Są seriale dobre, są seriale bardzo dobre. Jest też „Fargo”. Serial, który w drugim sezonie zrobił ze mną to, co swego czasu zrobiły takie produkcje jak „Black Mirror” czy „Breaking Bad”. Pozamiatał. Kilka razy pytano mnie o to, jaki serial uznaję za najlepszy w 2015 roku. Odpowiedź może być tylko jedna i jest nią drugi sezon „Fargo”. Pierwszy był tylko przystawką. Czymś na zaostrzenie apetytów. Dopiero w drugiej odsłonie showrunner Noah Hawley dorzucił do pieca. Syndrom drugiej płyty? Nie tutaj.

Każdy może być mordercą

Ty możesz nim być, ja mogę nim być i twój kot też może nim być. Wszystko zależy od tego, co się wydarzy. Od okoliczności. Zawsze bawi mnie każdy, który z pełną świadomością i pewnością zaznacza, że on by nie zrobił tego czy tamtego. W takich sytuacjach zadaję jedno pytanie, czy faktycznie znalazł się w tej konkretnej sytuacji, że potrafi powiedzieć, że nie byłby do tego zdolny? Wtedy odpowiedzi są dwie:

  • No nie, ale znam siebie, więc nie ma o czym dyskutować.
  • Nie, ale przecież to nic nie oznacza. To nie jest przedmiotem dyskusji.
    Kirsten Dunst w Fargo
    Kirsten jest rewelacyjna/Fot. FX

Problem w tym, że jest. To jest przedmiotem dyskusji, czy w ekstremalnej sytuacji, której nie potrafimy w tej chwili ogarnąć swoimi ciasnymi umysłami zachowamy się tak czy inaczej. „Fargo” bez względu na to czy mówimy o filmie czy serialu to właśnie opowieść o takiej sytuacji. Bohaterami są ludzie, którzy doprowadzeni do pewnej granicy mają wybór. Wybór, który tutaj ostatecznie kończy się przekroczeniem granicy. Eksplozją przemocy, która uruchamia łańcuch wydarzeń, nad którym nie jesteśmy w stanie zapanować. W pierwszym sezonie obserwowaliśmy pierdołowatego Lestera Nygaarda, który powoli tonie w konsekwencjach własnych czynów. Jego historia była bardziej kameralna. Zapowiadała coś większego. Coś, co nadeszło w sezonie drugim, gdy obok zwykłych ludzi pojawili się ci, którzy mają nas za zbędny balast.

Hawley przeniósł akcję do roku 1979. Rozciągnął ją tak naprawdę na kilka stanów i we wszystko wplątał wojnę między mafijnymi rodzinami. Brzmi banalnie? Nic z tych rzeczy. Każdy bohater, każde wydarzenie i każdy trup ma tutaj znaczenie. Przemoc zaprezentowano zarówno jako coś normalnego, ale i jako ostateczność, gdy zostaliśmy postawieni pod ścianą. Naiwność zderzona z brutalną kalkulacją i interesami. Sezon wypełniony bohaterami o różnym profilu i motywacjach. Bohaterami interesującymi i często wzbudzającymi mieszane uczucia.

Krew na śniegu

Rzadko bywam aż tak hurraoptymistyczny. Z czego to wynika w tym wypadku? Przede wszystkim z tego, że drugi sezon „Fargo” robi jedną rzecz dużo lepiej niż pozostałe produkcje jakie było mi dane obejrzeć w 2015 roku. Opowiada historię. Konsekwentnie buduje napięcie zaczynając się mimo wszystko niewinnie, aby stopniowo zmierzać do wyczekiwanego finału. To narracja jest największą siłą „Fargo” i pewnie przez to, jak została poprowadzona tak często mogłem przeczytać, że druga połowa serialu jest zdecydowanie lepsza niż pierwsze pięć odcinków. Nie zgodzę się z tym. Serial rozpędza się, ale nie na zasadzie przechodzenia od słabych epizodów do lepszych. Bardziej na zasadzie kumulowania emocji. Mnożenia zależności i konsekwencji działania poszczególnych bohaterów. Stąd uczucie, że na początku jest to kolejna historia o tym, że ktoś kogoś zabił.

