Recenzje “WarCrafta”, które spływały do Polski przed premierą filmu nie nastrajały optymistycznie. Oczywiście jak tylko się pojawiły podniosły się głosy, że to tylko recenzje, że tak jak łzom, nie warto wierzyć i recenzentom, a dodatkowo zwracano uwagę na to, że mimo wszystko widzom film się podoba. Tak jak podzielony jest świat “WarCrafta”, tak samo podzielony jest świat odbiorców i przyznam się szczerze, że nie ma chyba opinii, która w stu procentach zadowoli jedną i drugą stronę, bo z opinią jest jak z dupą, każdy ma swoją. No chyba, że to będzie moja opinia, ale jak mawia Wołoszański, nie uprzedzajmy faktów.

For the Horde!

Historia, którą przychodzi nam oglądać to nic innego jak próba wprowadzenia laików w świat kreowany przez lata zarówno w grach, jak i książkach. Gdyby postarać się przełożyć wydarzenia z filmu na te, które można było obserwować w pierwszych częściach serii, to najbliżej im chyba do tych prezentowanych w “WarCraft: Orcs and Humans” z 1994 roku. Oczywiście nie w stosunku jeden do jednego, ale sporo z tego, co znalazło się w grze znalazło swoje odbicie również na wielkim ekranie. Całość dostosowana została do sztywnych ram kina, a że czas ekranowy nie jest z gumy, to Duncan Jones i  Charles Leavitt prawdopodobnie stawali na uszach, aby ich skrypt miał ręce i nogi. Ostatecznie je ma, ale nie są to kończyny zdrowego Orka. Raczej takiego po kontuzji, bo choć scenarzyści mocno się starali, to nie uniknęli problemu rwanych wątków i konsekwencji prób upchnięcia maksymalnie wiele w dwóch godzinach. No dobrze, ale co w takim razie się tam dzieje? W wielkim skrócie wygląda to tak. Poznajemy Durotana (Toby Kebbell), herszta jednego z klanów, który ma wątpliwości o słuszności podążania za Gul’danem i tyle honoru, że wystarczy na całą Hordę. Durotan i jego pobratymcy ruszają razem do nowego świata, do którego wrota otworzył im wspomniany Gul’dan (Daniel Wu) z klanu Rozdzieraczy Burz, który w wolnych chwilach czerpie moc z siły witalnych istot żywych. Oprócz tego prywatnie jest również czarnoksiężnikiem, szamanem i nekromantą. Dzięki niemu trafiają do Azeroth z myślą o podboju, ale jak to zwykle w monumentalnych historiach fantasy bywa, ich radosne plany nie spotkają się z ciepłym przyjęciem ze strony rdzennych mieszkańców najechanych ziem. Do obrony świata ruszają na początku ludzie dowodzeni przez króla Llane’a Wrynna (Dominic Cooper) i jego szwagra Anduina Lothara (Travis Fimmel). Po drodze pojawi się wątek miłosny, zdrady, sporo zgonów po jednej i po drugiej stronie i efektowne pojedynki. Streszczanie fabuły dalej nie ma sensu, bo jest ona prosta jak konstrukcja cepa. Co w przypadku gry nie jest niczym złym – gra angażuje emocjonalnie dlatego, że pozwala graczowi działać – ale w przypadku filmu zaczyna uwierać, bo pomimo chęci Jonesowi nie udało się wycisnąć nic poza pretekstem do pokazywania kolejnych starć. Tym samym dochodzimy do kolejnego elementu. Do narracji i emocji.

