Pisanie bywa naprawdę trudne. Szczególnie, gdy potrzebujemy tematu. Temat to ruchliwy gagatek. Niby już go masz, ale ostatecznie okazuje się, że ucieka przed Tobą. Dlatego czasami napisać, to jest nic. Mieć o czym napisać, to jest coś. Szukam inspiracji wszędzie. Może szukam to złe słowo, bo po prostu te znajdują mnie w wielu wypadkach same. Tak było i w tym wypadku. Moja córka – lat 4 – bawiła się figurkami przedstawiającymi bohaterów DC Comics. W jej wersji świata to Harley Quinn była mamą Batgirl i tak mnie to ujęło, że nagle dostałem olśnienia. Olśnienia podwójnego, bo wcześniej w moje ręce wpadła gra “Torment: Tides of Numenera”, która w pewnym sensie łączy się z wyobraźnią mojej córki. Uznałem, że Harley Quinn jako mama Batgirl to początek wieloświata. I tak to się mniej więcej zaczęło, a sam tekst powinien zacząć się od ostrzeżenia. Podobnego do tego, które pojawia się przy okazji leków, aby nie zeżreć całego opakowania, bo można się zatruć, a może i wybrać na herbatkę do Abrahama. Dlatego ostrzegam, że choć jest to tekst związany przede wszystkim z popkulturą, to tak naprawdę będzie tu sporo naukowego bełkotu i teorii, których być może nigdy nie uda się udowodnić. Dlatego czytacie to na własną odpowiedzialność. Za potencjalne skutki uboczne nie odpowiadam, a za leczenie płacicie sami. Cieszę się, że się rozumiemy.

Ale o so chozi?

Właśnie Marcin? O co chodzi? Coś ty znowu wymyślił ty chory pokurczu. Nie wymyśliłem niczego o czym pewnie byście nie pomyśleli. Nim zobaczyłem jak rodzi się uniwersum DC Comics mojej córki zastanawiałem się, co mogę napisać o “Tides of Numenera”. Rozważałem różne opcje. O inspiracjach stojących za grą i jej fabularnym odpowiednikiem. O tym, jak powstała, jak powstało całe uniwersum. I nagle przyszło olśnienie. Przecież to kolejny przykład świata, który opiera się o teorię starą jak nasz staruszek – to znaczy nie wiem, czy ona jest faktycznie stara jak świata, ale na pewno starsza ode mnie. Teorię, która świetnie odnajduje się w popkulturze. Bez względu na to, czy mówimy o książkach, serialach, grach czy komiksach.

Zgodnie z jedną z interpretacji mechaniki kwantowej w tej przestrzeni znajdują się wszechświaty, które pochodzą od naszego wszechświata. Co chwila powstają w tej przestrzeni nowe uniwersa, za każdym razem, gdy powstaje we wszechświecie wybór (np. dana cząsteczka może poruszyć się kilkoma drogami i wtedy powstaje tyle nowych wszechświatów, ile jest możliwych dróg – a w każdym z nich cząsteczka porusza się po innej drodze).

Na pewno zastanawialiście się, czy to, co znamy, to koniec? Czy nasz świat jest jedyny? Nasza rzeczywistość też. Czy może jest gdzieś inna wersja nas. Taka, której życie potoczyło się inaczej niż nasze? Może lepsza, a może wręcz przeciwnie. Człowiek od lat się nad tym zastanawia, bo jesteśmy z natury ciekawi. Temat światów równoległych czy po prostu innych światów jest intrygujący nie tylko z powodu naukowego romantyzmu, że coś tam jest, ale dlatego, że gdyby faktycznie było, to otwiera przed nami wiele możliwości. Bo wyobraźmy sobie, że wieloświat istnieje. Tak jak na przykład istnieje w komiksach Marvela i DC Comics. W tych samych, w których każdy bohater ma różne wersje.

W skrócie wieloświat to nic innego, jak zbiór wszystkich możliwych wszechświatów. Skoro zakładamy, że istnieje wiele wszechświatów istniejących równolegle, to musi być coś, co te wszechświaty ze sobą spina. Od tego mamy wieloświat. Koncepcja, która nie tylko fascynuje fizyków, ale i twórców kultury. Z tą różnicą, że tam, gdzie fizycy widzą przede wszystkim skomplikowane wyliczenia matematyczne, tam pisarze i scenarzyści widzą nieskończoną liczbę możliwości. Zresztą o tym, jak mocno kultura jest powiązana z wieloświatem świadczy to, kto miał wpływ na popularyzację tego terminu.