Hawley garściami czerpie z doświadczeń filmowców, którzy kreowali lata 70. Zobaczycie tu odniesienia do kina Scorsese, Peckinpaha czy Boormana. Szczególnie przy tym drugim nazwisku należy się na chwilę zatrzymać. „Krwawy Sam” był personą wyjątkową. Jego dzieła były przepełnione przemocą, ale często była to przemoc związana bezpośrednio z potrzebą chwili. Nie była sensem samym w sobie. Była efektem. Hawley robi dokładnie to samo. Trup ściele się gęsto, ale wiemy dlaczego tak się dzieje. Nie jest to śmierć dla samej śmierci. To dziwny mariaż rozmachu i kameralności. Niby wydarzenia rozgrywają się na większą skalę niż w pierwszym sezonie, ale jednocześnie nie pozbawiono ich intymności – z drobnymi wyjątkami. I to oprócz tytułu jest najlepszym nawiązaniem do legendarnego już kinowego pierwowzoru. U braci Coen przemoc ma dokładnie identyczne źródło. Z okoliczności.

Fargo
Fargo/Fot. FX

Zimno i smutno

Zapewne słyszeliście, że świat nie jest tak kolorowy i wesoły jak obserwujecie to na swoich wallach w social mediach. Jest zimny, smutny, pełen szarości. Nie chodzi jednak o to, aby usiąść i kontemplować beznadziejność egzystencji. Chodzi o to, aby zdać sobie z tego sprawę i z podniesioną głową przeć dalej. Tylko tyle. W „Fargo” są ludzie źli, a może lepiej napisać, robiący złe rzeczy. Są ludzie dobrzy, ale czasem robiący złe rzeczy i ci, którzy są pełni sprzeczności. Są też ludzie, którzy mają cel. Co do zasady jednak jest dużo wspomnianej szarości. Najlepiej podsumowuje to cytat z szeryfa Hanka Larssona (Ted Danson), który na stwierdzenie córki, że jest dobrym człowiekiem odpowiedział, że nie wie, ale lubi o sobie myśleć jako o osobie, która ma dobre intencje.

Odbiór drugiego sezonu „Fargo” w Polsce jest obciążony tym, że mało kto zdaje sobie sprawę z tego do czego odnoszą się wydarzenia opisane w serialu. Akcja rozgrywająca się pod koniec 1979 roku nie została umiejscowiona w tym okresie przez przypadek. USA stały właśnie przed nadejściem ery Reagana – który pojawia się w jednym odcinku grany przez Bruce’a Campbella, którego ostatnio możecie oglądać w świetnym „Ash vs Evil Dead”. Co w tym takiego wyjątkowego? To, że przed jego prezydenturą – która choć sprawowana przez dwie kadencje ma też wielu krytyków – kraj powoli pogrążał się w marazmie. Dochodziło do eskalacji przemocy. Patriotyzm i przywiązanie do kraju umierał gdzieś w kącie. Amerykanie lubią mówić, że Reagan przywrócił im optymizm.

Serial Fargo
Filozofujący prawnik/Fot. FX

Stąd „Fargo” świetnie pokazuje nie tylko jednostkę wrzuconą w wir wydarzeń, o które się nie prosiła. Pokazuje przede wszystkim USA nie potrafiące sobie poradzić z przestępczością, narkotykami, przemocą rozlewającą się na ulice. To zwiastun przemian, które dopiero nadejdą. Dowód na to, że nim stanie się lepiej musi być naprawdę bardzo, bardzo źle. Do tego wszystkiego o czym napisałem należy też dorzucić warstwę techniczną. Zarówno świetną muzykę, montaż jak i kapitalne wręcz zdjęcia. Zabiegi z łączeniem i łamaniem kadrów, przejścia, świetnie pasują do mrocznego i zimnego klimatu całego sezonu. Czy w końcu bezpośrednie nawiązania do filmów braci Coen, które są wisienką na torcie. Jakieś przykłady? Proszę bardzo, dwa pierwsze z brzegu:

  • Utwory pojawiające się na soundtrackach filmów „Arizona Junior” czy „Bracie, gdzie jesteś?”
  • Bohater grany przez Nicka Offermana, który jak żywo przypomina pewnego filozofującego jegomościa imieniem Walter Sobchack.

Mówiąc krótko moje ciało jest gotowe na trzeci sezon. Nie musi być lepszy. Wystarczy, że nie będzie gorszy niż drugi. To może być trudne, ale wierzę, że nie jest niewykonalne.

Sprawdź:

25 najlepszych filmów 2015

Binge-watching – co to jest i dlaczego bywa niebezpieczny