Toniemy w nowych wersjach, restartach, prequelach, sequelach i bóg raczy wiedzieć czym jeszcze. Czasami mam ochotę chwycić swój kij do bejsbola, którego nie posiadam, ale to nie istotne dla całej historii, przejść się do scenarzystów i producentów ucząc ich, że dość. Basta. Koniec. Gdzie oryginalne historie? Gdzie eksperymenty? Gdzie ta cała magia kina, którą wiele osób truje nam głowy, gdy mówi o dziesiątej muzie? Odpowiem wam. Ona tam jest. Nic się wielkiego nie zmieniło. Tylko nam się wydaje, że teraz już nie kręci się takich filmów jak kiedyś, że aktorzy już nie tacy jak kiedyś, że nawet kiedyś nie jest już takie jak kiedyś. To ułuda. Psychoza, w którą sami wpadamy.

To trochę jak z tezą, że jest muzyka w tzw. mainstreamie i alternatywa, ale jaka alternatywa? Do czego? Joseph Heat i Andrew Potter w książce “Bunt na sprzedaż. Dlaczego kultury nie da się zagłuszyć”, zanegowali pojęcie alternatywy. Nie ma czegoś takiego. Są za to rzeczy, które ludzie chcą kupować i takie, które są beznadziejne, więc nikt ich nie kupi. Zmierzam do tego, że widzowie kochają to, co już widzieli. Wydają swoje pieniądze kolejny raz na to samo, bo znają produkt. Zaufali raz i ufają mu ponownie. Z punktu widzenia biznesowego takie podejście jest dobre, bo uspokaja akcjonariuszy studia. Remake to pewna inwestycja. Dorzućcie do tego jeszcze takie powody jak to, że coraz więcej filmów to tak naprawdę kolejna wersja czegoś innego, wszystko bazuje na wszystkim. Dodatkowo nowa wersja jest niczym innym, jak czymś, co skupia naszą uwagę. Nowa wersja “Obcego”? Ciekawe. Remake “Robocopa”? Sprawdzę. I tak dalej, i tak dalej. W końcu jest jeszcze jeden powód, dla którego Hollywood kocha remaki. Wszystko przez to, że…

Raz na jakiś czas udaje się nakręcić po prostu dobry film

Studia są gotowe ponieść wiele porażek, aby trafić z tym jednym filmem, który je usprawiedliwi. Ciekawym przykładem jest “Karate Kid”. Oryginał otoczony jest kultem. Sam stawiam serię wśród filmów, na których kształtował się mój filmowy gust. Informację o tym, że Sony przygotowuje nową wersję starego hitu przyjąłem z niesmakiem, ale co z tego, gdy popatrzymy na wyniki. Jaden Smith i Jackie Chan zarobili dla Sony ponad 300 milionów dolarów. Taka kwota chyba każdego przekona do tego, że warto próbować. Panów w ciemnych garniturach kosztujących więcej niż samochody, którymi jeździmy na pewno będą próbować. Zresztą biorąc pod lupę kulturę remake’ów musimy pamiętać o tym, że gdyby nie decyzja o nowej wersji nie powstało by wiele genialnych filmów. Z tego powodu jestem w stanie wybaczyć filmowym molochom tego, że próbują. Czasami jest to też wyjście do tego, aby reżyser zrealizował swoje plany.

Gorączka
Nie mam pytań/Fot. Kadr z filmu “Gorączka”

Możecie powiedzieć, że to film Michaela Smithee albo Alana Manna – Michael Mann do szefów stacji NBC

Powyższy cytat to słynna anegdota dotycząca tego, co stało się z filmem telewizyjnym “L.A. Takedown”. Wyreżyserowane przez Michaela Manna “dzieło” miało trafić do telewizji i faktycznie trafiło, ale problem w tym, że Mann zaplanował wszystko na 3 godziny. Za długo. Trzeba ciąć. Trzeba dopasować. Mann miał z tym problem. Reżyser poczekał. Dokładnie sześć lat, bo w 1995 na ekrany kin trafił film legenda. “Gorączka” to jeden z najlepszych filmów akcji w historii kina. Starcie tytanów na ekranie i gigantyczny hit. Wszystko się tam zgadza. Aktorstwo, scenariusz, sceny akcji, intryga, finał. Wszystko. Dlatego ciężko niektórym uwierzyć w to, że w rzeczywistości “Gorączka” to po prostu przeróbka “L.A. Takedown”. Z większym budżetem, lepszymi aktorami i co ważne z możliwością rozwinięcia historii tak, jak Mann chciał od początku.