Orgrim Doomhammer
Podbijać czy nie podbijać, oto jest pytanie/Fot. Universal Pictures

Wiele razy pisałem o tym jak ważne dla filmowej narracji jest emocjonalne angażowanie widza w wydarzenia na ekranie. Opowiadanie historii wiąże się z emocjami, jeżeli nie potrafisz emocji wywołać, a obraz zmienia się w zwykłe patrzydło, które towarzyszy nam do rytuału picia coli i spożywania popcornu, to coś poszło nie tak. Niestety największym zarzutem jaki mogę wymierzyć w “WarCraft: Początek” jest to, że emocji w tym filmie jest jak na lekarstwo. Nie dlatego, że nie ma momentów, które mają nas chwycić za serce, ale bardziej ze względu na to, że postacie mimo wszystko są jednowymiarowe, a dodatkowo na ekranie między tymi, między którymi ma iskrzyć zwyczajnie nie ma chemii. Fimmel odkrywa Ragnara w zbroi, a tym samym jego Lothar wygląda jakby funkcjonował gdzieś obok świata, o który walczy. Ben Foster jako Medivh nie ma w sobie nic z potęgi Strażnika, a sztuczne zęby Garony (Paula Patton) odwracają wzrok widza od tego, że przede wszystkim wykorzystano tą jakże ważną postać do tego, aby zasugerować nam, że najlepszym lekarstwem na smutki jest spędzenie z nią wieczoru. Paradoksalnie najlepiej wypadają Gul’dan i Durotan, u których proste motywacje, którymi się kierują zwyczajnie do tych bohaterów pasują. Cała reszta jest zwyczajnie umowna i mieści się w ramach klasycznych stereotypów. Wiem, że tak jest w grze, a całą resztę dobudowujemy sobie jako odbiorcy choćby dzięki naszej wyobraźni, ale w filmie mimo wszystko potrzeba czegoś więcej niż zbioru tekturowych foremek.

All hail CGI!

Moją opinię na temat CGI znacie, a jak nie znacie, to kilka słów wcześniej jest link do tekstu, w którym napisałem, dlaczego CGI to głównie smród i zgnilizna. Na szczęście nie zawsze i “WarCraft” jest tego najlepszym przykładem. Film Duncana Jonesa grafiką komputerową stoi, ale to dobrze. To znaczy, niedobrze w kontekście tego, jak produkcja będzie się starzeć, ale z drugiej strony nie wiem, jak można pokazać bohaterów w inny sposób nawiązując przy tym do wyjątkowej stylistyki całej serii gier. Owszem, zaraz możecie napisać, że przecież Uruk-hai w starszej od filmu Jonesa trylogii Petera Jacksona nie byli generowani komputerowo i wszystko wyszło pięknie i “naturalnie”. To prawda, ale osobiście nie wyobrażam sobie jak Durotan miałby wyglądać bez CGI korzystając tylko z kostiumów i charakteryzacji. Ork w “WarCrafcie” to zupełnie inna bajka niż wspomniany Uruk-hai choćby pod względem wielkości. Dlatego nie dziwię się, że zdecydowano się postawić na moc komputerów, a nie ubieranie aktorów w stroje, w których pewnie nie mogliby się nawet sprawnie poruszać – swoją drogą sam Travis Fimmel wspominał, że w pełnym rynsztunku nie był wstanie samodzielnie wsiąść na konia, a on Orkiem zdecydowanie nie jest. Jedynym ratunkiem byłaby animatronika, ale i ona ma swoje ograniczenia, które pojawiłyby się na przykład w trakcie filmowania walki wręcz. Stąd CGI ostatecznie nie razi tak bardzo, jak można było się tego spodziewać.

WarCraft: Początek
Jak ten gryf spadnie na pole walki, to poczujecie moc/Fot. Universal Pictures

