Poważny tekst o poważnym komiksie na poważnym blogu napisany przez poważnego człowieka

Są komiksy dobre, całkiem udane i świetne. Są też komiksy, po których pojawieniu się coś w świecie komiksów się zmienia. Definiujące gatunek. Sprawiające, że po ich premierze będzie się mówiło o epoce przed tą premierą i epoce po niej. Takim komiksem jest „Azyl Arkham: poważny dom na poważnej ziemi”. Komiksowe dzieło sztuki. Choć jest to komiks wybitny, to mimo wszystko rzadko stawiany jest obok pozostałych komiksów definiujących postać Batmana. Czas to zmienić. Czas powiedzieć to głośno.

Raz, dwa, trzy, kto jest szalony? Ja czy ty?

Minęło 25 lat od ukazania się pierwszego wydania tej opowieści, a ona nadal sprawia, że musimy zadać sobie pytania o poczytalność Batmana. O sens jego walki, o to, gdzie by był, gdyby nie śmierć rodziców i co by było, gdyby nie założył maski. W każdej recenzji można przeczytać, że to komiks wielki, przełomowy, niesamowity, fantastyczny, wgniatający w fotel itd., itd. I jest to oczywiście i prawda, i straszny banał. To wszyscy wiemy. Przez ponad dwie dekady fanom komiksu ludzie tacy jak ja wbijali innym do głowy, że oto mają przed sobą prawdopodobnie jedną z pięciu najlepszych opowieści o Batmanie w historii tego bohatera. Dlatego nie wiem, co mogę napisać o samym komiksie więcej niż to, co wszyscy już napisali.

To, że Grant Morrison tym tytułem otworzył sobie drzwi do wielkiej kariery w zasadzie wywalając wspomniane drzwi razem z futryną. To, że warstwa graficzna stworzona przez Dave’a McKeana jest wyjątkowa. Nie tylko pod względem bogatej symboliki, nawiązań do kultury, ale i technik jakie wykorzystał podczas tworzenia. Jest tu i tradycyjna grafika, są malowidła, szkice, kolaże, zdjęcia przedmiotów użytku codziennego odpowiednio przerobione i podkolorowane. A może to, że komiks zadaje trudne pytania nie tylko o samego Batmana, ale i o nas. Naszą poczytalność, radzenie sobie ze stratą, traumami. Morrison mógł pójść na łatwiznę. „Pogadać” trochę o poczytalności, a później przejść do tradycyjnego starcia dobra ze złem. Szkot jednak celował w coś innego.

Chciałem ukazać historię o Batmanie opowiedzianą z punktu widzenia snu, emocjonalnej i irracjonalnej półkuli mózgu, co miało być odpowiedzią na bardzo dosłowny, “realistyczny” sposób narracji, który był wówczas modny za sprawą takich dzieł jak “Powrót Mrocznego Rycerza” czy “Strażnicy”.

Tak o swoim pierwotnym zamierzeniu mówił sam Morrison po premierze. Inspiracje komiksami, które jednym tchem wymienia się wśród najważniejszych publikacji w historii widać jak na dłoni, ale oprócz tego jest tam wiele elementów, które później staną się jego znakiem rozpoznawczym. Bezkompromisowość, odwaga, wspominana symbolika, elementy magiczne, okultyzm i wykraczanie poza utarte schematy komiksu amerykańskiego. To ostatnie jest ważne, bo „Azyl” jest bardzo europejski. Gdyby Batman powstał na Starym Kontynencie, to prawdopodobnie takie historie jak ta nie byłyby rzadkością. I nie chodzi tylko o nawiązania do kultury – jak choćby obrazów Jana Svankmajera czy odniesień do ideologii głoszonej przez Aleistera Crowley’a – ale i do tego, jaki jest Batman Morrisona. Niby twardy, ale jednocześnie przerażony. Niby pewny siebie, a jednocześnie nie potrafiący przewidzieć, czy jego miejsce nie jest w jednej z izolatek.