Tak jak fani “Prawdziwych kłamstw” Jamesa Camerona często nie domyślają się nawet, że film z seksowną Jamie Lee Curtis i nieśmiertelnym Arnoldem Schwarzeneggerem to w rzeczywistości remake. I to remake filmu z Europy. Konkretnie “La Totale!” w reżyserii Claude’a Zidi, w którym główne role grali Thierry Lhermitte i Miou-Miou. Podstawa scenariusza jest taka sama, ale decydujące znaczenie dla sukcesu filmu miał fakt, że James Cameron jak mało który reżyser w Hollywood potrafi kręcić kino akcji z wielkim budżetem. Dość powiedzieć, że w chwili wejścia na ekrany “Prawdziwe kłamstwa” były najdroższym filmem jaki pojawił się w kinach. Powodów sukcesu było oczywiście więcej, ja najbardziej lubię ten:

Trochę inna sytuacja miała miejsce w przypadku “The Thing” Johna Carpentera. Pierwsze pytanie jakie w tej sytuacji się pojawia jest proste. Dlaczego Carpenter zabrał się za remake filmu, który wśród fanów science fiction uchodzi za kultowy? Nie do końca chciał. Miał za to na niego oko jeden z producentów filmu, Stuart Cohen. Zacznijmy jednak od tego, że jakby się uprzeć, to nie jest to tak do końca remake, bo powstał z powodu tego, że chciano skorzystać z praw do ekranizacji noweli “Who Goes There?” Johna W. Campbella Jr., która w 1951 roku posłużyła za podstawę przy realizacji filmu “Istota z innego świata” w reżyserii Christiana Nyby i Howarda Hawkesa. Cohen od początku chciał, aby projektem zajął się Carpenter, którego był kolegą. Problem był jednak w tym, że reżyser nie miał jeszcze na koncie tytułu, który przekonałby szefów studia do angażu – pamiętajcie, że mówimy tu o połowie lat 70. XX wieku, a przełomowe “Halloween” pojawiło się w 1978. Posadę miał dostać reżyser “Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe Hooper. Na szczęście reżyser wymusił na szefach studia, że wraz z nim scenariuszem zajmie się jego kolega Kim Henkel. Na szczęście, bo wersja przygotowana przez nich była słaba.

Taki Moby Dick na Antarktydzie – Stuart Cohen.

Przez to, że nie było gotowego scenariusza projekt przeleżał na półce kilka lat. Aż do momentu, gdy Ridley Scott pokazał, że science fiction to coś na co warto zwrócić uwagę. Wtedy na scenę wszedł Carpenter i stało się jasne, że to on jest idealnym kandydatem do roli reżysera “The Thing”. Odświeżył konwencję horroru, więc teraz mógł się zabrać za science fiction. Nie wiem jednak czy wiecie, że na potrzeby filmu przygotował jeszcze jedno zakończenie. Inne od tego, które znamy i które przeszło do historii. Nakręcił końcówkę, w której postać grana przez Kurta Russella zostaje uratowana. Na szczęście zdecydował się na inne rozwiązanie finału.

Na chwilę wróćmy do Europy i jeszcze bardziej cofnijmy się w czasie. Oto w 1959 roku na ekrany kin wchodzi fantastyczny film w reżyserii Billy’ego Wildera “Pół żartem, pół serio”. Świetna komedia z Jackiem Lemmonem, Tonym Curtisem i nią, Marilyn Monroe. Dwóch muzyków musi się ukrywać przed gangsterami, więc wymyślają, że przebiorą się za kobiety. Fantastyczny pomysł, idealny wręcz na komedię, co później udowodnił m.in. Stanisław Bareja realizując film “Poszukiwany, poszukiwana” z pamiętną rolą Wojciecha Pokory. Rzecz jednak w tym, że i to nie był oryginalny pomysł. Wilder kręcąc swój film przerobił pomysł z Niemiec. Kilka lat wcześniej, bo w 1951 roku, Kurt Hoffmann nakręcił “Fanfaren der Liebe”. Znowu punkt wyjścia był podobny choć w niemieckiej wersji nie było gangsterów i potrzeby ucieczki.