Choć pierwszy raz użył go w grudniu 1960 Andy Nimmo, wtedy wiceprezesa Szkockiego Oddziału Brytyjskiego Towarzystwa Międzyplanetarnego, to dopiero pisarz Michael Moorcock użył go tak, jak rozumiemy wieloświat aktualnie. Jako określenie na zbiór wszystkich wszechświatów. Kolejny krok wykonał fizyk David Deutsch. Oczywiście wykonał go po przeczytaniu książki Moorcocka, w której to sformułowanie się pojawia. Następnie użył go w tym znaczeniu w swojej pracy naukowej na temat zbioru wszystkich możliwych wszechświatów. Od tej pory wieloświat rozumiany jest na wszystkich płaszczyznach podobnie.

Jak to działa?

Na pozór bardzo prosto. Naukowcy nie są do końca pewni, która opcja jest prawdziwa. Możemy jednak założyć że:

Jeżeli wszechświat ciągle się rozszerza, to znaczy, że w pewnym momencie musi zacząć się powielać, bo choć jest ich wiele, to mimo wszystko istnieje skończona liczba możliwości, w których cząstki tworzące wszechświat mogą ustawić się w czasie i przestrzeni.

Rozszerzanie się wszechświata oznacza też, że musi on mieć swój koniec, granicę, a jeżeli tak, to za jego granicami może znajdować się kolejny, który też się rozszerza i tym samym “przepycha” z naszym. O tym drugim założeniu – związanym z kwestią powielania się światów – głośno było dwa lata temu, gdy Ranga-Ram Chary, naukowiec z centrum danych Plancka w Kalifornii, odkrył tajemniczy blask. Blask, który z ponad 60% pewnością może być efektem kolizji dwóch wszechświatów.

Idąc dalej teoria kwantowa zakłada, że każda nasza decyzja, każdy ruch cząstek we wszechświecie sprawia, że powstają kolejne światy z każdą możliwą drogą wydarzeń. Te z kolei rozgałęziają się dalej. I tak w nieskończoność. Problem jednak w tym, że być może nigdy nie uda się nam tego udowodnić. Clifford Johnson, kosmolog z University of Southern California, uważa, że choć traktujemy to jako fantastykę to jednocześnie powinniśmy to zagadnienie badać. Być może uda się nam kiedyś zajrzeć za trzecią stronę kartki, którą jest nasza rzeczywistość. W skrócie chodzi o to, że jeżeli nasz świat istnieje równolegle do innych, to ze względu na to, że jesteśmy “niewolnikami” praw fizyki oraz czterowymiarowego wszechświata nie jesteśmy wstanie zajrzeć dalej. Nasza kartka ma tylko dwie strony, a powinna mieć trzecią, za którą kryje się to, czego szukamy. Swego czasu to zagadnienie wykorzystywał “Interstellar” Christophera Nolana. I nawet nieźle mu szło, ale ostatecznie coś “nie pykło” i mieliśmy tylko zapłakanego Matthew Mcconaughey’ego, który prawdopodobnie doczytał scenariusz do końca, ale było już za późno. Krok dalej od Johnsona idzie Max Tegmark z Massachusetts Institute of Technology, który uważa, że multiwersum to nie tyle fantazja, co po prostu nauka. Efekt działania zjawisk, które znamy i obserwujemy na co dzień.

Co ma do tego popkultura?

Sporo. Niektórzy twierdzą wręcz, że teoria multiwersum przeżera ją od środka i paradoksalnie sprawia, że ogranicza naszą kreatywność. Służy za wytrych, który pozwala wyjaśnić czasami najbardziej absurdalne pomysły nadając im sens, którego w innym wypadku nie mogą mieć.

Wieloświat to podpora dla twórcy, który może wyjaśnić rzeczy, których normalnie ten twórca wyjaśnić nie może.

Ja tak drastycznie do tego nie podchodzę, bo jak zwykle uważam, że to kwestia wykonania, a nie tego, że coś istnieje lub nie. Nawet najlepsze ciasto można zepsuć mimo tego, że ma się dobre składniki i przepis. Na szczęście dla nas są tacy, którzy swoją twórczością udowadniają, że wiedzą, co robią i nie oferują nam zepsutego chleba. Oczywiście wszystko zależy od punktu widzenia. Taki Terry Pratchett wraz ze Stephenem Baxterem zgłębił temat we wspólnych książkach. Za sprawą serii “Długa Ziemia”. Ich bohaterowie przemieszczali się między światami, które istnieją równolegle. Światami, które są podobne do naszego, ale mimo wszystko inne.

