Wiele wody w Wiśle musiało upłynąć, aby pojawił się film z Loganem w roli głównej, który zwyczajnie da się oglądać. Bez bólu zębów, bez problemów gastrycznych. Ba, nawet bez przysypiania. Żeby do tego doszło musiało się wydarzyć kilka rzeczy. Przede wszystkim te – kolejność przypadkowa:

  • Dwóch istotnych dla filmowych historii o mutantach aktorów musiało rozstać się tym filmem z rolami, z którymi kojarzą ich miliony.
  • “Deadpool” musiał zarobić setki milionów dolarów.
  • 20th Century Fox musiało przestać się wtrącać, co powinniście odczytać jako:

    Dobra James, nakręć co tam chcesz nakręcić. Damy ci trochę pieniędzy – ale nie za dużo, bo jeszcze ci palma odbije – weź tego starego. Nie wiem, którego, jeden i drugi jest stary. Ten łysy bardziej. Wiesz co. Weź ich obu i niech tam pocharczą, pokaszlą i w końcu kogoś zabiją. Posyp wszystko piachem. Rób, co chcesz. Idź, może nawet ci coś z tego wyjdzie. My tu mamy ważniejsze filmy na tapecie*.

Tylko tyle i aż tyle. Po seansie mogę napisać o “Loganie” jedno…

Nie można było tak od razu?

“Logan” to najlepszy film o X-Men – choć w sumie bez X-Men – od dawna. Ci mniej ortodoksyjni fani powiedzą, że od 6 lat. Ci bardziej ortodoksyjni powiedzą, że od 14. Na pewno jest to najlepszy film solowy jakiego na razie doczekał się Wolverine. Piszę na razie, bo kiedyś ten bohater wróci. Będziemy musieli chwilę ochłonąć, pogodzić się z brakiem Hugh Jackmana, ale ostatecznie Logan znowu pojawi się na wielkim ekranie. Pożegnanie aktora z rolą na szczęście jest godne i warte tego, aby wybrać się z nim w ostatnią podróż.

Bo widzicie, “Logan” to film drogi. Drogi różnie rozumianej, bo każdy z bohaterów filmu ma inny cel. Ten najważniejszy to przekazanie pałeczki kolejnemu pokoleniu. Rozliczenie się z przeszłością i w końcu zaznanie odrobiny spokoju. Głównego bohatera poznajemy w momencie, gdy jest już stary, zmęczony i chory. Okazuje się bowiem, że z wiekiem słabła umiejętność leczenia będąca wynikiem mutacji Logana. Tym samym adamantium, które znajduje się w jego ciele stopniowo zatruwa go i dodatkowo osłabia. W pewnym sensie Logan staje się tutaj symbolem schyłku ery mutantów, którzy przestali się rodzić. Rząd stopniowo wyłapuje tych, którzy jeszcze żyją, więc celem Wolverine’a staje się kupno jachtu, na który ma zamiar zabrać zniedołężniałego Charlesa Xaviera i doczekanie końca żywota gdzieś na środku morza lub oceanu.

Jak wiecie z własnego doświadczenia często nawet drobne plany może pokrzyżować nam coś zupełnie niespodziewanego. Tak też się staje w tym wypadku, gdy realizacja marzenia zostaje uzależniona od ostatniego zlecenia. Takiego, które w równaniu oprócz ucieczki ma też małomówną dziewczynkę. Fabularnie “Logan” nie oferuje niczego wyjątkowo odkrywczego, ale ma jedną przewagę nad większością poprzednich filmów z mutantami. Bohaterowie w końcu ze sobą rozmawiają. Tak normalnie. Wchodzą w interakcje, które mają jakiś sens. Wyrażają emocje i jednocześnie budują postacie dalej. Nadają im wiarygodności. To spora sztuka, bo nawet o tych, które już znamy udaje się powiedzieć coś nowego. Oczywiście fani komiksów wszystko już wiedzą, ale ci, którzy komiksów nie czytają w końcu dostają szansę zobaczyć Wolverine’a w swoim naturalnym środowisku.

