Wow. Po prostu wow. Rzadko zdarza się serial, który robi na mnie takie wrażenie, że oglądając jeden odcinek trwający prawie dwie godziny mam ochotę oglądać następny. Cóż z tego, że kolejnego dnia należy udać się do pracy, aby w pocie czoła zarabiać na opłacenie abonamentu radiowo-telewizyjnego. Wszak sen jest dla słabych i wyśpię się po śmierci. Tak moi drodzy “Most nad Sundem” lub pozostając wiernym oryginałowi “Bron/Broen” to kwintesencja skandynawskiego kryminału. Coś od czego nie mogłem się oderwać i teraz po obejrzeniu trzech sezonów smutno mi, że to na razie koniec.

Jeden most, by wszystkich połączyć

Każda świetna historia musi się gdzieś rozpocząć. Ta z “Mostu nad Sundem” zaczyna się – nie zgadniecie – na moście, który łączy Danię ze Szwecją. Na granicy przebiegającej przez wspomniany most policjanci odkrywają ciało kobiety. Śledztwo mające na celu ustalenie co się z nią stało przypada parze policjantów. Szwecję reprezentuje Saga Norén. Danię Martin Rhode. Para uzupełniająca się niczym Ying i Yang, ale nim krzykniecie, że wszystko już było poczekajcie i dajcie mi wyjaśnić, że w tym serialu bohaterowie nie są tacy jak w innych produkcjach.

Most nad Sundem – wantowy most drogowo-kolejowy o długości 7845 m, przebiegający nad cieśniną Sund, łączący stolicę Danii – Kopenhagę ze szwedzkim Malmö. Najdłuższy na świecie most łączący dwa państwa.

Martin Rohde to skuteczny policjant i inteligentny detektyw, jednak ma pewne skazy, które sprawiają, że daleko mu do idealnych, wymuskanych stróżów prawa z seriali prezentowanych na przykład w USA. Jest słaby, zawistny, brutalny. Jednocześnie kocha, ale i krzywdzi tych, na których zależy mu najbardziej. Trochę jak Luther, ale tylko trochę, bo Martin jako postać jest dla mnie bardziej wiarygodny. Grający go Kim Bodnia sprawił, że polubiłem tego bohatera do tego stopnia, że choć wiedziałem, że bywa kawałem skurczysyna, to przez to, że cierpi jestem mu w stanie wiele wybaczyć. Swoją drogą przez połowę pierwszego sezonu zastanawiałem się, gdzie widziałem tą szczerą i oddaną twarz. Okazało się, że Bodnia to nikt inny jak dealer Frank ze świetnego “Dealera” w reżyserii  Nicolasa Windinga Refna. Jego kreacja jest naprawdę przekonująca, a chemia jaka wytworzyła się między nim, a grającą Sagę Sofią Helin sprawia, że nie mogłem oderwać wzroku od tej dość osobliwej pary.

Most nad Sundem
Saga już wie

Osobliwej, bo centralną postacią “Mostu nad Sundem” – oprócz mostu rzecz jasna – jest właśnie Saga. I tu sprawa się komplikuje i zmienia postać rzeczy z postać na poleżeć. Saga jest inna. Ta inność przejawia się w zachowaniu, wyrazie twarzy i sposobie w jaki zwraca się do wszystkich, z którymi wchodzi w interakcje. Choć nie jest to powiedziane wprost, to wszystko wskazuje na to, że cierpi na zespół Aspergera. Jej szczerość tnie niczym nóż. Nie oszczędza nawet tych, którzy cierpią po stracie najbliższych. Zabójczo wręcz skuteczna jako detektyw jest społecznie nieporadna. Nie potrafi rozpoznać ironii, nie uśmiecha się, a tym samym trudno oczekiwać, aby żartowała. Wszystko rozumie dosłownie. Skrzywdzona, wycofana, traktująca seks z drugą osobą jak czynność fizjologiczną. Na pierwszy rzut oka odpychająca, ale jednocześnie fascynująca i pociągająca. Człowiek zachowujący się jak android, który wie, że nie pasuje do społeczeństwa, ale jednocześnie nie czuje się od innych gorszy.

Zespół Aspergera – Zaburzenie to obejmuje przede wszystkim upośledzenie umiejętności społecznych, trudności w akceptowaniu zmian, ograniczoną elastyczność myślenia przy braku upośledzenia umysłowego oraz szczególnie pochłaniające, obsesyjne zainteresowania, natomiast rozwój mowy oraz rozwój poznawczy przebiega bardziej prawidłowo w porównaniu do autyzmu dziecięcego. Głównymi kryteriami różnicującymi zespół Aspergera od autyzmu głębokiego są brak opóźnienia rozwoju mowy i innych istotnych jej zaburzeń uniemożliwiających logiczną komunikację, prawidłowy rozwój poznawczy.

