Mam na imię Marcin i za chwilę wygłoszę coś, co niektórzy potraktują jak herezje. Być może moje słowa zniszczą komuś dzieciństwo. Jest szansa, że nie jesteście na to gotowi i mnie znienawidzicie, ale mówi się trudno. Czasami trzeba wstać, pierdolnąć ręką w stół lub inny mebel, w który akurat mamy możliwość pierdolnąć – byle nie był to ten mały stolik ze szwedzkiej sieci, bo może się okazać, że nie wytrzyma – i krzyknąć:

Nie każdy film, w którym są statki kosmiczne, to science fiction

Szok, niedowierzanie, zgrzytanie zębów i uderzenia ostrych przedmiotów o siebie. Wiem, że boli, ale czasami po prostu musi boleć. Nie ma innego wyjścia. Zacznijmy jednak od początku. Jak zawsze.

Chaos

Kiedy rozmawiam na temat szeroko pojętej fantastyki często łapię się na tym, że mimo wszystko bardzo łatwo można pomieszać fantasy ze science fiction i odwrotnie. W przypadku niektórych wytworów kultury to rozróżnienie jest bardzo trudne, ale nie w przypadku bohatera naszego tekstu. Jak zwykle, aby wprowadzić Was w odpowiedni nastrój oraz pokazać, że uwielbiam cytować innych, tym samym budując wiarygodność tekstu, dalsze przynudzanie rozpocznę od cytatu:

Science fiction to coś, co może się wydarzyć – ale zwykle tego nie chcesz. Fantasy to coś, co nie może się wydarzyć – jednak często liczysz na to, że mogłoby. – Arthur C. Clarke, “The Collected Stories of Arthur C. Clarke”

Popularna opinia fanów na temat science fiction jest taka, że gatunek ten sprzedaje nam ideę. Jednak sama idea nie do końca musi być tym, co chcielibyśmy, aby się sprawdziło. Zresztą zdanie Clarke’a pociąga za sobą coś jeszcze. Nie każdy film czy książka, w których pojawiają się obcy lub statki kosmiczne to science fiction. W dyskusji na temat jednej z odsłon najlepszych książek science fiction, w której to umieściłem “Drogę” Cormaca McCarthy’ego, jeden z czytelników bloga zwrócił uwagę na to, że zwraca on uwagę na coś, co nazwał pierwiastkami science fiction, których “Droga” nie posiada. Tym samym nie może być zaliczona do grona książek science fiction.

Futurologia oparta na rozwoju technologii i nauki. Po pierwsze i najważniejsze. A w postapo nie ma nic z rozwoju. Jest regres technologiczny i naukowy. Lub stan przed apokalipsą. Nawet jak cywilizacja jest rozwijana to i tak nie jest to wg. mnie pełnoprawne postapo, a sci fi z jej elementami. Do tego dochodzi też dużo “futurosocjologii”, ale znowu równolegle z rozwojem nauki i techniki. W postapo ponownie regres. No i kontakt z ksenocywilizacjami, który jest obecny w sci fi (ale nie musi). Aspekt pierwszego kontaktu, jego przebieg i dalsze implikacje z niego wynikające.

Mój rozmówca złożył, że science fiction to rozwój, tym samym każdy potencjalny regres nie powinien być brany pod uwagę. Z tym, że nie jest tak do końca, bo regres w historii postapokaliptycznej może być następstwem rozwoju, który do owej apokalipsy doprowadził ergo stało się coś, co może nas czekać, ale niekoniecznie chcemy, aby się wydarzyło. To jednak temat na inny tekst. Cytat wyciągam dlatego, aby pokazać jak wiele zależy od interpretacji nawet – a może przede wszystkim – tej prywatnej.

Gwiezdne wojny
Jeden z plakatów promujących markę/Fot. Disney

Kosmiczne fantasy

To powyższe określenie nie jest moje, jest George’a Lucasa, który mówił o tym choćby w ubiegłym roku na festiwalu w Sundance. Tak zwykł mówić o “Gwiezdnych wojnach”. Fantasy w kosmosie, to zresztą świetne podsumowanie tego czym według mnie są “Gwiezdne wojny” – choć jeszcze lepszym sformułowaniem jest “science fantasy”. Historia opowiadana od kilkudziesięciu lat ma w sobie cechy baśni, rasowej opowieści fantasy, a najmniej utworu, który mógłby zostać nazwany jako science fiction. Gatunek u swoich źródeł miał i ciągle ma teoretyzowanie na temat tego, jak mogą potoczyć się nasze losy i tym samym, co czeka ludzkość za wiele lat. Co istotne to przewidywanie często ma przełożenie na rzeczywistości. Weźmy niezastąpionego Juliusza Verne’a. “20.000 mil podmorskiej żeglugi” dało światu nie tylko dzielnego kapitana Nemo, ale przede wszystkim przewidziało, że gdzieś kiedyś powstanie pojazd pozwalający nam na przemieszczanie się pod wodą. Nawet “Wehikuł czasu” H.G. Wellsa okazał się proroczy. Wiem, że pierwszą rzeczą, która się z tą powieścią kojarzy są podróże w czasie, ale w rzeczywistości prorocze okazały się słowa Wellsa na temat konfliktów zbrojnych na skalę globalną, do których jak wiemy niestety doszło.

