Kiedy zaczynałem trzy lata temu zbierać w serię tekstów najlepsze książki fantasy oraz najlepsze komiksy wiedziałem, że na tym się nie skończy. Nie może, biorąc pod uwagę, że nie tylko komiksami i książkami oddycham. Tak naprawdę od dłuższego czasu myślałem jaką nową serię tekstów wprowadzić na salony, ale ciągle było coś ważniejszego. Odciągałem publikację, ale w końcu jest. “Wojna moja miłość” wbrew tytułowi nie będzie wariacją na temat przygód Krystyny Skarbek. Będzie to seria tekstów z filmami wojennymi, które moim skromnym zdaniem warto obejrzeć. Dlaczego filmy wojenne? Żeby to wyjaśnić musimy się cofnąć w czasie o kilkanaście lat.

TVP 2

Był taki okres w historii drugiego kanału Telewizji Polskiej, że po godzinie 22:00, konkretnie po 22:30, bo wtedy kończyła się “Panorama”, emitowano co tydzień jeden film wojenny. Młody, ale już nie bardzo młody, Marcin siadał więc co tydzień przed telewizorem delektując się najwyższych lotów kinem batalistycznym. Czegoż ja dzięki TVP 2 nie obejrzałem. Od Stone’a po Kubricka. Od II wojny światowej po wojnę w Wietnamie. Ukochałem sobie ten gatunek filmów nie tylko dlatego, że czerpię chorą satysfakcję z oglądania cierpienia ludzi rozrywanych pociskiem artyleryjskim, ale dlatego, że od podstawówki moją pasją jest historia. Tego być może o mnie nie wiedzieliście, ale już wiecie. Dlatego tak często męczę Was przenoszeniem się w czasie i wspominkami klasyki, która czasami nikogo już nie obchodzi.

Nadal nie przepuszczam żadnemu tytułowi, który traktuje o wojnie, a o rozpoczęciu kolejnej serii tekstów zadecydowałem po seansie “Przełęczy ocalonych” Mela Gibsona, który to opowiedział nieprawdopodobną, a jednak prawdziwą, historię Desmonda Dossa. Zapewne nie odkryję przed Wami nowego lądu na kinematograficznej mapie świata. Być może niektórzy się ze mną nie zgodzą. Nawet mam taką nadzieję. Jednak bez względu na wszystko uznałem, że po prostu chcę o tym napisać. Chcę co jakiś czas podrzucać kilka tytułów, które warto sprawdzić. Bo może ktoś czegoś nie widział. Może nie wie, że warto. Jeżeli jesteście gotowi do wspólnej podróży przez filmowe pola walki, to zapnijcie pasy. Dezerterów rozkażę rozstrzelać. Jak zwykle kolejność prezentowania tytułów jest przypadkowa. Nie wartościuję filmów i nie układam ich na listach w z góry określonej kolejności, bo dlaczego “Szeregowiec Ryan” ma być lepszym filmem wojennym niż “Okręt”? Wybór powstał w oparciu o mój gust i wspomnienia. Ważne jest również to, że aby film się w ogóle pojawił uznałem, że najlepiej będzie, jeżeli:

  • Akcja filmu będzie się rozgrywać między początkiem XX wieku, a czasami nam współczesnymi.
  • Faktycznie pokazuje jakiś konflikt zbrojny i działania wojenne, a nie jest tylko akcję osadzoną w okresie danego konfliktu.

Stąd wielu filmów, w których zobaczycie wojnę, w cyklu nie zobaczycie.