Są prawie jak nasze, zwykle różnią się szczegółami. Tam, gdzie ewolucja potoczyła się trochę inaczej, pojawiają się np. inne istoty – Piotr Cholewa, tłumacz książek Pratchetta

Zresztą popkultura przez lata zniekształciła teorię stworzoną przez Hugh Everetta III. Naukowiec zakładał, że wszystko co może się zdarzyć, zdarza się na pewno w którejś z odnóg rzeczywistości, która przypomina wielkie, rozgałęziające się w każdej chwili drzewo życia. Każda możliwość jest tak samo realna i każda ma miejsce. Potraktował wszechświat jak wielki byt, który ewoluuje. Najciekawsze jest to, że z początku uznano go za, delikatnie rzecz ujmując, ekscentryka – wszak przeciwstawiał się dotychczasowemu status quo, które trwało choć coraz częściej uważane było za niedoskonałe – a samą teorię opisał na serwetce podczas jednej z obficie zakrapianych imprez. Prawdziwie romantyczna historia. Niedoceniony geniusz, który zapewne pod wpływem, prezentuje teorię zmieniającą to i owo we współczesnej fizyce. Nie wiem czemu jak myślę o tej scenie, to przed oczami mam Eddiego Redmayne’a.

Hugh Everett III
Pan od chusteczki/Fot. Domena publiczna

Co ciekawe z popkulturalnych wieloświatów tym, który jest naprawdę stary jest ten komiksowy. Konkretnie wieloświat DC Comics, który otrzymał swoje zręby jeszcze na początku lat 40. XX wieku, czyli wiele lat przed chusteczką Everetta III. Marvel swoją koncepcję równoległych światów zaczął rozwijać później, ale powody były podobne jak w przypadku DC. Trzeba było jakoś wyjaśnić niektóre zawiłości fabularne i relacje między bohaterami. Przy okazji oczywiście otwierając sobie drzwi do nowych możliwości podczas tworzenia scenariuszy, ale i te drugie drzwi. Te do problemów z zarządzaniem rozrastającym się uniwersum. Świetnie z wieloświatami radzą sobie literaci. O Moorcocku już wspominałem. Swoją drogą to bardzo ciekawa persona. Nie przepada za “Władcą Pierścieni”, uważa, że to co sam tworzy jest naprawdę świetne, nawet, gdy nie jest i ogólnie nie owija w bawełnę. Żeby było jeszcze zabawniej to choć tworzy powieści utrzymane w klimacie science fiction to jednocześnie nie przepada za gatunkiem oraz jego fanami. Prawda, że sympatycznie? On nie jest jedynym, który eksplorował koncepcję wieloświatów.

Na uwagę zasługuje na przykład Stephen King. Na temat świata wewnątrz świata w powieściach Kinga napisałem spory, pełen spoilerów, tekst. Dlatego po więcej odsyłam Was właśnie do niego. King przez całą swoją dotychczasową karierę tworzył zgodnie z ustalonym planem. Jego książki pozornie ze sobą niezwiązane okazują się wiązać. Jakby tego było mało “Mroczna Wieża” staje się miejscem, w którym te wszystkie światy się ze sobą spotykają. Rozdrożami, po których podróżują bohaterowie. Miejscem, które jest multiwersum Kinga. Zresztą nie tylko król horroru podchwycił ten koncept. Roger Zelazny w “Kronikach Amberu” zaprezentował Cienie. Miejsca, które są tak naprawdę światami równoległymi rozciągniętymi między Amberem i Dworcami Chaosu. Tym samym Cienie to po prostu odbicie wszystkiego, co mogło się wydarzyć w Amberze. Wspominam o tej serii nie tylko dlatego, że Zelazny wykorzystał koncept multiwersum, ale przede wszystkim dlatego, że “Kroniki Amberu” zwyczajnie trzeba przeczytać. O ile interesuje Was szeroko pojęte fantasy.