W “Gwiezdnych wojnach” nie ma ani przewidywania, ani odniesienia do rozwoju ludzkości. Nawet kontakty z obcymi cywilizacjami tak charakterystyczne dla gatunku nie mają w sobie nic z tego, co niesie ze sobą rasowe science fiction. Rasom ze świata “Gwiezdnych Wojen” zdecydowanie bliżej do fantastycznych elfów czy trolli niż kosmitów, którzy przybywają na naszą planetę w różnych, często niecnych, celach. Idąc dalej w science fiction często w centrum jest człowiek. Dlatego tak istotne są pytania o naturę człowieczeństwa, tego, jak my ludzie poradzimy sobie, gdy rozwój technologii przekroczy granicę, za którą przestaniemy nad nim panować. To drugie w sumie już się wydarzyło. Jak będziemy funkcjonować, co się stanie z naszym otoczeniem, jak ono wpłynie na nas i tak dalej, i tak dalej. Tymczasem w słynnej sadze to nie te rozważania są istotne, a klasyczna dla fantasy walka dobra ze złem. Boga z diabłem, światła z ciemnością, Pepsi z Colą, DC z Marvelem.

Wspominając o Pepsi, znaczy o Bogu, nie sposób nie wspomnieć o bardzo ważnej sferze duchowej. Elemencie, który w science fiction występuje bardzo rzadko – przykładem może być “Diuna” Franka Herberta, ale nie chcę spoilować co tak naprawdę się tam w tej sferze dzieje – a z kolei w fantasy stanowi istotny element gatunku. Jak wiemy w “Gwiezdnych Wojnach” duch, wiara, siła wyższa stanowią jeden z motorów napędowych dla całego świata. Filmy zmierzają bardziej w kierunku mitologii, filozofii i wspomnianych elementów baśniowych – zresztą wśród inspiracji można znaleźć na przykład legendy arturiańskie – niż klasycznych dla science fiction rozważań. Nie ma relacji między człowiekiem i technologią. Ta druga jest kompletnie bez znaczenia, jak już ma znaczenie to najczęściej pełni tylko służalczą funkcję dla tego, który z niej korzysta.

Gdybyśmy zestawili ze sobą “Władcę pierścieni” i “Gwiezdne wojny” nagle mogłoby się okazać, że to drugie to brat bliźniak historii napisanej przez Tolkiena. Mamy rycerzy, księżniczki, ważną misję, poświęcenie, złą siłę zalewającą świat, Jar-Jar Binksa. To jeszcze nie musi świadczyć o tym, że “Gwiezdne wojny” to nie science fiction, bo jest ta druga strona medalu lub jak kto woli…

Gwiezdne wojny
I jeszcze jeden plakat z motywem drogi/Fot. Disney

Mroczna strona Gwiazdy Śmierci

Moje zdanie już znacie, ale dlaczego to ja mam mieć rację? Przecież dla wielu odbiorców nie liczy się to, co napisałem. By coś został zakwalifikowane do gatunku wystarczy bowiem określona estetyka. Futuryzm, nawet jeżeli jest mocno abstrakcyjny, może usprawiedliwiać mówienie o sadze jak o tytule z gatunku science fiction. Wspominane przeze mnie przewidywanie jest dla gatunku istotne, ale przy okazji można zadać sobie pytanie, co jesteśmy w stanie przewidzieć i przez pryzmat czego mamy ocenić, co jest możliwe, a co nie?

Space opera – podgatunek fantastyki naukowej koncentrujący się wokół romantycznych przygód, podróży międzygwiezdnych i kosmicznych bitew, w którym głównymi wątkami są konflikt międzyplanetarny i osobiste przeżycia bohaterów. Często – jawnie lub niejawnie – wykorzystuje elementy konwencji fantasy oraz baśniowe.

W końcu i science fiction, i fantasy, to cześć fantastyki, która jest jeszcze bardziej pojemna i wewnątrz gatunku pozwala na spekulowanie, co by było gdyby. Również, co by było gdyby drzewa potrafiły mówić. Bawiąc się gatunkami dojdziemy do wniosku, że “Gwiezdne wojny” to przecież space opera, a skoro space opera to gatunek fantastyki naukowej, to cała saga jest tytułem science fiction.

Obrońcy tego bastionu pozwalają sobie nawet na to, aby wspomnieć o tym z czym związana jest Moc. Pojawiły się midichloriany, których obecność miała dodać temu obszarowi historii bardziej naukowy charakter, ale ostatecznie jedno się nie zmieniło. Moc ciągle pozostawała mistyczną siłą, której pochodzenie nie jest wyjaśnione. Co ciekawe zauważyłem, że obie grupy lubią się radykalizować tym samym sprawiając, że ostateczne rozstrzygnięcie jest trudne czy wręcz niemożliwe.

Choć osobiście skłaniam się ku temu, by uznać “Gwiezdne wojny” za fantasy, to nie jestem w stu procentach przekonany, czy taka interpretacja jest słuszna, a nawet czy jest potrzebna. Bo w ostatecznym rozrachunku liczy się przede wszystkim to, czy dane dzieło popkultury jest udane. Czy ma wpływ na odbiorcę, a może i na przyszłe wytwory kultury popularnej. Bez względu na to, czy uznamy “Gwiezdne wojny” za fantasy czy science fiction jedno się nie zmieni. To fenomen, który wychował miliony odbiorców i który ma prawdziwą moc sprawiania, że dorośli ludzie czują się jak dzieci.

Fot. tytułowe – fragment plakatu, który promował “Przebudzenie mocy” w kinach IMAX