Płakanie jest mało męskie. Tak kiedyś przeczytałem albo od kogoś usłyszałem. Nie możesz płakać, bo przecież musisz zachować jasność umysłu, nie możesz okazać słabości. W życiu trzeba być “twardym a nie miętkim”. Co jednak poradzę na to, że wzruszam się na filmach. Nie takich z kotkami, które bawią się swoim ogonem, bo myślą, że to taka kudłata kiełbaska. Po prostu, kiedy nikt nie patrzy uronię łzę lub dwie.

Weźmy sytuację sprzed 20 minut. Właśnie obejrzałem “Sekretne Życie Waltera Mitty”. Sam film mocno średni. Taka filmowa ewangelia o zmienianiu swojego życia, czerpaniu z niego pełnymi garściami i cały ten bełkot, który z reguły towarzyszy takim historiom. Choć film momentami mnie nużył to pod koniec nawet trochę się wzruszyłem. Autentycznie coś mnie ścisnęło w gardle. Może to po tej lampce wina do obiadu? Może wino mi szkodzi?

Tak czy inaczej pamiętam inną sytuację. Kilka lat temu spędzałem miły wieczór ze swoją przyszłą żoną i naszym przyjacielem oraz jego ówczesną dziewczyną. Oglądaliśmy “Siedem Dusz”. Siedzimy, wszystko pięknie, światło przygaszone. Nagle gdzieś tak w połowie filmu męska część widowni odwraca się w kierunku wybranek ich upośledzonych serc i co widzi? Łzy wielkości grochów. Płynęły wartkim strumieniem wyrywając nowe bruzdy na ich gładkich dwudziestokilkuletnich licach. Nawet ja po cichu ukrywałem ten przejmujący smutek, jaki ogarnął mnie w trakcie seansu. Ściskało mnie tam w środku, ale nie mogłem nic z tym zrobić. Film oczywiście kiczowaty, mordujący mnie swoją infantylnością.

Pamiętam, że gdzieś nawet widziałem listę 10 filmów, na których można płakać, gdy jest się facetem. Były na niej m.in. “Lista Schindlera”, “ET” i “Odlot”. Ten ostatni faktycznie sprawił, że chciało mi się ryczeć. To dla odmiany piękny film. Cudowna i mądra historia, z której powinni zrobić jakąś lekturę obowiązkową w szkołach. Z tego, a nie jakichś Potterów, Grey’ów czy innych Zmierzchów. W końcu jak mamy do czynienia z filmem, na którym facet płacze z innego powodu niż ze śmiechu to chyba jest wystarczająca rekomendacja.

Nie wiem po co o tym piszę. Może po to, że tak bardzo zapadło mi w pamięć powtarzane jak mantrę zdanie, że facet nie może płakać? A przecież faceci płaczą od momentu, jak tylko zeszliśmy z drzew i przestaliśmy obrzucać się gównem. Odyseusz ryczał aż miło i nie wpływało to zupełnie na jego wizerunek bohatera, który przebył pół świata, aby dotrzeć do tych, których kochał. Wręcz przeciwnie. Dzięki temu był autentyczny. Homer nie unikając tematu męskiego płaczu bohatera sprawił, że Odyseusz był nam bliższy. Bohaterowie “Beowulfa” wielkie chłopy mordujące bez mrugnięcia okiem czy dzielni samurajowie z “The Tale of the Heike” wylewają miski łez. To tylko kilka przykładów z odległej przeszłości. Jest tego więcej, jeżeli chodzi o klasyczną literaturę.

Męczy mnie ten cały macho bullshit. O tym czy jesteś facetem decydują Twoje czyny. Jak radzisz sobie w dorosłym życiu, jak wychowujesz dziecko, dbasz o innych itd. Nie to czy zdarzy ci się od czasu uronić łzę. Zresztą w płaczu coś oczyszczającego. Lżej się robi na duszy jak sobie od czasu do czasu człowiek zapłacze. Nawet nad tym nieszczęsnym kotkiem z Internetu. I z tym Was chyba zostawię, co tu tak będę sam stał…

PS. Jerzy Urban kiedyś powiedział, że wzrusza się na kiczowatych filmach. Ja też.

PS. 2 Nie płakałem na “Titanicu”, ale mój najlepszy kumpel ryczał jak bóbr. Musiało to komicznie wyglądać, gdy w kinie zapalono światła. Ja z bananem na twarzy od ucha do ucha i on z mokrą twarzą i czerwonymi oczami.

Fot. tytułowa – memekode/Flickr.com