Mam nadzieję, że większość z Was ochłonęła po premierze “Przebudzenia Mocy”. Ochłonęła i zaczęła jasno myśleć, a co najważniejsze w tej całej zabawie, zaczęła też oceniać ten film na płaszczyznach, które nie ograniczają się tylko do nostalgii. No właśnie. Nostalgia. Według najbardziej ogólnej definicji:

Potocznie, doskwierająca tęsknota za ojczyzną (krajem ojczystym), a także, tęsknota za czymś przeszłym, co utrwaliło się w pamięci lub do czegoś, co wyobrażono sobie w marzeniach. – Wikipedia

Gwiezdne Wojny są taką ojczyzną, odległym lądem, na którym byliśmy i który bardzo, bardzo chcemy odwiedzić jeszcze raz. I to się udało, ale przy okazji zauważyłem, że setki osób dostały małpiego rozumu. Zaczęły “krzyczeć”, że to najlepszy film w odległej galaktyce w tym roku. Najlepsze Gwiezdne Wojny w historii, a J.J. Abrams to geniusz i świetny wybór na stanowisko reżysera. No więc nie. Trzy razy nie. Dlaczego? Bo nostalgia pomieszała fanom klepki. I miesza je od wielu lat. Bez względu na to czy mówimy o filmach, czy ulubionej pizzy. I nie ma w tym nic złego. Pod jednym warunkiem. No, może dwoma.

BB-8
No i jak go nie kochać?/Fot. Walt Disney Pictures

Rozwijaj świat

Nostalgia, miłość fanów do marki, to fantastyczny fundament. “Przebudzenie Mocy”, a w zasadzie jego twórcy, zdają sobie świetnie sprawę z tego, co zrobić, aby nie powielić błędów George’a Lucasa z czasów “Mrocznego widma”. I na szczęście dla nas ich nie powielają, ale w jednej, bardzo istotnej, rzeczy przegrywają z tym, bądź co bądź średnim reżyserem, nie rozbudowują świata. Nie dodają do uniwersum nic, co ma dla widza jakiekolwiek znaczenie. Trzeba im oddać, że są w tym przez cały seans konsekwentni, bo gdy zbierzecie wszystko do kupy i na spokojnie przeanalizujecie poszczególne elementy “Przebudzenia Mocy” okaże się, że to “Nowa nadzieja” na sterydach. Wersja na XXI wiek. Potrzebujecie przykładów? Oto i one:

  • Lecimy załatwić gigantyczną planetę/stację kosmiczną, która ma dokładnie jeden słaby punkt,
  • Główna bohaterka biegła w mocy pozostawiona na pustynnej planecie zostaje wplątana w międzygalaktyczny spisek,
  • Droid niosący tajne plany,
  • Nowi bohaterowie, którzy tak naprawdę są starymi bohaterami i spokojnie sprawdziliby się kilkadziesiąt lat temu,
  • Dużo akcji, sporo wybuchów, kosmiczne bitwy, ale jakieś 90% z tego nie ma żadnego – powtarzam – ŻADNEGO, znaczenia dla fabuły,
  • Nie ma Imperium, ale jest Nowy Porządek, który jakimś cudem, nie wiadomo jak, ma środki, aby wybudować coś przy czym obie Gwiazdy Śmierci wyglądają jak zabawki.

To jest “Nowa nadzieja”. Wymieniać można dalej. Abrams nawet ujęcia i poszczególne sceny przerobił po swojemu. I znowu się powtórzę, to nic złego. Niestety przy okazji nie wnosi nic do świata przedstawionego. W wyrachowany sposób żeruje na uczuciach fana. Naprawdę doceniam, to, że Abrams wziął się za film biorąc pod uwagę fanów i tym samym nie zrobił tego, co wiele lat wcześniej zrobił Lucas, który fanów zwyczajnie olał. Był naturalnym wyborem, bo wcześniej dostarczał fanom sentymentalnych podróży w przeszłość choćby w dwóch częściach “Star Treka” – dla tych, którzy nie wiedzą, co to takiego, to jest to seria, która bardzo chce być popularna jak Gwiezdne Wojny, ale jej nie wychodzi. Faszerował swoje filmy easter-eggami – i flarami! – a fani nie zwracali uwagi na oczywiste niedociągnięcia. Jednak przy okazji nie był najlepszym wyborem, jeżeli chodzi o zaproponowanie czegoś świeżego. Abrams w “Gwiezdnych Wojnach” zrobił to, co robi najlepiej. Znowu puszcza do nas oko. Tak często, że muszą go już oczy boleć od tego mrugania. Robi lepiej to, co twórcom kolejnych odsłon legendarnych serii takich jak “Szklana Pułapka” czy “Terminator” nie wychodzi. Bo w obu wypadkach mówimy o skoku na kasę. Beznamiętnym odcinaniu kuponów od ciągle żywej pamięci o jakości pierwszych odsłon.

