Wczoraj świat obiegła informacja o tym, że H.R. Giger potwierdził smutną prawdę o tym, iż na schodach trzeba uważać. Zaraz po niej ujawniło się wielu fanów jego twórczości. I dobrze. Należy mu się. Nawet, gdyby całą ją sprowadzić do projektu najsłynniejszego i przy okazji najbardziej przerażającego potwora w historii kina. W końcu prawda w jego wypadku jest taka, że niestety wielu z nas kojarzy go tylko z tego. Nawet nagłówki naprowadzają czytelnika właśnie na słynnego kosmitę:

Twórca postaci Obcego – gazeta.pl

[…] rzeźbiarz koszmarów, twórca Obcego – Wyborcza

Twórca oprawy plastycznej “Obcego” – WP.pl

I tak dalej, i tak dalej. Rzeźbiarz koszmarów akurat się Wyborczej udał. Czy ktoś potrafi podać tytuły innych filmów, które korzystały z jego napędzanych opium wizji? Czekam, czekam… Pierwszym z brzegu jest “Diuna”. Jednak nie ta Lyncha, a ta, która nigdy nie powstała. To dzięki zaangażowaniu w ten projekt Giger później mógł liczyć na angaż w filmie Scotta. Więcej o tym przeczytacie na blogu Pochodne Kofeiny – który gorąco polecam. Wiecie, że przygotował swoją wizję pojazdu Batmana? Niestety nie trafiła ona do Batmana Forever. Może to i dobrze. Więcej szczęścia Giger miał do muzyki. Współpracował z Celtic Frost, Carcass, Dead Kennedy’s czy Korn. Niestety, a może stety dla Was ja jak zwykle nie o tym…

Myślałem, że znam się na sztuce

Pierwszy raz z Gigerem zetknąłem się w pod koniec podstawówki. Wcale nie za sprawą filmów, a przez swojego wujka. Z wykształcenia grafik przez wiele lat był w Warszawie współwłaścicielem jednej z wziętych agencji reklamowych. Dzięki niemu dowiedziałem się czym jest polska szkoła plakatu, jak powstają reklamy i kim jest Boris Vallejo. Tego ostatniego poznawać wtedy nie powinienem, bo Peruwiańczyk jak machnie grafikę to z reguły taką:

Grafika Boris Vallejo
Boris Vallejo

W całej swojej szczeniackiej naiwności myślałem, że jak dorzucę do tego Gigera, to znam się na sztuce. Dupa nie sztuka. Nie znam się, nie znałem się i znać się raczej nie będę. Pamiętam rozmowę z jednym historykiem wspomnianej sztuki, który powiedział mi, że Giger owszem ciekawy, ale jak dokonacie dekonstrukcji jego dzieł to wszystko sprowadza się do cycków i seksu będącego wynikiem jego narkotycznych wizji. To taki Vallejo tylko że w kosmosie. Nie wiem. Może historyk miał rację.

Kiedy się nad tym głębiej zastanowię, to chyba nie o rozkładanie na czynniki chodzi. Przecież dla przeciętnego człowieka liczą się emocje. Tak powinno być. Coś ci się podoba, coś ci się nie podoba. Koniec. Giger wzbudzał emocje albo ich nie wzbudzał. Kiedy zaczynamy się bawić w domorosłych krytyków zaczynamy tracić z oczu coś, co dla mnie jest kluczem całej zabawy w obcowanie ze sztuką. Tracimy przyjemność w najprymitywniejszej odmianie. Nie pozwalamy sobie na całkowite wyłączenie się od zewnętrznego świata. Jak byłem młodszy z wypiekami na twarzy oglądałem każdy film, jaki tylko mogłem zobaczyć. W dupie miałem oceny na RT czy Metacritic – wiem, że ich nie było – liczyło się tu i teraz. Ja i film. Nic więcej. Czasem jak rozmawiam z kimś na temat kina mam wrażenie, że coraz więcej o nim wiemy, a przy okazji coraz mniej nas ono cieszy. Bawimy się w jakieś niepotrzebne rozkimny. Oceniamy przez pryzmat czterystu innych dzieł, sięgamy do sieci. Przeładowujemy głowę informacjami, które chyba nie są nam potrzebne. Wiem, że ktoś może powiedzieć, iż to strasznie naiwne podejście. Zgadzam się. Nie zaprzeczę, bo lubię pozwolić sobie na to, iż jestem naiwny w swoich ocenach. Że nie uciska mnie kij głęboko tkwiący w dupie, który swoją końcówką smyra jakąś część mojego mózgu.

W książce Josepha Heatha i Andrew Pottera “Bunt na sprzedaż. Dlaczego kultury nie da się zagłuszyć” pada stwierdzenie, że  jakiś jej wytwór albo jest dobry, albo nie. Nie ma czegoś takiego jak alternatywa do  mainstreamu. Jak zespół grający muzykę alternatywną jest słuchany przez 1000 osób, to nie dlatego, że nikt inny ich nie rozumie. Nie. Nikt więcej ich nie słucha, bo ich muzyka to dno i trzy metry mułu. Lou Reed w połowie lat 70. XX wieku nagrał album „Metal Machine Music”. Płytę z hałasem bez ładu i składu. Oczywiście zaraz po premierze pojawili się ci, którzy w całej swej czołobitności uważają, iż jest to jedno z piękniejszych osiągnięć w historii muzyki awangardowej. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy. To jest hałas. Nic z niego nie wynika. To nie ma żadnego sensu i pewnie zostało nagrane w trakcie jakiegoś ostrego heroinowego lotu. Z drugiej strony jak kogoś bawi słuchanie tej płyty, to ma do tego pełne prawo.

Zastanawiam się, czy wspominany historyk sztuki był człowiekiem szczęśliwym. Czy cieszyło go odkrywanie kolejnych artystów, którzy mają swoje wizje. Może był smutnym gościem, który rzyga kanonem za każdym razem jak obcuje z czymś zupełnie nowym. Bo kreska nie taka, bo smutne, bo to nie Dali. Kiedy ktoś zapyta mnie czy Giger wielkim artystą był odpowiem, że nie wiem. Nie interesuje mnie to. Dla mnie najważniejsze jest to, że to co tworzy mi się podobało. Nawet jeżeli miało to miejsce kilkanaście lat temu. I tego będę się trzymał, swojej szczeniackiej potrzeby bycia naiwnym i czerpania przyjemności nawet z rzeczy powszechnie uważanych za słabe.

Fotografia tytułowa: Tim Snell/Flickr.com

[tw-button color=”red” size=”big” alignment=”center” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”http://lekturaobowiazkowa.pl/ksiazki/5-najlepszych-ksiazek-z-gwiezdnych-wojen/”]Biblioteczka fana Gwiezdnych Wojen[/tw-button]