Jeżeli jesteście fanami serii książek napisanych przez Daniela Handlera, to jest spora szansa, że netflixowa interpretacja „Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzeń” przypadnie Wam do gustu. Na pewno bardziej niż pełnometrażowy film z 2004 roku. Jednak jak w każdej opowieści – nawet tej kończącej się nie do końca szczęśliwie – powinniśmy zacząć od początku.

Dawno, dawno temu

Tak dawno, że nawet ja nie pamiętam pojawił się pierwszy tom „Serii niefortunnych zdarzeń” napisany przez tajemniczego jegomościa, który podpisywał się jako Lemony Snicket. Konkretnie nastąpiło to w 1999 roku, a owym pierwszym tomem był ten zatytułowany „Przykry początek”. Jego bohaterami było wyjątkowe rodzeństwo Baudelaire’ów:

  • Wioletka – prawdziwa złota rączka, która kocha wynalazki,
  • Klaus – niezwykle sprawny intelektualnie mól książkowy,
  • Słoneczko – przesłodki berbeć, który uwielbia gryźć różne rzeczy. Z reguły skutek tego gryzienia jest taki, że rzecz gryziona zostaje przegryziona.

Ich rodzice giną w wielkim pożarze wspaniałej posiadłości, w której zamieszkiwali wraz z latoroślami. Nasza trójka w wyniku serii niefortunnych zdarzeń trafia pod opiekę Hrabiego Olafa. Prawnuk kuzyna pradziadka ojca dzieci. Niestety Hrabia nie jest zainteresowany ich losem. To, co naprawdę leży mu na sercu to dobro ich majątku. Konkretnie to, aby fortuna trafiła w jego ręce. Z tego powodu knuje, kombinuje, mataczy. Robi wszystko, aby położyć swoje brudne łapska na pieniądzach.

Z bajki o Królewnie Śnieżce wynika morał: „Nigdy nie jedz jabłek”. A z pierwszej wojny światowej wynika morał: „Nigdy nie dokonuj zamachu na arcyksięcia Ferdynanda”. Lemony Snicket “Przykry początek”

Przez kolejne książki czytelnicy śledzili batalie rodzeństwa z Hrabią Olafem, jednak w książkach nie chodziło tylko o pieniądze. Jest tam tajemnica. Nawet kilka tajemnic. Jest śmierć, miłość, zdrada, czarny humor i sporo absurdu. Wszystko, co powinno złożyć się na interesującą literaturę dla młodzieży. I faktycznie wszystko się składa. Seria święciła triumfy – szczególnie w krajach anglosaskich – by ostatecznie trafić do kin w 2004 roku. Reżyser tego dzieła delikatnie mówiąc nie był najlepszy, ale nie było potrzeby, aby wstydzić się obsady. W końcu na ekranie pojawili się m.in. Meryl Streep, Timothy Spall, Jude Law czy szalejący Jim Carrey w roli Hrabiego Olafa. Film nie spełnił oczekiwań choć udało mu się zgarnąć jednego Oscara za najlepszą charakteryzację. Fani książki ciągle musieli czekać na kolejną ekranizację. Taką, która zaprezentuje coś więcej niż wydarzenia pierwszych książek.

13

Dokładnie tyle lat musieli czekać, ale w końcu się doczekali. Swoją drogą czyż to nie jest cudowny zbieg okoliczności, że to pechowa trzynastka dzieli obie ekranizacje? Serial Netflixa nie ma wprawdzie w obsadzie Jima Carrey’a, ale ma kilka innych atutów, które można dostrzec w pierwszych odcinkach, udostępnionych takim szczęśliwcom, jak ja. Neil Patrick Harris wypada co najmniej dobrze jako prawnuk kuzyna pradziadka ojca dzieci. Znając jego sceniczne dokonania i talent komediowy można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że jest do tej roli wręcz stworzony. Jego Olaf jest jednak inny od filmowego odpowiednika. Jakby delikatnie stonowany, choć niepozbawiony elementów charakterystycznych takich jak przekoloryzowana mimika i szarżowania w momentach, kiedy jest to naprawdę niezbędne. Na szczęście na ekranie widać, że aktor po prostu dobrze się bawił i jego casting jest trafiony. Rodzeństwo wypada poprawnie. Choć nie będę ukrywać, że w ich grze można wyczuć delikatną nutę wiór z tartaku. Szczególnie u Maliny Weissman, o którą bałem się najbardziej. Ta gra z jakąś dziwną manierą, momentami wyglądając, jakby uwierał ją sporych rozmiarów kij od szczotki. Zrzucam to jednak na karb młodego wieku i braku dostatecznego doświadczenia. Żałuję, ale przynajmniej mnie nie męczyli, więc jest spora szansa, że i Wam staną się ekranowo obojętni. Na szczęście reszta obsady – przede wszystkim trupa Olafa – świetnie wpisuje się w absurdalny klimat serialu.