Idź i patrz
Fot. “Idź i patrz”

“Idź i patrz” (1985), reż. Elem Klimow

Z czym kojarzy się Wam wojna? Bo mi przede wszystkim z chaosem, rozlewem krwi, cierpieniem i często niczym nieusprawiedliwionym okrucieństwem. To wszystko i jeszcze więcej oferuje film, który autentycznie wyrwał mnie z kapci. “Idź i patrz” Elema Klimowa to obraz, który ciężko się ogląda, ale nie dlatego, że to zły film, a dlatego, że jest przejmujący i na stałe zostawia w psychice rysę, którą bardzo ciężko się pozbyć. Czytałem kiedyś, że jest to jeden z niewielu filmów wojennych w historii kina, który według weteranów najlepiej oddaje to czym naprawdę jest wojna. Bez koloryzowania, fantastyki, romantyzmu. Brud, głód i śmierć. To jest wojna i to jest film “Klimowa”. Nawet tytuł jest tutaj symboliczny, bo nawiązuje do “Apokalipsy według świętego Jana”. Dokładnie do tego fragmentu:

A gdy otworzył czwartą pieczęć, słyszałem głos czwartego zwierzęcia mówiącego: Chódź, a patrzaj… – tłumaczenie Jakuba Wujka

Klimow sięgnął w nim po wojenne wspomnienia klasyka literatury białoruskiej, Alesia Adamowicza. Adamowicz opisuje w nich eksterminacje ludności cywilnej, której dokonywały wojska III Rzeszy na terenie Białorusi. Wszystko po to, aby uderzyć w partyzantów. “Idź i patrz” to “horror”, którego oglądanie sprawia fizyczny ból. Jednocześnie pomimo całego okrucieństwa nie można oderwać od niego wzroku i przestać myśleć o tym, że prawdziwe piekło zgotowaliśmy sobie wiele razy. Symptomatyczne jest to, że aż do śmierci Klimow nie nakręcił już żadnego filmu. “Idź i patrz” było jego ostatnim dziełem, bo jak sam mówił w tym filmie powiedział już wszystko, co chciał powiedzieć.

W księżycową jasną noc
Fot. Fragment plakatu do filmu “W księżycową jasną noc”

“W księżycową jasną noc” (1992), reż. Keith Gordon

Świetny film, ale odnoszę wrażenie, że często jest pomijamy, gdy ktoś gdzieś tam w Internecie tworzy swoją listę najlepszych filmów wojennych. “W księżycową jasną noc” powstało na podstawie książki Williama Whartona pod tym samym tytułem. Fabuła w skrócie prezentuje się tak, że podczas ofensywy w Ardenach w 1944 roku grupa amerykańskich żołnierzy trafia na oddział wroga, który podobnie jak oni wcale nie pali się do walki. Zagubieni w chaosie wojny żołnierze postanawiają, że wolą się poznać miast walczyć na śmierć i życie. Spędzają razem Boże Narodzenie i wszystko mogłoby być wspaniale, gdyby nie to, że wojna i ludzka natura rządzą się swoimi prawami. Powieść Whartona ma wydźwięk antywojenny i taki jest też film Gordona. Pełen wydarzeń, które mogą wydać się absurdalne. Wszystko po to, aby pokazać nam absurd wojny. Oczywiście ocena jakości filmu może się zmienić, gdy ktoś czytał wcześniej powieść – bardziej refleksyjną, pełniejszą o przemyślenia bohaterów – ale to tylko dowód na to, że czasami filmy i książki lepiej oceniać w oderwaniu od siebie. Bez szukania na siłę punktów wspólnych, bo wizja pisarza i reżysera nie musi być tą samą wizją. Jako samodzielne dzieło “W księżycową jasną noc” sprawdza się świetnie, jako ekranizacja książki niekoniecznie, jeżeli ktoś liczy na bardzo wierną adaptację.

Parszywa dwunastka
Fot. Fragment plakatu do filmu “Parszywa dwunastka”

“Parszywa dwunastka” (1967), reż. Robert Aldrich

To jeden z pierwszych filmów wojennych jakie obejrzałem w swoim życiu. Nie pamiętam, ile miałem dokładnie lat, ale do dzisiaj pamiętam emocje jakie mi towarzyszyły. Przecież już sam pomysł był tak genialnie prosty. Oto rodzi się koncepcja, aby ze zgrai kryminalistów sformować oddział straceńców. Oddział, który miał się zająć najniebezpieczniejszymi misjami, po którym w razie niepowodzenia nikt specjalnie płakać nie będzie. W filmie Aldricha pojawia się zastęp twardych mężczyzn z Lee Marvinem, Charlesem Bronsonem i Tellym Savalasem na czele. Choć sam film jest w swej konstrukcji jest dość nietypowy, bo przecież większość akcji wcale nie pokazuje konkretnych działań wojennych, a to, jak powstawał tytułowy oddział. Nie zmienia to jednak faktu, że aktualnie to jeden z najcieplej wspominanych przeze mnie filmów wojennych. Momentami groteskowy obraz narodzin męskiej przyjaźni i oddania. Kontynuacje niestety już tak dobre nie są.