Gniew

Jeżeli Logan jest jak dzikie zwierzę, to w filmie Mangolda zostaje wypuszczony z klatki. To, co dzieje się na ekranie w momencie, gdy stary i bardzo zdenerwowany bohater wpada w szał bojowy to jest to, co jest kwintesencją tej postaci. Czysta, nieposkromiona wściekłość wymieszana z bólem i bliznami przeszłości. Kończyny fruwają, krew bryzga na lewo i prawo, a na końcu jedyną stojąc – ledwo, bo ledwo, ale zawsze – sylwetką jest ta należąca do małej kudłatej kulki. No dobra, nie do końca, bo Hugh Jackman nijak nie przypominał komiksowego Wolverine’a, ale chyba wiecie o co mi chodzi. Patrząc na niego odnosiłem wrażenie, że Jackman postanowił wrzucić najwyższy bieg. Ten, którego z różnych przyczyn nie był w stanie wrzucić wcześniej. Ta ostatnia przejażdżka jest momentami dzika i krwawa.

Tak jak Jackman daje upust swojej wściekłości, tak Patrick Stewart grający cierpiącego na demencję starca na wózku postanowił bawić się swoją rolą i niech mnie kule biją wychodzi mu to fantastycznie. Jego dialogi z Loganem są pełne zgryźliwości, strachu, ale i miłości. Szorstkiej, ale jednak. Aktorzy wypadają bardzo dobrze, bo biorąc pod uwagę fakt, że to skromny film to właśnie na ich barkach, a nie speców od efektów specjalnych spoczywa większość ciężaru. Znany z “Narcos” Boyd Holbrook jako Pierce ma więcej charyzmy niż większość czarnych charakterów, których oglądamy w kinie superbohaterskim. Niestety w pewnym momencie zostaje zepchnięty na dalszy plan, ale tych kilkanaście minut na samym początku wystarczy.

Jednak tak naprawdę królową filmu, a może lepiej księżniczką, jest młodziutka Dafne Keen. Obawiałem się, że X-23 wypadnie idiotycznie. Że jej dziecięca wściekłość wzbudzi przede wszystkim uśmiech. Że nie będzie przekonująca. Tymczasem filmowa Laura to taka X-23 jaką chciałem zobaczyć, kiedy czytałem komiksy. Niewinna, ale i śmiertelnie niebezpieczna. Pozbawiona skrupułów, skrzywdzona, smutna i poszukująca odrobiny normalności. Keen nie tylko wychodzi ze swojej roli zwycięsko, ale daje mi też nadzieję, że istnieje świat bez Logana. Zresztą to właśnie z nią w roli głównej zobaczycie najlepsze sceny akcji. Kiedy ona i Logan wspólnie wycinają wrogów w pień ręce same składają się do oklasków. Choreografia tych starć jest naprawdę udana choć wolałbym, aby ujęcia były dłuższe. Zrealizowane w starym stylu bez przeskakiwania od kadru do kadru z różnych ujęć kamer. Choć może przez to straciłyby na dynamice.

Dramat

Dla niektórych może to być szok, ale “Logan” wpada przede wszystkim w tony dramatu, a nie klasycznego kina superbohaterskiego. Wychodzi to filmowi na dobre, bo Mangold jako reżyser świetnie czuje się w tym gatunku, co udowadniał wieloma poprzednimi filmami jak choćby “Przerwaną lekcją muzyki”, “Cop Land” czy “3:10 do Yumy”. Ten ostatni wspominam nie dlatego, że jest tak dobry jak pozostałe, ale przede wszystkim dlatego, że kolejny raz widać jaką estymą Mangold darzy westerny. Jest w nim bowiem scena, w której bohaterowie oglądają niezwykle istotny dla gatunku film “Shane” z 1953 roku. Znany w Polsce jako “Jeździec znikąd”. Dzieło George’a Stevensa było dla westernu ważne, bo zaprezentowało koncept bohatera bez przeszłości, tajemniczego i zmęczonego mściciela, który po skończonej pracy odjeżdża w stronę zachodzącego słońca.