Pół żartem, pół serio
Piękne

Pamiętam, jak pierwszy raz obejrzałem “Dwanaście małp” Terry’ego Gilliama. To chyba po tym filmie stałem się wyznawcą tego reżysera. Nie wszystko zrozumiałem za pierwszym razem, ale nie to było istotne. Ważne było to, co działo się później. Byłem, jestem, absolutnie urzeczony tym filmem. Dopiero po kilku latach dowiedziałem się, że to nie jest do końca autorski pomysł Gilliama. Reżyser tworząc “12 małp” bazował na filmie krótkometrażowym “Filar” w reżyserii Chrisa Markera. Pomysł na fabułę według Markera był taki:

Niedobitki mieszkańców zniszczonego w trakcie trzeciej wojny światowej Paryża ukrywają się w podziemiach pod Palais de Chaillot. Pracują oni nad podróżami w czasie, mając nadzieję wysłać do różnych okresów historii oraz przyszłości “wezwanie do pomocy w ocaleniu teraźniejszości”. Trudności sprawia wybranie osób, których psychika zdołałaby oprzeć się stresowi związanemu z takim przedsięwzięciem, jednak znajduje się więzień, którego niewyraźne lecz natarczywe wspomnienie kobiety (Hélène Chatelain) biorącej udział w brutalnym incydencie na terminalu lotniska Orly staje się kluczem do jego podróży do przeszłości. Jest on wielokrotnie wysyłany do czasów poprzedzających wojnę, do czasów swojego dzieciństwa. Wielokrotnie spotyka on i rozmawia z kobietą ze swych wspomnień. Po udanych wyprawach do przeszłości zostaje on wysłany w odległą przyszłość, kiedy spotyka zaawansowanych technologicznie ludzi, którzy oferują mu artefakt mogący pomóc mu odtworzyć zniszczone społeczeństwo. Po powrocie, gdy jego misja okazała się sukcesem, odkrywa że ma zostać stracony. Kontaktują się z nim ludzie z przyszłości proponując mu ucieczkę w ich czasy, jednak on prosi o wysłanie go do okresu przed wojną, mając nadzieję odnaleźć kobietę ze swych wspomnień. Udaje mu się, jednak okazuje się być śledzony przez agenta swoich byłych mocodawców. Okazuje się, że brutalny incydent zapamiętany z dzieciństwa to jego własna śmierć.

Brzmi znajomo? Zdecydowanie. Nie zmienia to jednak faktu, że wersja Gilliama miała to coś, co sprawiło, że jest wymieniana jako jeden z najlepszych filmów science fiction w historii. Wystarczy tylko, że za ciekawy pomysł weźmie się ktoś obdarzony nieprzeciętnym talentem. Podobnie było z “Vanilla Sky” Camerona Crowe’a. Podstawą do realizacji tego filmu był dramat nakręcony przez Alejandro Amenábara z Penelope Cruze w roli głównej, która zagrała i w filmie Crowe’a. Na pewno sukces “Vanilla Sky” związany był z osobą Toma Cruise’a i faktu, że Crowe miał zdecydowanie większy budżet do dyspozycji niż jego kolega z Hiszpanii. Jednak, jeżeli chcecie sprawdzić jak zamiast Cruise’a radzi sobie Eduardo Noriega, to włączcie “Otwórz Oczy”. Obiecuję, że będzie ciekawie. Swoją drogą nie wiem, czy zwróciliście uwagę na to, że w “Vanilla Sky” cameo zalicza Steven Spielberg. Camerone Crowe odwdzięczył się tym samym w filmie kolegi. Konkretniej pojawił się na chwilę w “Raporcie Mniejszości”.

Tak samo, jak w przypadku klasyka Sergio Leone, czyli “Za garść dolarów”. Jeżeli uważacie, że kochacie kino, to znaczy, że oglądaliście filmy Akiro Kurosawy. Ten legendarny reżyser nie tylko sam nakręcił genialne filmy – w zasadzie to powinienem napisać GENIALNE – co dodatkowo sprawił, że na ich bazie powstały inne równie dobre. Tak było z filmem Leone, który nie wymyślił wcale nic nowego. Jego historia oparła się o zrealizowany trzy lata wcześniej film “Yojimbo”. Niestety w tym wypadku Kurosawa nie był zadowolony z faktu, że ktoś wziął fabułę jego filmu i przerobił ją na potrzeby westernu. Nawet przełomowego dla gatunku. Oskarżył Leone o plagiat. Ostatecznie udało się dojść do porozumienia, ale ciekawostką jest fakt, że ciągle nie zostało ustalone czy “Za garść dolarów” to oficjalny remake “Yojimbo”. Zapytajcie kogoś w MGM, na pewno będzie miał problem.

