Kiedy pisałem na temat “Pory na przygodę” – co miało miejsce w maju ubiegłego roku – obiecałem, że na łamach bloga będą pojawiać się teksty na temat animacji. No i będą. Zajęło mi to prawie rok, co przy okazji nie świadczy o mnie najlepiej, ale jest. I to nie byle co jest, bo tekst, który obficie podlano posoką z krwawiącego mięśnia sercowego. Krwawiącego, bo pewnie część z Was tego nie zauważyła, ale pod kilku latach z telewizji zniknął jeden z najlepszych i najmądrzejszych seriali animowanych. “Wodogrzmoty Małe” albo jak wolicie oryginalne tytuły “Gravity Falls” to coś więcej niż serial. To doświadczenie.

Animowane dzieciństwo

Disney miał ostatnio świetną passę. Zarówno w temacie seriali – bo przecież jest “Star Wars: Rebels” – jak i filmów, aby wymienić tylko “Krainę Lodu”, która sprawia, że jak słyszę “mam te moc” lub “ulepimy dziś bałwana” to mam ochotę wydrapać sobie nerkę łyżeczką. Wynika to oczywiście z tego, że razem z córką oglądałem ten film tyle razy, że w sumie znam go już na pamięć. Oddajmy cesarzowi, co cesarskie. Bez względu na moje narzekanie, to świetny film. Jednak obok takich gigantów jak produkcje Marvela czy Gwiezdne Wojny jest ktoś, kto przy nich wygląda jak mała myszka, ale wierzcie mi, że ta mysz potrafi ryczeć głośniej od lwa. Chodzi o serial stworzony przez Alexa Hirscha. Serial wyjątkowy, bo oglądając go na drobną chwilę znowu czułem się dzieckiem, a to w przypadku zgrzybiałego starca jakim jestem jest rzeczą bezcenną. Rzecz bowiem w tym, że “Wodogrzmoty Małe” to z jednej strony serial dla dzieci, ale z drugiej jest to coś więcej. Podobnie jak ogry dzieło Alexa Hirscha ma warstwy. Im jesteś starszy tym więcej warstw odkryjesz. Dlatego przyszedł czas na prostą zagadkę, co Wam mówi ten screen:

Wodogrzmoty Małe
Podpowiedź – już gdzieś to widzieliście

Podobnych przykładów jak ten powyżej jest więcej. Wynika to z tego, że twórcy nie starali się myśleć czy robią serial dla młodego widza, czy jego rodziców. Zasada im przyświecająca zakładała tworzenie tego, co jest dobre i sami mogliby polubić.

Zasadniczo mamy jedną podstawową zasadę, “rób to, co sam lubisz”. Myślę, że jak zaczynasz myśleć o demografii i myślisz “w sumie ja tego nie lubię, ale komuś innemu się spodoba”, to nie ma szans na powodzenie. W pokoju wiemy, co kogo bawi. Wiemy jakie pytania potrzebują odpowiedzi. Nie potrafię wejść do głowy innej osoby. Jedyną opcją, aby zrobić coś wysokiej jakości jest zrobić coś, co kocham. Wyszło, bo jestem dorosłym dzieckiem, zarówno mężczyźni jak i dzieci myślą podobnie do mnie. – jego wysokość Alex Hirsch

Z podobnego założenia wychodził twórca wspominanej na samym początku “Pory na przygodę”. Pendleton Ward dzięki temu, że przelewał swoje fascynacje, ale i lęki, do scenariuszy stworzył rzecz wyjątkową. Wiem, że to banał, ale cholera, jak wszyscy wokół Was mówią, że tylko w ten sposób jesteśmy w stanie stworzyć coś godnego uwagi, a przede wszystkim szczerego, to chyba coś w tym jest. Prawda?

