Na początek zdradzę Wam tajemnicę. Jak byłem młody – to znaczy młodszy niż teraz, bo ciągle czuję się młodo, młody jestem i w sumie młodo wyglądam – uwielbiałem filmy Johna Woo. Szczególnie te zrealizowane na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Uważam je za prawdziwe arcydzieła kina akcji. Pamiętam jak przez przypadek trafiłem na seans “Dzieci Triady”. Były wakacje, wieczór, ja nie miałem co robić, więc skakałem po niewielkiej liczbie kanałów, które były dostępne u mojej babci. W końcu trafiłem na film. Nie znałem tytułu – sprawdziłem go po seansie korzystając z Telegazety – ale to było to. Coś innego niż wszystko, co widziałem wcześniej. Przede wszystkim inne od amerykańskiego kina akcji, którym karmiłem się dotychczas.

Jednak nie będzie to opowieść o mojej miłości do Johna Woo. To nie czas i miejsce na takie deklaracje. Zamiast tego chciałem Wam napisać o tym, co kino zawdzięcza temu reżyserowi, a co stało się znakiem rozpoznawczym kilku kultowych już filmów akcji. Tym czymś jest gun fu, czyli morderczy balet z bronią palną w ręku lub rękach. Ewentualnie odnóżach, bo czemu nie.

Kim jest Deadpool
Deadpool

Jaki tu spokój…

Gun fu narodziło się w miejscu, w którym powinno się narodzić, czyli w Azji. Kino opierało się tam głównie o dwie rzeczy. Sztuki walki i komedię. Często jedno i drugie łączono czego dowodem są choćby filmy z Jackie Chanem. John Woo dobrze o tym wiedział, ale jak każdy wybijający się ponad przeciętność twórca chciał zaproponować widzom coś nowego. Myślał, myślał i w końcu wymyślił. Zadał sobie pytanie, co by było, gdyby do strzelanin charakterystycznych dla kina akcji wprowadzić elementy sztuk walki? Miał to być kontrapunkt dla kina amerykańskiego, w którym opierano się głównie na sile rażenia i nie było w tym nic, co nadawałoby starciom nowego wymiaru.

Wierzysz w Boga? Oczywiście, ja nim jestem. – fragment dialogu z filmu “Byle do jutra” z 1986 roku

Oczywiście pomysł to jedno, a wykonanie to drugie. Woo mógł bazować tylko na tym, co w latach 80. oferowało kino. Dlatego wczesne przykłady gun fu opierały się realizacyjnie głównie o trzy zabiegi:

  • Dolly zooms – sposób filmowania kamerą polegający na gwałtownej zmianie ogniskowej kamery i odległości od filmowanego przedmiotu/postaci powodujący zmianę perspektywy tła bez zmiany perspektywy pierwszego planu.
  • Zwolnionym tempie – co dla wielu widzów stało się jednym ze znaków rozpoznawczych kina spod znaku Johna Woo.
  • Travellingu lub po prostu jeździe – wykonywaniu zdjęć z ruchomej kamery, która porusza się na jakimś pojeździe lub wózku.

To wszystko razem pozwalało filmować sceny pojedynków z użyciem broni palnej w sposób, którego kino wcześniej nie widziało. Kiedy Amerykanie fascynowali się zniszczeniami dokonywanymi przez pułkownika Matrixa, John Woo zaprezentował morderczy balet, a głównym jego aktorem uczynił Chow Yun-Fata. “Byle do jutra” oprócz tego, że było pierwszym filmem, w którym Woo spróbował czegoś nowego, było też filmem, który otworzył szeroko drzwi dla nowego gatunku filmów. Tzw. heroic bloodshed opowiadają historie o braterstwie, zemście, poświęceniu. Wszystko podane z odpowiednią dramaturgią i akcją. Choć przed premierą filmu Woo pojawiały się już obrazy takie jak np. “Coolie Killer”, to właśnie Woo gatunek spopularyzował i sprawił, że wypłynął też poza Azję, ale głównie jako inspiracja na przykład dla takich reżyserów jak Robert Rodriguez czy Quentin Tarantino. Woo osiągnął mistrzostwo zarówno w gun fu jak i heroic bloodshed we wspomnianych przeze mnie na początku “Dzieciach Triady”. To jeden z dowodów:

Gdyby nie Woo i Chow Yun-Fat nigdy nie zobaczylibyście Neo czy Johna Wicka. To by się prawdopodobnie nigdy nie wydarzyło, gdyby Woo i Yun-Fat nie zyskali statusu supergwiazd. Ten drugi dzierżąc dwa pistolety stał się wręcz ikoną kina akcji. Ikony przyciągają i inspirują, więc prędzej czy później ktoś z zachodu musiał zwrócić uwagę na to, co działo się w kinie made in Hongkong.

