Nazywam się Marcin Tomaszewski i tak, lubię Davida Cronenberga. Lubię go za to, że kręci filmy w stu procentach autorskie. Oryginalne kino, artystyczne, które pewnie dla wielu jest po prostu jakąś dziwną, chorą fantazją. To trochę taki Lynch w wersji lite. Przez to nie zawsze trafia ze spójnością narracji i czasem jego filmy przypominają kościół, w którym nie ma boga. Jest klimat, jest pomysł, ale ostatecznie nie ma w tym za dużo sensu i treści, która zmusi widza do refleksji innej niż zadanie sobie pytania WTF?. To mi nie przeszkadza choć muszę przyznać, że przez “Cosmopolis” nie udało mi się przebrnąć. Za to bez problemu przebrnąłem przez “Mapy gwiazd” i zaraz Wam napiszę dlaczego.

Molestowanie to nowe kazirodztwo

Hollywood. Fabryka Snów. Marzenie prawie każdego aktora. Mityczny dom, w którym wiecznie trwa impreza, koks sypie się z nieba, a kobiety zawsze mają jędrne piersi. Tak przynajmniej wygląda to z zewnątrz. Niestety kiedy posiedzicie w nim trochę dłużej, po tym jak posprzątają wszystkie pokoje, okaże się, że to dom jakich wiele. Z miejscami, w których upycha się niechciane rzeczy. Tymi, których nie chcemy pokazywać naszym gościom. Wstydzimy się ich. Czasem się nimi brzydzimy. Nie będzie wielkim odkryciem, gdy napiszę, że ten raj na ziemi to po prostu zwykłe szambo, w którym tylko najbardziej wytrzymali potrafią utrzymać się na powierzchni. Tysiące utonie w gównie, ale kolejne tysiące z radością do tego szamba wskoczą. I o tym pływaniu i utrzymywaniu się przy życiu jest film “Mapy gwiazd”.

Cronenberg nie ukrywał, że nie jest wielkim fanem kółka wzajemnej adoracji jakim jest Fabryka Snów. Mało tego, on nawet nie ogląda filmów. Przynajmniej tak twierdzi. Dlatego jak mało kto był predestynowany do tego, aby nakręcić zjadliwą i cierpką satyrę na ten słodki kurwidołek w jakim siłą rzeczy przyszło mu od czasu do czasu pracować. Od czasu do czasu, bo “Mapy gwiazd” to pierwszy jego film w karierze, który nakręcił w USA! Klimat jaki tam panuje świetnie podsumował w jednym z wierszy Bertolt Brecht, który napisał tak:

It’s Hell, it’s Heaven: the amount you earn/Determines if you play the harp or burn.

Cronenberg postanowił dokładnie zinterpretować słowa Brechta, bo w jego filmie balansujemy na granicy nieba i piekła. Bohaterowie wydają się przechodzić swobodnie między euforią, szczęściem a narkotycznymi wizjami. Tych ostatnich stopniowo jest oczywiście coraz więcej. W cronenbergowskim Hollywood wszyscy są zepsuci i w jakiś sposób skrzywieni. Rodzeństwo, które żyje w kazirodczym związku i dba o karierę swojego syna. Aktorka, której sława powoli przemija, a dodatkowo próbuje walczyć z demonami przeszłości. Wspomniany syn, który nie radzi sobie ze sławą nastoletniego bożyszcza nastolatek czy lekko wycofany szofer, który oczywiście próbuje swoich sił jako aktor i scenarzysta. Wszyscy chcą i w tym chceniu będą musieli coś poświęcić. Czasem bardzo dużo.

Ma pani duże problemy

Problemy przez wielkie W, bo reżyser jest wyjątkowo bezkompromisowy. Portretuje załamanie nerwowe całego systemu, który tworzony jest przez ludzi. Drwi ze wszystkiego, co się na niego składa. Z języka, zachowania, imprez, ze znajomości. Wreszcie z zakłamania i pogodni za kasą i sławą. Niby banały, ale zawsze powtarzam, że wiele zależy od tego, jak potrafisz banał podać. Nawet z kanapki można zrobić dzieło sztuki. Trzeba tylko potrafić. I Cronenberg potrafi. Może jego kanapka nie będzie podawana w najlepszych restauracjach, ale na pewno dobrze smakuje i nie można się jej wstydzić.

Wszystko za sprawą składników, których użył. Aktorów dobrał bardzo dobrze. Mia Wasikowska, Julianne Moore, Olivia Williams, John Cusack, Robert Pattinson – coraz częściej to piszę, ale on naprawdę potrafi grać – czy młodziutki Evan Bird to kawał świetnej obsady, która dźwiga na swoich barkach temat trudny, bo w końcu wszyscy siedzą w nim po uszy na co dzień. Upodlenie, które obserwujemy z jednej strony wywołuje w nas niesmak, a z drugiej strony pozostawia w dziwnym stanie apatii. Jest nam absolutnie wszystko jedno, co się z nimi stanie. Nawet ten najmniej zaangażowany grany przez Pattinsona kierowca później okazuje się “soczewką” skupiającą w sobie wszystko co najgorsze. Sługę, który obserwuje, wybiera odpowiedni moment, aby manipulować uczuciami innych. Jest gotowy na wiele byle tylko osiągnąć swój cel. Jego smutne, rybie oczy to kolejna maska, którą trzeba ubrać, aby przetrwać.

Cusack jako samozwańczy inżynier dusz bogatych i małostkowych ludzików jest przekonujący i na swój odpychający sposób oślizgły. Znerwicowana Olivia Williams odpalająca papierosa od papierosa czy z pozoru niewinna Mia Wasikowska dopełniają obrazu miejsca, w którym przetrwają tylko najsilniejsi. Zgodnie z teorią Darwina.

A ty na co jesteś gotowy?

“Mapy gwiazd” to celna krytyka branży, którą ogląda się bardzo dobrze i choć momentami dociągnięta jest do granic absurdu, to nie odnosimy wrażenia, że wydarzenia na ekranie nie mogą mieć miejsca. W końcu co chwilę w prasie kolorowej i na plotkarskich serwisach czytamy o romansach, morderstwach i odwykach gwiazd. Musicie wziąć jednak poprawkę, że wielu z Was ten film odrzuci, a może uznacie go wręcz za bełkotliwy. W końcu tak jak napisałem na wstępie Cronenberg jest reżyserem specyficznym, którego albo się lubi, albo zamyka w ciemnej piwnicy.

Siłą rzeczy jest to smutny film o smutnych ludziach, którym czasem, od tego wszystkiego w czym muszą się babrać, mieszają się maski. Przez to zdarza im się umrzeć ze sztucznym uśmiechem na twarzy.