnącą potęgą telewizji. Komercyjne podejście do filmów ewoluowało i sami wiecie jak wygląda to w tym momencie. Figurki, gry komputerowe, dedykowane posiłki w sieciowych fast-foodach, naklejki, pościele, komplety klocków, dedykowany serii papier toaletowy. Marketing związany z kinem zmienił się przez dziesiątki lat do tego stopnia, że produkcja filmu może być uzależniona od kontraktów związanych np. z produkcją specjalnej linii zabawek. Film staje się coraz częściej dodatkiem do innych źródeł dochodu, które w skali świata często idą w miliardy dolarów.

To również Kino Nowej Przygody jest „winne” modzie na sequele, prequele i inne wynalazki. Tu też założenie było proste. Skoro film się podoba, ludzie chcą wydawać ciężko zarobione gumy kulki, to czemu nie nakręcić dwóch kolejnych filmów. Nie ma problemu, gdy następne części trzymają poziom. Problem pojawia się wtedy, gdy pod płaszczem Kina Nowej Przygody przemycane są filmy, które sprawiają, że jesteśmy intelektualnie zgwałceni. Najlepszym przykładem niech będzie seria „Transformers”. O ile pierwsza część jest naprawdę świetnym filmem rozrywkowym nakręconym zgodnie z zasadmi KNP, o tyle kolejne filmy to już jawny gwałt na naszej inteligencji oraz wybuchająca woda. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy kolejny jest finansowym sukcesem, co tylko sprawia, że zadaję sobie pytanie czy z ludźmi wszystko jest ok? Podobnie jest z serią „Piraci z Karaibów”. Świetna pierwsza część i kolejne będące mimo wszystko odcinaniem kuponów od popularności pierwszego filmu. Choć i tak trzeba Piratom oddać to, że jakościowo są o lata świetlne przed Transformersami.

Screen z filmu Goonies
Goonies

Przykład „Strażników Galaktyki” Jamesa Gunna uświadomił mi, że Kino Nowej Przygody może się odrodzić, ale muszą się nim zajmować ludzie, którzy są po prosto mocno zajawieni na to, co robią. Gunn, w którego nie wierzyłem, pakując do filmu kilkadziesiąt odniesień do popkultury czy wcześniejszych produkcji Marvela bawi się kinem. Jest trochę jak dziecko, które może zrealizować swoje marzenia. Jest wciśnięty w marketingową machinę – nie zapominajmy, że Marvel to Disney, a Disney to kasa, kasa i jeszcze więcej kasy, którą można zarobić na skarpetkach z Jackiem Sparrowem – ale przy okazji skupia się na tym, aby nakręcić film, jaki prawdopodobnie sam chciałby obejrzeć. Udaje mu się uchwycić luz i spontaniczność z wczesnych produkcji Lucasa czy Spielberga. Nie twierdzę, że Guardians to poziom Gwiezdnych Wojen, ale jeżeli chodzi o operowanie tymi samymi założeniami, które złożyły się na ich sukces, to Gunn dystansuje wielu teoretycznie bardziej utytułowanych reżyserów.

Po cichu liczę na to, że może powstawać więcej filmów, które będą utrzymane w duchu Kina Nowej Przygody. W mniej groteskowej formie, z lepszymi bohaterami, których da się lubić. Mieszające humor z akcją prowadzącą nas od punktu A do punkty B, ale w taki sposób, że siedzimy na brzegach swoich foteli. Przypomnijcie sobie, co złożyło się na sukces pierwszego filmu z serii „Mumia”? Porównajcie sobie to, co znajduje się w tym filmie z wcześniej opisanymi zasadami i w zasadzie wszystko staje się jasne. Kino rozrywkowe ma bawić, ale przy okazji nie traktować nas jak imbecyli. Jeżeli tylko twórcy będą o tym pamiętać, to możemy liczyć na więcej filmów pokroju „Strażników Galaktyki”. Nie będących przedstawicielami kina wybitnego, ale za to wybitnie przyjemnego w odbiorze.