Kryzys na nieskończonych ziemiach
Kryzys na nieskończonych Ziemiach/Fot. DC Comics

Zresztą jak spojrzycie na powieść C.S. Lewisa, to cykl “Opowieści z Narnii” jest kolejnym przykładem koncepcji multiświata. Nasz świat funkcjonujący równolegle do świata Narnii. Łącznik między nimi w postaci szafy choć funkcjonowania równoległych wersji tych samych postaci jednak nie stwierdzono. Sięgali po niego w mniejszym lub większym stopniu też tacy autorzy jak: Isaac Asimov, Robert A. Heinlein, Stephen R. Donaldson, Neil Gaiman czy przed nimi wszystkimi H.G. Wells, który w powieści “Ludzie jak bogowie” dopełnił całość zabawami z czasem. Przykładów jest oczywiście więcej. Spokojnie można je mnożyć, a jednym z najczęstszych składników, jaki do tego jest dorzucany to podróże w czasie połączone z próbami zmieniania biegu wydarzeń.

Swoje trzy grosze dorzuca do całego mniej lub bardziej równoległego bałaganu dorzuca telewizja. Swego czasu jednym z moich ulubionych seriali był “Fringe: Na granicy światów”. I choć oglądałem go z wypiekami na twarzy, to ostatecznie nie dotrwałem do samego końca, a ostatni sezon wydał mi się już tylko zbiorem wydarzeń bez ładu i składu. Z podróży między światami równoległymi najważniejszy element uczynił serial “Sliders”. Zresztą źródło pomysłu na ten serial związane było z prawdziwym wydarzeniem. W trakcie rewolucji amerykańskiej Jerzy Waszyngton siedząc na koniu jakimś cudem przeżył atak ośmiu brytyjskich żołnierzy. Każdy wystrzelił do przyszłego prezydenta USA, ale kule minęły celu. Jeden z twórców serialu czytając o tym wydarzeniu zadał sobie proste pytanie:

Co by było gdyby kule jednak trafiły?

Jak potoczyłyby się losy kraju po śmierci jednego z jego symboli? Wiele seriali choć nie opiera o wieloświat całej fabuły to od czasu do czasu albo bierze pod uwagę możliwość, że takowe istnieją, albo prezentują swoją wizję wieloświata w jednym lub kilku odcinkach. Przykłady znajdziecie w “Doktorze Who”, “Futuramie”, “Wyklętych”, “Czerwonym Karle” czy nawet “Buffy: Postrachu wampirów” i wielu, wielu innych.

Sliders
Podobno najlepszy serial sf w historii

Ludzka ciekawość

Jedna z najważniejszych sił sprawczych w historii. Przejawia się nie tylko wśród twórców, ale i wśród odbiorców. W końcu, gdyby tak nie było nie byłoby sensu, aby powstawały gry takie jak “Planescape: Torment” czy teraz “Torment: Tides of Numenera”. Twórca Dziewiątego Świata, Monte Cook, miał już doświadczenie w tworzeniu wieloświatów. W końcu razem z Colinem McCombem pracował przy papierowej wersji “Planscape”. Tak naprawdę sztandarowego przykładu wykorzystania multiwersum w grze fabularnej. Później oczywiście przeniesionej do świata elektroniki o czym takie stare pryki jak ja nie dają innym zapomnieć. O tym, jak bardzo Cook wrósł w ideę wykorzystywania wielu światów niech świadczy fakt, że Numenera choć jest uniwersum odmiennym od tego, przy którym pracował razem z McCombem, to jednak ma też wiele punktów wspólnych i jakby przymknąć oczy to być może ktoś mógłby się pomylić. To zresztą ciekawy przykład tego, jak potrzeba stworzenia gry komputerowej wpłynęła na to, co działo się w wersji fabularnej. W końcu Cook i McComb postanowili, że do tej drugiej muszą trafić miejsca, które pojawią się w grze komputerowej, aby gracze nie czuli, że dziewiąty świat jest niespójny.

Torment: Tides of Numenera
Hej przygodo/Fot. inXile Entertainment

O wieloświatach można pisać długo i zawile. Przecież same naukowe podwaliny tej koncepcji to materiał na prace doktorskie. Ja chciałem tylko zasygnalizować, jak bardzo nauka, kultura i ludzka ciekawość przenikają się od wielu lat. Nic odkrywczego, ale niektóre motywy wykorzystywane są częściej niż inne. Nawet wtedy, gdy ktoś jeszcze czegoś oficjalnie nie nazwał to coś już gdzieś się pojawia. Kiełkuje w głowach kolejnych twórców. Później w głowach naukowców, a później nie daje spokoju nam, zwykłym zjadaczom chleba. Kto wie, może gdzieś tam wcale nie prowadzę bloga, a walczę z obcą rasą albo już dawno nie żyję. Tyle możliwości, a tak mało czasu…