Woo patrzy na strzelaniny jak na muzykę. Jego podstawowym celem był taniec, z wielką dbałością o choreografię, ruch aktorów na ramie. Kochał wysyłać swoich strzelców w powietrze w zaskakujący sposób, o wiele bardziej poetycko niż w innych scenariuszach. Często korzystał ze zwolnionego tempa i wyspecjalizował się w strzelaniu nie po to, aby zabić, ale by zaskoczyć – strzelcy przeciwników czasem pięć, sześć razy – Stephen Hunter w “The Washington Post”

Czas na balet

Gun fu wzbudziło zainteresowanie. I to bardzo szybko, bo już w pierwszej połowie lat 90. XX wieku w Hollywood pojawiły się filmy, które garściami czerpały z doświadczeń Woo. Wystarczy wspomnieć “Armię Ciemności” Sama Raimiego, ale najlepszym przykładem z tego okresu jest “Desperado” z Antonio Banderasem. Prawdziwy przełom nastąpił kilka lat później. Siostry Wachowskie sprowadziły do USA Yuen Woo-pinga, który miał odpowiadać za choreografię ich najnowszego filmu. Produkcji, która czerpała z wielu gatunków i cytowała inne filmy w mniej lub bardziej dosłowny sposób. Od “Ghost in the Shell” przez “Dzieci Triady” ich “Matrix” stał się z jednej strony wielkim hitem i obiektem kultu fanów kina akcji, a z drugiej stał się globalnym ambasadorem gun fu.

Gun fu – fikcyjna sztuka walki opierająca się o broń palną. Stosowana do starć w bliskim kontakcie z wrogiem.

Widzowie zbierali szczęki z podłogi. Sam pamiętam jak jęknąłem z zachwytu, gdy zobaczyłem początkową sekwencję ucieczki Trinity przed policją. Szybko okazało się, że w zachwytach nie byłem osamotniony, bo premiera “Matrixa” sprawiła, że kolejni filmowcy chcieli spróbować czegoś równie efektownego. Próby kończyły się różnie. Świetne filmy towarzyszyły tym gorszym. Jednak choć dzieliła je jakość, to łączyła miłość twórców do efektownego pokazywania pojedynków z bronią różną. Na przykład Kurt Wimmer w “Equilibrium” zaprezentował nam już nie gun fu, a gun kata, która w przeciwieństwie do gun fu nie opiera się na refleksie, a przewidywaniu możliwości przebiegu wydarzeń. Zresztą film z Christianem Balem w roli głównej jest nie tylko interesujący, ale przede wszystkim efektowny. Ciekawostka, przez cały film bohater grany przez Bale’a posyła na kolację do Abrahama 118 osób. Nieźle.

Kolejne filmy i kolejni twórcy dokładali swoją cegiełkę do wykorzystania gun fu. Z czasem znikała gdzieś prostota, pierwotna surowość morderczego baletu, co ma swoje dobre i złe strony. Z filmów, które warto obejrzeć właśnie przez wzgląd na inspirację filmami Johna Woo, można wymienić:

  • “Wanted”,
  • “Kick-Ass”,
  • “Kingsman: Tajne Służby”,
  • “Deadpoola”,
  • “Django Unchained”.

Każdy korzysta z doświadczeń Azjaty w inny sposób, ale dopiero Gareth Evans w fenomenalnym “The Raid” wrócił do korzeni i pokazał, jak to się robiło kiedyś. W pierwszej części sięgając po pomysły Woo z walką w ciasnych pomieszczeniach z przeważającą liczbą przeciwników, a w drugiej rozwijając tę ideę nie tracąc przy tym świeżości i dynamiki. Zarówno on, jak i twórcy pierwszej części “Johna Wicka” udowodnili, że gun fu nadal jest interesujące, nawet gdy wróci do swoich klasycznych inspiracji. Zresztą tak jak Chow Yun-Fat stał się symbolem gun fu w kinie azjatyckim tak Keanu Reeves jest jego “ambasadorem” na zachodzie. Wybór jest naturalny, bo pochodzenie Reevesa czyni go idealnym łącznikiem między wschodem i zachodem.

Filmy 2017
John Wick

Zastrzel mnie glino

John Woo zmienił Peckinpaha w taniec, a Wachowskie sprawiły, że stał się częścią popkultury. Nie tylko w kinie, ale i w innych jej gałęziach. Gun fu pojawia się bowiem w grach, komiksach i wszędzie tam, gdzie twórcy uznają to za stosowne. Choć filmy, w których gun fu się pojawia, bliższe są przede wszystkim wspomnianym grom niż rzeczywistości, to jako fan kina akcji cieszę się, że nadal powstają obrazy, które sięgają po doświadczenia człowieka, który w strzelaninach zobaczył coś romantycznego. To jest chyba ta magia kina. Bo jeżeli nie to, to co?