Cienka czerwona linia
Fot. Kadr z filmu “Cienka czerwona linia”

“Cienka czerwona linia” (1998), reż. Terrence Malick

Od lat nie mogę podjąć decyzji, który film wojenny uznaję za swój ulubiony, bo konkurencja jest olbrzymia. Jednak, kiedy w ogóle próbuję ustalić jakąś kolejność, to “Cienka czerwona linia” jest bardzo, bardzo wysoko. Malick choć nie unika scen batalistycznych w swoim filmie skupił się, podobnie jak autor powieści James Jones, na tym, co dzieje się wewnątrz duszy żołnierza. To nie walka i śmierć jest najważniejsza, ale to co dzieje się żołnierzami po tym, gdy zamilkną działa. To interesujący film antywojenny, a tych pojawi się na liście wiele, który pokazał wojnę jak coś, co może nie tyle nie ma żadnego znaczenia, co jest kompletnie bez sensu. Mało tego, to film nawet nie tyle o wojnie, co o człowieku. O naszej naturze, o reakcjach, o obserwacjach. O konsekwencjach czynów, które przez chwilę wydają się czymś naturalnym, ale później tracą na znaczeniu. Po co to wszystko? Dla kogo przelewam krew? Dlaczego? Co z tego wynika? Jak to się wszystko kończy? Co ja tu kurwa robię? “Cienka czerwona linia” kontempluje konflikt zbrojny i jego następstwa. Uwielbiam do niego wracać, bo potwierdza moje zdanie, że jesteśmy malutcy. Jedno z arcydzieł na liście reżysera, który czasami odlatuje, ale tutaj mimo wszystko stąpa twardo po ziemi.

Eroica
Fot. Kadr z filmu “Eroica”

“Eroica” (1957), reż. Andrzej Munk

Pewnie spodziewaliście się, że w pierwszej części z polskich filmów pojawi się “Kanał” Andrzeja Wajdy. Spokojnie, pojawi się, bo to arcydzieło, ale nim to nastąpi zwracam uwagę na inny cymes. Ten autorstwa Andrzeja Munka. “Eroica” staje w kontrze to naszego narodowego romantyzmu. Tutaj bohaterowie nie są typami do naśladowania, inspiracją do peanów na cześć bohaterstwa. Mamy za to ludzką głupotę, tchórzostwo, absurd i sporo przypadku. To film wyjątkowy nawet nie poprzez to, jak ukazuje konkretne wydarzenia, ale nawet pod względem konstrukcji. W końcu to tak naprawdę dwie historie wsadzone w jeden film. Munk nie szydzi w nim z bohaterów, ale pokazuje kilka istotnych rzeczy:

  • Bohaterstwo nie musi być związane z wielkimi czynami.
  • Wielkich czynów nie muszą dokonywać krystalicznie czyste jednostki.
  • Światem rządzi przypadek. Bohaterami również.
  • Resztę radośnie dopowiadamy sobie sami.

No i na koniec jeszcze ważna rzecz, mit to nie jest rzeczywistość. To coś, co chcielibyśmy, aby miało miejsce. Mamimy się nimi, bo tak jest łatwiej, tak jest lżej. Myśleć, że w najbardziej dramatycznej sytuacji znajdzie się jakiś dzielny rycerz na białym koniu. Nie znajdzie. Chyba, że jakiś cwaniak przez przypadek zostanie bohaterem.

 

W tej odsłonie to wszystko. Dlatego uprzedzając pytania, gdzie reszta wartych uwagi filmów odpowiadam, że pojawią się kolejnych częściach. Oczywiście swoje propozycje możecie wpisywać w komentarzach. Bo czemu nie.