Choć aktorzy są tutaj niezwykle istotni, to moją uwagę przykuła przede wszystkim konstrukcja całego serialu. Twórcy umyślili sobie bowiem, że każda z książek otrzyma nie więcej niż dwa odcinki. Być może to niewiele, ale oglądając je odnoszę wrażenie, że w zupełności wystarczy. Narracja prowadzona jest poprawnie, a całość spaja osoba narratora, czyli samego Lemony Snicketa, którego w serialu gra Patrick Warburton. Ten opowiada nam szczegóły prowadzonego przez siebie śledztwa, czy wyjaśnia pewne serie niefortunnych zdarzeń, które oglądamy na ekranie. Jednym słowem prowadzi nas za rękę od jednego punktu fabularnego do drugiego. Sam jego udział zrealizowano zręcznie dając nam też kolejny punkt zaczepienia z książkowym pierwowzorem.

Wzbraniam się przed braniem na siebie ciężaru odpowiedzialności i poklepywaniem się po plecach za bycie tak poważnym wsparciem psychologicznym (śmiech). Rodzice, wychowawcy, a nawet same dzieci mówiły mi jednak, że moje książki były dla nich pocieszeniem. W swoim komentarzu zaraz po wydarzeniach z 11 września napisałem, że zacząłem czytać książki pełne strasznych zdarzeń, w których te straszne zdarzenia opisane zostały elegancko i zgrabnie. W ciągu kilku tygodni po 11 września przeczytałem chyba wszystkie książki Raymonda Chandlera, bo chociaż dzieją się w nich okropne rzeczy, są one dopuszczalne ze względu na ich tematykę. – Daniel Handler w wywiadzie dla “Chicago Tribune”

Interesująca jest też warstwa wizualna. Jest w niej sporo teatru – wszak Hrabia Olaf jest „genialnym” aktorem – czy to w samych interpretacjach postaci, które pojawiają się na ekranie czy też w wykorzystanej scenografii. Być może to tylko ja, ale w całej wizualnej prezencji dostrzegam odrobinę stylu Wesa Andersona. Szczególnie w sposobie kadrowania czy kolorystyce. Serial dobrze chwyta ducha książek, po które sięgali ci, którzy wyrośli już z prozy Roalda Dahla, a nie dobrnęli jeszcze na przykład do Edgara Alana Poego czy Edwarda Gorey’a. Groteska z delikatną posypką makabry. Na szczęście wszystko wyważone do tego stopnia, że bez problemu na seans można zaprosić całą rodzinę – no może bez tych najmłodszych dzieci.

Nie tylko dla dzieci

„Seria niefortunnych zdarzeń” zawsze kojarzyła mi się z opowieścią, której głównym przesłaniem dla dzieci było to, aby się nie poddawać, a dla rodziców to, aby częściej swoje dzieci wspierali, a przede wszystkim słuchali. W końcu los rodzeństwa mógłby być inny, gdyby już na samym początku ktoś z dorosłych ich po prostu wysłuchał. Nie wiem, jak wypada cały sezon. Wiem natomiast, że jeżeli ktoś liczył na udaną ekranizację książek, to właśnie ją dostał. Serial jest bowiem interesującym miksem dramatu, komedii i musicalu. Przesadzony, ale zrealizowany z nerwem. Zręcznie balansuje między dorosłością, a dzieciństwem. Być może jest w tym zasługa Barry’ego Sonnenfelda, który jest reżyserem pierwszych odcinków serialu. W końcu to spod jego ręki wyszły kinowe przygody „Rodziny Addamsów”. Jako stary fan wspomnianej rodziny widzę, że Sonnefeld po prostu dobrze się czuje w podobnym klimacie.

„Seria niefortunnych zdarzeń” to nie jest serial idealny – nie po czterech odcinkach. Miewa dłużyzny, nie każdemu spodoba się jego teatralność. Gra aktorska dziecięcej obsady nie boli choć do ideału daleko i jestem w stanie się założyć, że niektórzy z Was zwyczajnie nie zniosą maniery z jaką grają. Jest jednak w tej całej produkcji urok historii z dreszczykiem, którą chętnie opowiadamy sobie, gdy zgaśnie światło. Jeżeli to Wam wystarczy, to Netflix właśnie znowu skradł Wasze serca. Ewentualnie nerki i wątroby. No spodoba się Wam. Choć może nie. Nie wiem. W sumie nic nie wiem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mogę przestać pisać. W tym miejscu powinien być już koniec tekstu. Wiecie, taki koniec, koniec, a tu proszę ciągle piszę. Lubię budyń… Po tym dramatycznym wyznaniu autor zemdlał. Kurtyna.