There’s no living with… with a killing. There’s no going back from one. – Alan Ladd jako Shane

To właśnie “Jeździec znikąd” wydaje się największą inspiracją “Logana”. Zakamuflowanego westernu ubranego w szaty kina o zmęczonym superbohaterze. Tempo prowadzenia akcji, etos postaci, konstrukcja filmu i podział na wyraźne różniące się tonacją rozdziały przywodzą na myśl właśnie film Stevensa. Nawet muzyka to potwierdza świetnie korespondując z klimatem filmu. Zresztą, gdy Johnny Cash śpiewa:

You can have it all, my empire of dirt.

to automatycznie wiemy o co chodzi. Jak dobrze ten fragment pasuje do całego filmu. Choć śpiewa tylko w trailerze, to duch Casha unosi się nad całą opowieścią.

Żegnajcie

Powyżej wspomniałem o tempie akcji. I to właśnie do niego mam najwięcej zarzutów. Podstawowy problem jaki mam z “Loganem” to fakt, że całość wygrana jest bardzo nierówno. Pierwszy akt skonstruowany jest w sposób bliski ideałowi. Prezentujący nam świat przedstawiony, bohaterów i stopniowo pompujący akcję do tego stopnia, że oglądamy całość na brzegach foteli. Sama scena pościgu jednym kojarząca się z Mad Maxem, a mi przede wszystkim z wspominanym już westernem, jest małym dziełem sztuki. W pewnym momencie emocje opadają. Roztrzaskują się z hukiem. Aż do finału nie udaje się odzyskać tempa i nerwu, który jest widoczny na początku. To właśnie najdłuższy akt zdaje się być tym, w którym łapałem się na myśleniu, ile jeszcze zostało. Podróż od przystanku do przystanku, ucieczka przetykana refleksją na temat przeszłości.

Oczywiście to się może podobać, ale mimo wszystko czegoś mi tam zabrakło. I nie chodzi mi o akcję, bo ta się pojawia, a bardziej o to, że widać jak film stara się znowu rozpędzić i długo mu się to nie udaje. Aż do wspomnianego finału, który jest zdecydowanie godny uwagi. Dobrze zrealizowany, odpowiednio poprowadzony pod względem tempa aż do zamknięcia historii. Być może finał zyskuje tym, że wcześniej udaje się zejść na nasz, ludzki, poziom, w którym nawet człowiek określany jako broń masowej zagłady marzy o wspólnej kolacji i czystej pościeli. Pojawiają się tutaj głupotki znane z poprzednich filmów o X-Men. Mangold sięga po deus ex machiny na przykład pokroju pewnego zielonego środka. Stoi trochę w rozkroku między dramatem, kinem indie, a klasycznym kinem o superbohaterach.

Finał choć dobrze nakręcony zdaje się być z jednej strony przekazaniem pałeczki kolejnemu pokoleniu, a z drugiej balastem, który jest nieodłączną częścią całego gatunku. Balastem, który szybko niszczy iluzję, że oglądamy neo-western czy postapokaliptyczne kino drogi George’a Millera. Choć może tego chce lud? Nie tyle chleba i igrzysk, co supermocy użytych do dziesiątkowania tych złych.

W ostatecznym rozrachunku “Logan” to po prostu dobry film. Mający swoje wady, ale zdecydowanie lepszy od większości kina superhero. Jest w pewnym sensie symboliczny, bo kończy się pewna epoka. Ludzi, którzy na swoich barkach wprowadzali gatunek na salony, a którzy teraz po dwóch dekadach żegnają się z widzami. Być może jest to też sygnał, że należy wprowadzić nieco urozmaicenia do gatunku, który wkrótce osiągnie punkt krytyczny w postaci “Infinity War”? Może czas w końcu zejść na ziemię? Nawet jeżeli mielibyśmy zrobić to ten jeden, ostatni raz.

* Fragment to tylko moja fantazja na temat wydarzeń, do których doszło za wielką wodą. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób jest zamierzone.