Tym bardziej, że sceny walki wyglądają naprawdę dobrze. Odpowiednio podkręcone przez muzykę Ramina Djawadiego – to on jest winny katowania naszych mózgów motywem przewodnim z “Gry o Tron” – pozwalają poczuć siłę uderzenie młota Orgrima czy gniew zdenerwowanego gryfa. Jones nie boi się przemocy i przelewania krwi, a jego bohaterowie obcinają sobie głowy, odstrzeliwują kończyny – choć ubolewam, że Krasnoludy otrzymały ledwie rolę tła – oraz skręcają karki wrogom, jakby to były łebki od zapałek. Jeżeli dodać do tego fakt, że na ekranie widać rękę fana uniwersum, to w zasadzie pod tym względem nie ma się do czego przyczepić. Poziom szczegółów uzbrojenia czy najazdy kamery na pole bitwy w rzucie izometrycznym sprawiają, że na moment możemy się poczuć, jakbyśmy oglądali porządny remaster klasycznych strategii, od których wszystko się zaczęło. Jonesowi mimo ograniczeń w postaci “płaskich” bohaterów udało się sprawnie przechodzić między nimi i wątkami, które są z nimi związane. Brak jednoznacznego głównego bohatera – choćby przeniesienie w pewnym momencie ciężaru fabuły na Garonę – sprawia, że choć nie wierzymy w postacie, to jesteśmy w stanie uwierzyć w konflikt, a raczej różne racje stron w niego zaangażowanych.

Iść do kina na “WarCraft: Początek” czy nie?

Świeżo po seansie napisałem, że jest źle. I w sumie nadal tak uważam, ale przemyślałem to, co zobaczyłem i nie jestem do końca pewny, czy jest tak źle, jak mi się na początku wydawało. Z tego powodu podsumowanie powinno zostać podzielone na dwie części, ale oceny będą trzy, bo czemu nie.

Część dla widzów, którzy są fanami gry:

Jako film dla fanów “WarCraft: Początek” sprawdza się całkiem nieźle. Przeciętny fan nie będzie raczej zwracać uwagi na kwestię emocji czy tego, że Medivh wygląda jak tańsza wersja Gandalfa. Będzie chłonąć świat, w którym spędzał długie godziny. Uśmiechnie się, gdy zobaczy kuźnie Krasnoludów czy dojrzy Murloka. Zostanie wciśnięty w fotel, gdy w trakcie walki Blackhand zmiażdży komuś klatkę piersiową, a Orgrim swoim młotem sieknie wroga z backhandu. Być może zmęczy go fakt, że nie wszystko się trzyma kupy, że Jones skacze od bohatera do bohatera, od wątku do wątku, ale ostatecznie wyjdzie z kina zadowolony. Dla takiego widza ten film to nawet 7/10.

Część dla widzów, którzy trafili na film z ciekawości:

Ci dostrzegą wszystkie wady, o których napisałem. Nie zrozumieją dlaczego tak sztampowa historia fantasy skradła serca milionów graczy na całym świecie. Uśmiechną się gorzko, gdy zobaczą króla Llane’a w jego hełmie, gdy drewniane dialogi będą sączyć do ich uszu sentencje o honorze, miłości i tym, co pojawia się z ciemności – swoją drogą reakcja Khadgara na jedną z linijek zapisanych w pewnej księdze jest jednym z zabawniejszych momentów filmu. Uznają, że widzieli już bardziej “rzeczywisty” konflikt i wrócą oglądać po raz kolejny “Władcę Pierścieni”. Dla takiego widza ten film to jakieś 4/10.

WarCraft: Początek
Jeden z niewielu momentów, gdy zobaczycie inne rasy zamieszkujące świat filmu/Fot. Universal Pictures

Stąd ocena poniżej jest wypadkową tych dwóch, o których napisałem. Na koniec pozostaje mi napisać tylko tyle, że i tak wybierzcie się do kina, bo recenzje nie są po to, aby kogoś zniechęcać czy kreować jedyny słuszny obraz świata. Recenzje są tylko po to, aby recenzent mógł wyrazić swoją opinię, a to co z nią zrobicie zależy już tylko od Was, bo tak jak życia za Was recenzent nie przeżyje, tak i decydować, co obejrzycie nie zdecyduje. Na końcu zostajecie po prostu sami.

Przeczytaj:

[button color=”red” size=”normal” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/kim-sa-harlem-hellfighters-z-battlefield-1/”]Harlem Hellfighters – bohaterowie, o których przypomniał sobie świat[/button] [button color=”red” size=”normal” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”http://lekturaobowiazkowa.pl/na-ekranie/filmy-2016-ktorych-nie-mozesz-przegapic/”]Filmy, których nie możesz przegapić w 2016[/button]