Max Max: Na drodze gniewu
Mad Max: Na drodze gniewu/Fot.
Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.

Co robić?

Po co studia kręcą filmy? Choć chciałbym odpowiedzieć na to w każdy inny sposób, to powód najważniejszy zawsze jest jeden, dla pieniędzy. Film ma na siebie zarobić. I to jest problem, bo z reguły są dwie opcje:

  • Inwestujemy w nową markę, która może, ale nie musi okazać się sukcesem.
  • Inwestujemy w sprawdzoną markę, która ma większe szanse na to, że okaże się sukcesem.

Stąd wysyp sequeli, prequeli, rebootów, spin-offów, fuck-offów, restartów, falstartów i innych dziwnych wynalazków. Może się nam to nie podobać, ale na miejscu większości studiów produkujących filmy robilibyśmy dokładnie to samo. I znowu. Nie ma w tym nic złego, ale można to zrobić na trzy sposoby:

  • Jak w “Terminatorze: Genisys”, gdy robimy film, o którym praktycznie nikt już nie pamięta, ale swoje zarobił choć przy okazji postawił całą serię pod znakiem zapytania.
  • Jak w “Gwiezdnych Wojnach”, gdy robimy film dla fanów, naładowany odniesieniami do tych lepszych poprzednich części, więc swoje zarobi, fani będą go kochać, ale za jakieś dwa, trzy lata zrozumieją, że w sumie nie powstało nic świeżego i wyjątkowego.
  • Jak w “Mad Maxie: Na drodze gniewu”, gdy kręcimy film będący częścią legendarnej serii, ale przy okazji będący też zupełnie nowym dla tej serii rozdaniem. Próbujący się z nowymi rozwiązaniami. Czasami nie tylko na płaszczyźnie bohaterów – choć to i tak się Millerowi udało – ale i w kwestiach technicznych.

Ostatni przykład to w zasadzie odpowiedź, dlaczego to “Mad Max” jest największym pozytywnym zaskoczeniem tego roku. Filmem, który wykorzystuje kultową markę, ale jednocześnie tworzy nową jakość. “Gwiezdne Wojny” tego nie robią. Są jednym wielkim fanserwisem, ale bez nowej wartości dodanej. Najbardziej bezpiecznym rozwiązaniem z możliwych. Logicznym, do bólu wręcz przemyślanym z punktu widzenia biznesowego.

Wpaść w pułapkę nostalgii jest bardzo łatwo i niestety większość filmowych marek wpada w nią na własne życzenie. Problem jednak w tym, że miłość do marki, którą później można wykorzystać, zrodziła się dzięki temu, że pokazano nam coś czego wcześniej w kinie nie widzieliśmy. “Gwiezdne Wojny” zabrały nas w kosmos na wielką przygodą, “Indiana Jones” zrobił to samo, ale bez laserów i droidów. “Park Jurajski” ożywił dinozaury, a “Mad Max” pokazał jak wyglądać może świat po apokalipsie. Będąc niewolnikiem materiału źródłowego nie mamy szans na to, aby rozniecić wspominaną magię raz jeszcze.

Sequele są dobre i potrzebne. Tylko niech to będą takie sequele, które traktują z szacunkiem materiał źródłowy, ale jednocześnie nie boją się pójść własną drogą. Pomyślcie np. o serii “Obcy”. Miała swoje wzloty i upadki, ale nawet jeżeli zamkniemy się na dwóch częściach, to jest tak samo wielu zwolenników teorii, że to pierwszy film jest najlepszy, jak i tych, którzy uważają sequel Camerona za dzierżący palmę pierwszeństwa. Bo Cameron się nie bał. Nakręcił film po swojemu, ale jednocześnie nie deptał materiału źródłowego. Efektem tego jest kinematograficzna perełka.

Co to będzie, co to będzie

Nic nie będzie. Nie zmienię myślenia branży, ale mam nadzieję, że przynajmniej Was skłonię do refleksji, że w dyskusjach na temat sequeli błędem jest założenie, czy one są potrzebne, czy nie. Powinniśmy po prostu patrzeć na to, czy sequel lub film związany z popularną marką faktycznie tę markę rozwija czy tylko żeruje na naszych portfelach. Druga opcja nikomu się nie podoba, dlatego jako fani powinniśmy liczyć na to, że twórcy będą stawiać na rozwój. Dla dobra nas wszystkich.

PS. Żeby nie było wątpliwości. Uważam “Przebudzenie Mocy” za film przynajmniej dobry. Bawiłem się świetnie, ale im dłużej o nim myślę i rozmawiam, tym częściej odczuwam pustkę i jest mi on zupełnie obojętny. Dlatego liczę, że kolejne dwa epizody pójdą swoją drogą i jeszcze dostaniemy film lepszy i ważniejszy dla serii niż “Imperium Kontratakuje”.