Wiele miesięcy temu, a może i lat, moja koleżanka popełniła tekst o pseudonimach, z których korzystali słynni pisarze. Opisała tam najbardziej znane przypadki i wyjaśniła, dlaczego w ogóle z tych pseudonimów korzystali. Ukrywanie się pod innym imieniem i nazwiskiem jest charakterystyczne dla literatury i muzyki, ale jak się okazuje również dla świata filmu. Postanowiłem przyjrzeć się temu zjawisku choć przyznaję, że w tytule wpisu naciągam trochę fakty, bo Leone akurat niczego się nie wstydził. Nim jednak wyjaśnię o co z nim chodziło pozwólcie, że przedstawię Wam pana…

Alana Smithee

Steven Soderbergh
Steven Soderbergh nie rozcieńcza/Fot. HBO

Alan Smithee, Allen Smithee, Alan Smythee lub Adam Smithee to wszystko ta sama osoba, a w zasadzie osoby. Macie czasami tak, że współpracujecie przy jakimś projekcie, a jego ostateczna wizja tak bardzo odbiega od waszego wyobrażenia, że ostatecznie nie chcecie mieć z tym projektem nic wspólnego i najchętniej zakopalibyście go na środku Madagaskaru, poszli do baru i pili tak długo aż alkohol przeżre wam mózgi na tyle, że nie będziecie nic pamiętać? Kiedy reżyser filmowy był w takim stanie to szedł po pomoc do Alana. Pierwszy raz skorzystali z niej w 1969 roku, kiedy powstawał wcale nie taki zły film “Śmierć rewolwerowca”. Reżyserów tego filmu było dwóch. Najpierw Robert Totten, a później Don Siegel. W obu wypadkach panowie nie chcieli, aby ich nazwisko widniało w napisach końcowych. Co zatem zrobić, aby tak się stało? Potrzebne było spotkanie z Amerykańską Gildią Reżyserów, która początkowo proponowała, aby wykorzystać z pospolitego “Ala Smitha”. Niestety okazało się, że w jej szeregach był zrzeszony prawdziwy Al, który dodatkowo był reżyserem, więc trzeba było propozycję trochę zmodyfikować. Tak narodził się Allen Smithee, który mimo, że nie istniał miał już na koncie film. Żeby było zabawniej film, pod którym Totten i Siegel nie chcieli się podpisać wcale nie został zniszczony przez krytykę. Wręcz przeciwnie. Mimo to od 1969 roku wspomniany pseudonim stał się ostatnią deską ratunku dla zdesperowanego reżysera, który nie chciał wziąć na siebie ciężaru odpowiedzialności za film.

Członkowie DGA wiedzieli, co zwiastuje precedens związany ze “Śmiercią rewolwerowca” i zawczasu ustalili zasady, według których można było skorzystać z pseudonimu. Zasady były proste:

  • Konieczne było udowodnienie przed Amerykańską Gildią Reżyserów i Stowarzyszeniem Producentów Filmowych i Telewizyjnych, że odebrano nam kontrolę nad filmem – na przykład producenci nie dają nam żyć w takim stopniu, że mamy już dość tego całego cyrku.
  • Wymagana była dyskrecja, co do powodów korzystania z pseudonimu – te informacje zostawały tylko w ścisłym kręgu wtajemniczonych.
  • Nie można było z niego korzystać po to, aby chronić się przed błędami w sztuce.

Jak spełnialiście te trzy warunki, to mogliście się cieszyć z tego, że zamiast Krzysia Kowalskiego w napisach końcowych za film odpowiadał Alan. Tak było. Do 1999 roku, kiedy zrezygnowano z jego usług.

Dlaczego się ukrywasz?

Wspomnienie Twojego imienia tylko raz zwiększa znaczenie jego użycia, z tego powodu myślę, że umieszczając je za każdym razem rozcieńczamy to znaczenie. – Steven Soderbergh

Reżyser “Traffic” i “Seks, kłamstwa i kasety wideo” realizując swoje filmy często występuje w kilku rolach. Nie tylko jest ich reżyserem, ale i scenarzystą oraz je montuje. Zgodnie z tym, co powiedział nie chce, aby w napisach końcowych – tzw. “creditsach” – jego nazwisko występowało kilka razy. Z tego powodu korzysta z pseudonimów. Zaczęło się od filmu “Traffic”. Zwrócił się do Gildii o pozwolenie na zapisanie jego udziału tak: “Photographed and Directed by”. Gildia się nie zgodziła i prosiła, aby rozdzielił funkcje podpisując je osobny. Co zrobił Soderbergh? Wykorzystał imiona swojego ojca i tak w napisach pojawił się Peter Andrews. Później zabieg powtórzył przy okazji “Solaris” – rany, jaki ten film był nudny – gdzie jedną z funkcji podpisał jako Mary Ann Bernard (panieńskie nazwisko matki), a czasem korzysta też z Sama Lowry’ego. Wszystko po to, aby nie rozcieńczyć własnego nazwiska. Z podobnego powodu z pseudonimu korzystają braci Coen. Tak jak Soderbergh przy swoich filmach zajmują się kluczowymi rzeczami, żeby nie występować tyle razy w napisach wymyślili wspólne alter ego w postaci Rodericka Jaynesa. Bracia dzielą się obowiązkami w taki sposób, że:

  • Joel jest reżyserem,
  • Ethan producentem,
  • Razem odpowiadają za scenariusz,
  • Montażem zaś zajmuje się Roderick Jaynes.
Bracia Coen
Bracia Coen/Fot. CBS Films