Dlatego kontakt z “Gravity Falls” sprawia, że można to porównać do momentu, gdy w wakacje wyjeżdżałem na wakacje do mojej babci. Mieszka w Gołdapi, która dla smarka jakim byłem wydawała się zupełnie innym światem. Sam fakt wyjazdu był ekscytujący, bo raz w roku na kilka tygodni spotykaliśmy się z moim bratem z ludźmi, z którymi toczyliśmy wyimaginowane wojny, budowaliśmy domy, hodowaliśmy żaby, szlajaliśmy się po bagnach. Spędzaliśmy tam najlepsze tygodnie naszego dzieciństwa. “Wodogrzmoty Małe” są taką podróżą do Gołdapi. Moją podróżą, ale mogą być nią i dla każdego z Was. To animowane wspomnienie dzieciństwa, które jest:

  • Zabawne,
  • Mądre,
  • Tajemnicze,
  • Straszne.

Serial Hirscha bywa straszny – choć wszystko zależy od tego, ile macie lat – ale wszystko odbywa się w rozsądnych ramach. Choć Disney potrzebowało czterech lat, aby wyemitować raptem dwa sezony serialu – łącznie 40 odcinków – to tak naprawdę gdyby nie studio ten serial pewnie w ogóle by nie powstał. A może powstałby, ale nie wiadomo kiedy. Wszystko przez to, że to właśnie przedstawiciele Disneya zauważyli Alexa Hirscha, który świeżo skończył studia.

Disney zwrócił się do mnie po tym, jak skończyłem CalArts. Widzieli moją pracę i powiedzieli “rzuć nam pomysł na serial dla dzieci”. Nie miałem żadnego. Nie wiedziałem nawet, czy chcę pracować w przemyśle rozrywkowym dla dzieci, ale uznałem, że spróbuję. Kiedy miałem dwanaście lat, to o czym myślałem. Jeżeli miałbym zrobić serial dla dwunastoletniej wersji siebie, to co by to było? Pomyślałem więc o tym, że jako dziecko miałem obsesję na punkcie UFO. Dorastałem w latach 90., więc w czasach “Z archiwum X”. Mieliśmy seriale takie jak “Unsolved Mysteries”, a ja byłem zwariowany na punkcie zadawanych tam pytań.

Jak pomyślał tak zrobił. Pokazał wysłannikom Disneya trwający jedenaście minut “prototyp”. Gigant połknął haczyk. A same “Wodogrzmoty małe” stały się animowanym amalgamatem popkultury końca lat 80. i szalonych lat 90. XX wieku.

No dobrze Marcin, ale o czym te całe “Wodogrzmoty Małe” w ogóle są?

W skrócie fabuła wygląda tak: bliźniaki Dipper i Mabel Pines wyjeżdżają latem zamieszkać u swojego stryjecznego dziadka (a może ciotecznego, nie pamiętam), Grunkle Stana. Był z niego lata temu niezły rozrabiaka. Na stare lata osiadł w tytułowej miejscowości, która jak się okazuje ma swoje tajemnice. Dipper znajduje dziennik, w którym wiele z nich jest opisane i tak zaczynają się szalone przygody rodzeństwa, które na swojej drodze spotyka potwory, doświadcza magii, a nawet poznaje społeczność istot zamieszkujących pole do mini golfa. Jednym słowem dzieje się. Dzieje się na całego.

Siłą napędową serii – oprócz tajemnic – jest relacja między Dipperem i Mabel. Na szczęście dla nas – a w szczególności mojego zdrowia psychicznego – Hirsch nie zaprezentował nam klasyki polskiego jazzu w postaci rywalizacji rodzeństwa. Bardziej przypominają dziecięce wersje Muldera i Scully. Oczywiście pod warunkiem, że Scully bardziej od nauki i racjonalnych wyjaśnień ceniła piękne ciuchy i swoją świnkę. Dipper jest w tej parze nerdem, ale jako bohaterowie pełnią równorzędną rolę, a ich relacja jest niezwykle naturalna. Po pierwsze dlatego, że Hirsch bazował na własnych doświadczeniach z rodzeństwem – ma siostrę bliźniaczkę, przypadek? – a po drugie, bo trzymał się kilku żelaznych zasad:

  • Dzieciaki się lubią, zawsze, bez względu na to, jak mocno działają sobie na nerwy.
  • Mabel nie jest głupia, po prostu lubi się wygłupiać i skupiać na sobie uwagę.
  • Dipper jest mądry, ale nie jest jak kalkulator.
  • Znają się jak łyse konie.
  • Zbliżają się do siebie w sytuacjach nowych, momentach niepewności, czyli wtedy, gdy naprawdę się potrzebują.
  • Dipper chce dorosnąć, a Mabel jeszcze nie.