Smutno tu i mokro

Saga to chyba jedna z najbardziej interesujących kobiecych postaci jakie można obejrzeć we współczesnej telewizji. Nie jest damą w opałach. Nie jest dodatkiem dla męskiego bohatera. Nie jest też obiektem wiecznej seksualizacji. Oczywiście seriali z kobietami w roli głównej jest sporo, ale bardzo często – szczególnie w tych produkowanych za wielką wodą – seks i wątki romantyczna traktowane są stereotypowo. Tutaj też są obecne, ale przez to jaka jest Saga i jacy są też pozostali bohaterowie wypada do po prostu świetnie. Nie ma tu dialogów o niczym. Jest za to dużo realizmu nie tylko w sposobie prezentowania akcji, ale też ludzkiego ciała. Bo ci, którzy pojawiają się na ekranie nie są modelami z pierwszych stron kolorowych czasopism. To “zwykli” ludzie. Ani przesadnie piękni, ani odpychająco brzydcy. Normalni. Sama Saga choć przez trzy sezony pozostaje sobą, to jednocześnie zdaje się zmieniać. Poznajemy ją bliżej i szybko orientujemy się, że ją też można zranić, a pod skórą targają nim bardzo silne emocje.

Most nad Sundem
Wesołe zwierzątka z sezonu drugiego

Serial wyróżnia się kompozycją. Bo choć jest to przede wszystkim kryminał, to przy okazji stara się skomentować ważne – nie tylko dla Szwedów i Duńczyków – sprawy społeczne. Przede wszystkim w pierwszym sezonie, który punktuje każdego z nas. Bez względu na miejsce, w którym mieszkamy. Scenarzyści świetnie przeplatają między sobą wątki kryminalne z osobistymi problemami bohaterów. W odpowiednim momencie wprowadzają postacie tylko pozornie nieistotne dla dalszego rozwoju fabuły. Jestem zaskoczony jak misternie wszystko jest tam przemyślane. Jak do siebie pasuje i jak ostatecznie okazuje się mieć znaczenie dla dalszego rozwoju wydarzeń. Nawet ten cholerny tytułowy most nie tylko jest miejscem, w którym zawiązuje się akcja dwóch pierwszych sezonów, ale przede wszystkim jest bramą łączącą dwa światy. Światy pozornie do siebie podobne. Jest jak niemy obserwator. Punkt, do którego chcąc nie chcąc ostatecznie trafisz, gdy przyjdzie ci podejmować ważne decyzje.

Znam już Sagę całkiem dobrze. Jednak początek był trudny. To było jak wywrócenie mojego mózgu na lewą stronę, nagle zrozumiałam jak ona myśli i teraz słyszę ton jej głosu. – Sofia Helin o swojej postaci w wywiadzie dla Independent

Nie ma litości

Oprócz klimatu, bohaterów, precyzji z jaką nakręcono serial jest jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że “Most nad Sundem” wprawił mnie w osłupienie i zachwyt. Fakt, że scenarzyści nie pierdzielą się w tańcu. Nie biorą jeńców – w tym miejscu musiałbym zdradzić kilka rozwiązań, które postanowili wykorzystać, ale nie mogę zabrać Wam przyjemności obcowania ze scenariuszem. W skrócie napiszę tylko, że tam, gdzie większość scenopisarzy sięga po przewidywalne zakończenie jakiegoś wątku scenarzyści “Mostu nad Sundem” robią wszystko po swojemu. Owszem, niektóre zabiegi jesteśmy w stanie przewidzieć, jeżeli uważnie oglądamy i potrafimy wyciągać wnioski, ale jest tam też sporo takich, które sprawiają, że wszystko co obejrzałem dotychczas wydaje się miałkie i bez pomysłu.

Nawet po rozwiązaniu głównej zagadki coś dzieje się dalej. Nie jesteśmy zostawieni z poczuciem, że główna sprawa zamyka wszystkie drzwi i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Ci, którym udało się przeżyć. Zresztą nawet jak próbowałem znaleźć jakieś większe luki w fabule wszystkich sezonów to zwyczajnie nie potrafię. Są pewne nielogiczności i momenty, które można uznać za chwile przestoju. Nawet “The Wire” czy “Breaking Bad” je miały. Tak, “Most nad Sundem” dobił do grupy najlepszych seriali jakie dotychczas oglądałem.

Most nad Sundem
Brak mi słów

Z mojego zachwytu wyłania się obraz serialu idealnego. Nie dajcie się jednak zwieść. Nie ma takich seriali. Może tak polubiłem “Most nad Sundem” przez to, że jest inny od hurtowo wypuszczanych produkcji policyjnych i stąd przez tą inność podchodzę do niego z większym entuzjazmem. Na pewno cała produkcja wpisuje się w mój gust, a jak wiecie uwielbiam seriale kryminalne z wyrazistymi bohaterami, ale przy okazji takimi, którzy nie wydają się oderwani od rzeczywistości. Wystarczy wymienić fantastyczne “River” czy “Happy Valley”. Jest spora szansa, że wielu z Was sięgając po niego po tak entuzjastycznej opinii uzna, że uderzyłem się w głowę. Mocno. Nie mogą znieść Sagi, odcinki dłużą się, akcja prowadzona jest powoli, metodycznie i do celu, ale mimo wszystko inaczej niż ma to miejsce w serialach amerykańskich. Jest taka szansa, ale mimo wszystko zacznijcie. Wytrwajcie, bo warto. Ja już wiem, że jak pojadę do Kopenhagi to muszę przejechać przez most nad Sundem. Dotknąć miejsca, które sprawiło, że choć na chwilę odebrało mi mowę.