Ciekawostką jest fakt, że ich imaginacja była nominowana do Oscara za “Fargo” i “To nie jest kraj dla starych ludzi”. Skoro o Oscarach i pseudonimach mowa, to warto wspomnieć o Daltonie Trumbo. Amerykański scenarzysta w czasach polowania na komunistów i podejrzeniach o współpracę z partią nie mógł swobodnie realizować swoich projektów w Hollywood. Nie mógł pod własnym nazwiskiem, więc żeby uniknąć problemów stworzył Iana McLellana Huntera i Roberta Richa. Obaj panowie zdobyli Oscara za “Rzymskie wakacje” i “The Brave One”. Tym samym Daltonowi udała się sztuka wygrania najważniejszej filmowej nagrody dwa razy i to nie pod własnym nazwiskiem. Pośmiertnie dokonano korekty i oba Oscary trafiły na konto Trumbo. Podobne zamieszanie miało miejsce, gdy w 2002 nominowana za scenariusz była “Adaptacja” – świetna rola Nicolasa Cage’a, pozycja obowiązkowa dla wszystkich kinomanów. Konkretniej nominowani byli Charlie Kaufman i Donald Kaufman. Akademia podczas weryfikowania nominacji przeoczyła, że Donald jest wymysłem Charliego.

No dobrze, ale co w takim razie z Sergio Leone? Czy Leone też bał się rozcieńczać nazwisko, a może w ogóle wstydził się kapitalnego westernu “Za garść dolarów”? Nic z tych rzeczy. Leone i Ennio Morricone stwierdzili, że Amerykanie mogą nie zaakceptować faktu, że Włosi biorą się za gatunek rdzennie amerykański. Z tego powodu zmienili nazwiska na Bob Robertson i Dan Savio. Jak zapewne się domyślacie film okazał się hitem, Clint mistrzem, a Sergio i Ennio stwierdzili, że chyba trzeba wrócić do prawdziwych nazwisk i imion. Oglądaliście kiedyś “Diunę” Davida Lyncha? Jak nie to polecam, bo może wtedy zrozumiecie, czym jest gniew filmowca i cierpienie widza. Jedna z moich ukochanych książek została zgwałcona przez jednego z moich ulubionych reżyserów. Przypadek? Być może, ale faktem jest to, że gdy przyszło do podpisania tego dzieła – konkretniej jego wersji rozszerzonej – Lynch skorzystał z pomocy Alana. Z kolei w wersji do telewizji pojawił się Judas Booth, czyli zgrabne połączenie Judasza Iskarioty z Johnem Wilkesem Boothem, zabójcą prezydenta Abrahama Lincolna. Dlaczego zdecydował się na ten krok? Z powodu tego, iż poczuł się zdradzony przez Universal Studios. Wersja reżyserska jest dłuższa o godzinę. Rzecz w tym, że przy okazji jest to godzina materiału, której Lynch nie chciał pokazywać, a skoro to nie jest jego wizja, to nie dał pozwolenia na wykorzystanie jego imienia i nazwiska. Podobny ruch wykonał też Michael Mann, który nie skorzystał ze swojego imienia i nazwiska przy okazji telewizyjnych wersji swoich filmów “Gorączki” i “Informatora”. Na ich potrzeby na scenę znowu wkroczył Alan.

Alan Smithee
David Lynch, tak jakby

Przytoczone przykłady to oczywiście nie wszystko. Wystarczy cofnąć się do czasów kina niemego, aby już tam znaleźć przypadki korzystania z pseudonimów. Jednym z takich przypadków jest David Wark Griffith, który słynął z tego, że kręcił filmy na bogato, czyli były one niezwykle widowiskowe. Drugą rzeczą, za którą został zapamiętany był fakt, że występował też pod innymi nazwiskami, Captain Victor Marier; M. Gaston de Tolignac i Grenville Warwick to we wszystkich przypadkach on. John Carpenter napisał scenariusz do “Księcia Ciemności” pod nazwiskiem Martin Quatermass, a do “Oni żyją” jako Frank Armitage. W swojej filmografii występował też jako John T. Chance. Z kolei Paul Verhoeven wykorzystał Jana Jensena do podpisania telewizyjnej wersji “Showgirls”.

Tak już mam, że czasem się ukrywam

Jak widzicie powodów wykorzystania pseudonimów przez filmowców jest wiele. W sumie jakby się uprzeć to Woody Allen całą swoją karierę zbudował na zmienionym imieniu i nazwisku, wszak na świat przyszedł jako Allan Stewart Konigsberg. Czasami reżyser stwierdza, że nie ma sensu ukrywać się pod pseudonimem, bo w końcu i tak wszyscy wiedzą, kto za dany film odpowiada. Tu najlepszym przykładem jest David Fincher, którego wizja “Obcego 3” tak bardzo odbiegała od wizji narzucanej przez producentów, że samo wspominanie o swoim debiucie na wielkim ekranie słynny reżyser wspomina z grymasem bólu i niezadowolenia. Jak sam przyznawał:

Nie ma niczego gorszego od usłyszenia od kogoś “O, to ty zrobiłeś ten film, a ja myślałem, że on jest beznadziejny”, a ty musisz się z tym zgodzić.

Mimo opinii jaką cieszy się trzecia część serii Fincher nie zdecydował się na korzystanie z alter ego. Choć pewnie, gdyby udowodnił swoje racje przed Gildią miałby szanse wpakować na fotel reżysera naszego smutnego Alana. Tylko, co by mu to dało…

Przeczytaj:

[tw-button size=”large” background=”” color=”red” target=”_self” link=”http://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/pisarze-i-ukochane-narkotyki/”]Pisarze i ich ukochane narkotyki[/tw-button]