Tych kilka przykazań sprawia, że całość jest spójna. Dorzucając do tego mistrza przekrętów, czyli Grunkle Stana i kilku innych bohaterów – Soos na przykład – otrzymujemy zestaw, który działa idealnie. To z kolei prowadzi nas do kolejnej kwestii. “Wodogrzmoty Małe” są po prostu fantastycznie napisanym serialem. Kiedy piszę fantastycznie, to mam na myśli FANTASTYCZNIE. Pod względem narracji, spójności historii, rozwoju bohaterów i kilku innych elementów prześcigają wiele “dorosłych” produkcji. Choć każdy odcinek opowiada swoją małą historię, to przy okazji nie traci z oczu głównego wątku. Tej wielkiej tajemnicy, która ma zostać rozwiązana. Gdybym miał się posługiwać analogią, to “Wodogrzmoty Małe” robią to, co seriale takie jak “Z archiwum X”. Tylko że kilka klas lepiej. Nie tworzyłem nigdy serialu, ale trochę ich obejrzałem i wiem, jak bardzo twórcom przez kilka sezonów wątki rozłażą się gorzej niż szwy w przymałej sukience. Tu udało się utrzymać poziom od początku do końca. Ma swoją mitologię, easter eggi, wspomniane nawiązania do popkultury i tonę mądrości na temat nas samych.

Nie musisz wszystkiego cukrować dla dzieci. Jeżeli tworzyć coś szanując ich inteligencję zrobią coś, co cię zaskoczy. – Tak, to też Alex Hirsch

Dodatkowo serial kończy się po dwóch sezonach nie dlatego, że nikt nie chciał go oglądać, ale dlatego, że rozciąganie całej historii ponad miarę było bez sensu. Jak mówią słowa piosenki, trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym.

Gravity Falls
Wow!

Bo w życiu liczy się zabawa

To, co nam umyka w życiu – uwaga, Marcin zaczyna pieprzyć o życiu i emocjach – to fakt, że tak bardzo fiksujemy się na przykład na tym, aby być coraz lepszymi, aby spełniać oczekiwania innych, że zapominamy, iż życie to nie tylko praca i kolejne zera na koncie. To przede wszystkim zabawa, a w zasadzie pozwolenie sobie na zapomnienie. Na pielęgnowanie dziecka, które gdzieś w każdym z nas jest. Ja mam łatwiej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ostatnio stojąc w pracy zaczęliśmy ze znajomymi rozmawiać na temat figurek i nagle zobaczyliśmy małego Groota w doniczce, który tańczy, śpiewa i świeci. Ponad trzydziestoletnie chłopy uznają, że fajnie byłoby mieć takiego Groota. Mój wewnętrzny dzieciak krzyczy nawet w tej chwili, gdy piszę te słowa. Przygody Dippera i Mabel uczą nas jeszcze kilku rzeczy. Głównie tego, że dorastanie nie musi wiązać się z tym, że zapomnimy o swojej przyszłości oraz, że można stworzyć świetny serial bez ładowania się na bandę i wulgarnych zagrywek.

Jeżeli to jeszcze Was nie przekonało do oglądania “Wodogrzmotów Małych”, to ja nie wiem, co może sprawić, że zmienicie zdanie. Obudźcie swoje wewnętrzne dziecko. Bądźcie szczęśliwsi. Nawet jeżeli potrwa to tylko dwadzieścia minut dziennie. Działa.

PS. Na “Wodogrzmotach Małych” na pewno nie poprzestanę. Spodziewajcie się więcej. Kiedy? Nie wiem, ale kiedyś na pewno. Mamy cały czas tego świata.