Clint Eastwood
Mam nadzieję, że Kurosawa wybaczył Leone/Fot. kadr z filmu “Za garść dolarów”

Brian De Palma problemów z oskarżeniami o plagiat nie miał, ale miał za to inne. Gdy realizował swoją wersję “Blow-Up” Micheangelo Antonioniego nie przypuszczał, że ten ambitny thriller okaże się finansową klapą. Film jest naprawdę dobry, ale na to, aby ktoś go docenił trzeba było czekać kilka lat. Za sprawą m.in. Quentina Tarantino “Wybuch”, bo taki jest polski tytuł, stał się jednym z kultowych dzieł De Palmy. Na uznanie nie musiał za to czekać Martin Brest. Reżyser interesujący, bo przez całą karierę zrealizował raptem osiem filmów z czego część to totalna porażka np. “Gigli”, a część to dzieła kultowe jak “Gliniarz z Beverly Hills” czy “Zapach kobiety” i to właśnie ten drugi film interesuje nas najbardziej. Zrealizowany przez Bresta w 1992 roku film z Alem Pacino w roli głównej to nic innego, jak jego wersja włoskiego filmu z 1974 roku pod tym samym tytułem. Co ciekawe oba filmy się świetne, a co jeszcze ciekawsze na dowód tego oba były nominowane do Oscara. Czy remake jest lepszy od oryginału jest kwestią dyskusyjną – na pewno jest trochę inny – ale mnie najbardziej zastanawia fakt, dlaczego Brest zrezygnował z kręcenia filmów po katastrofie jaką był “Gigli”. Czyżby załamał się mimo tego, że miał na koncie jeszcze świetne “Zdążyć przed północą” i “Gry wojenne” – tu był pierwszym reżyserem, ale został zastąpiony przez Johna Badhama w trakcie realizacji? To dla mnie spora tajemnica.

Swoje udowadnianie, że remaki mogą się udać kończę filmem w pewnym sensie wyjątkowym. “Trzech mężczyzn i dziecko” jest nim z kilku powodów. Po pierwsze, reżyserował go Leonard Nimoy, który nigdy później nie nakręcił już nic, co odniosłoby podobny sukces. Po drugie, na ekranie pojawiły się trzy ikony kina komediowego, o których teraz trochę już zapomnieliśmy, czyli:

  • Tom Selleck,
  • Steve Guttenberg,
  • Ted Danson – tego pana będzie można zobaczyć w drugim sezonie “Fargo”, co jest rewelacyjną informacją.

Wreszcie po trzecie, jest to nowa wersja filmu “Trois Hommes Et Un Couffin” nakręconego przez Coline Serreau w 1985 roku, czyli dwa lata przed powstaniem “Trzech mężczyzn i dziecka”. O ile o tym drugim mało kto pamięta, to wersja amerykańska jest po prostu trafiona pod każdym względem. Od castingu, przez sprawną realizację. Naprawdę ta trójka aktorów nie tyle daje radę, co pokazuje, że między facetami na planie też musi być chemia. Tu ona występuje w ilościach ogromnych. Pozycja obowiązkowa dla fanów komedii i jeden z najlepszych filmów lat 80.

Trzech mężczyzn i dziecko
Czterech wspaniałych/Fot. materiały promocyjne filmu “Trzech mężczyzn i dziecko”

Oczywiście to tylko promil tego, co udało się przerobić. “Infiltracja”, “Przylądek Strachu”, “Dziewczyna Piętaszek”, “Człowiek z blizną”, “Siedmiu wspaniałych”, “Człowiek w ogniu”, “Sokół maltański”, “Ben-Hur”, “Afera Thomasa Crowna” i wiele, wiele innych, to wszystko remaki. Patrząc na te tytuły jestem spokojniejszy, bo nowe nie musi być złe. Może być lepsze. Ciekawe, jakie są wasze ulubione remaki?

Przeczytaj:

[g1_button link=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/10-filmow-na-kazdy-mezczyzna-moze-plakac/” linking=”default” size=”m” type=”standard” style=”simple” text_color=”#ffffff” background_color=”#dd3333″]10 filmów, na których każdy mężczyzna może płakać[/g1_button] [g1_button link=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/pseudonimy-w-swiecie-filmu/” linking=”default” size=”m” type=”standard” style=”simple” text_color=”#ffffff” background_color=”#dd3333″]Do czego reżyser wykorzystuje pseudonim?[/g1_button]