Batman: Arkham Asylum
Alicja jest w tym komiksie silna/Fot. Dave McKean, DC Comics

Czasem tak po prostu jest, że gwiazdy ci sprzyjają

Historia powstania tego komiksu zasługuje na osobny tekst. W skrócie wygląda to tak, jakby los wyczuwał, że zbliża się coś wyjątkowego i spokojnie pozwolił na to, aby wszystkie wymagane elementy połączyły się ze sobą. Morrison, który przed publikacją tego komiksu był dobrze zapowiadającym się scenarzystą, ale przez kilka lat nie nazwałby siebie człowiekiem sukcesu. Wydawnictwo, które komuś takiemu dało wolną rękę. Nacisk, aby zamiast Briana Bollanda (pan od „Zabójczego żartu”) za warstwę graficzną odpowiadał Dave McKean, którego forsowało DC. Powiększenie objętości z 64 do 120 stron. Wszystko się spinało, a efekt powala. Zresztą ciekawostką jest fakt, że Bolland, który przecież jest klasą samą dla siebie, tak mocno promowany przez Granta Morrisona przy okazji “Azylu Arkham” po latach przyznał, że w sumie nawet jakby dostał propozycję rysowania tego komiksu, to nie bardzo go to interesowało. Brutalne potraktowanie pomysłu człowieka, który marzył, aby to nazwisko Bollanda znalazło się obok jego.

Wspomniałem o tym, że efekt powala. Jest tak, bo „Azyl Arkham” to komiks, do którego trzeba dorosnąć. Sam przeczytałem go pierwszy raz wiele lat temu. W czasach, gdy moje zmartwienia ograniczały się do tego, czy odrobiłem lekcje, czy nie. Zrobił na mnie wrażenie, ale nie wiedziałem ile straciłem do momentu, gdy nie sięgnąłem po niego po trzydziestce. Mając za sobą Junga, historię kultury popularnej czy europejskie malarstwo – moja wiedza jest szczątkowa, ale coś tam wiem, na pewno więcej niż, gdy byłem szczawiem – zrozumiałem więcej. Jednak nie oznacza to, że człowiek bez odpowiedniego zaplecza nic nie zrozumie, zrozumie, ale wiele straci. Dla mnie „Azyl Arkham” jest spojrzenie w głąb samego siebie. Autorefleksją Batmana na temat tego kim jest i czy aby na pewno to, co robi jest dobre. Przecież każdy ma wątpliwości. Nawet ktoś, kto walczy z demonami własnymi i tymi cudzymi. Albowiem:

Kto walczy z potworami, powinien się strzec, by walka nie uczyniła go jednym z nich. Bo kiedy długo patrzysz w otchłań, otchłań zaczyna patrzeć w ciebie. – Friedrich Wilhelm Nietzsche

Istnieje pewna teoria, że to, co rozgrywa się na kartach komiksów o Batmanie tak naprawdę jest wytworem wyobraźni obłąkanego Bruce’a Wayne’a. Rezydenta Arkham, który trafił tam po tym, jak nie potrafił poradzić sobie ze śmiercią rodziców. I choć brzmi to nieprawdopodobnie, to pytanie o to, czy właśnie taki los nie powinien spotkać Bruce’a jest zasadny. Batman nie jest bohaterem bez skazy, a tą największą jest jego zdrowie psychiczne. Zawsze powtarzam, że nikt o zdrowych zmysłach nie biega w kostiumie wielkiego nietoperza po ulicach. On jednak biega i jak uważa sam Morrison to dobrze, bo według Szkota, gdyby nie biegał stałby się tym z kim stara się walczyć. Byłby przestępcą albo skończyłby w Azylu.

Azyl Arkham
Tego jest w tym komiksie więcej/Fot. Dave McKean, DC Comics

No dobrze, ale co jeszcze decyduje o tym, że to komiks bardzo ważny? Choćby to, że jego powstanie oraz późniejszy błyskawiczny sukces jest bezpośrednio związany z tym, że powstał imprint Vertigo Comics, w którym od 1993 roku ukazują się historie nie mające miejsca w głównym nurcie wydawnictwa DC. Był on też – co napisałem – trampoliną dla kariery Granta Morrisona, co z kolei sprawiło, że kolejne zlecenia ugruntowały jego pozycję, a same komiksy zaczęły inspirować innych artystów. I to nie tylko związanych z komiksem, bo wystarczy wspomnieć o rodzeństwu Wachowskich, dla których jedną z głównych inspiracji trylogii „Matrix” była seria „The Invisibles”, którą Morrison stworzył właśnie dla Vertigo.

Jest też wreszcie jeszcze jeden powód. Chyba najważniejszy.

Oszaleć czy nie?

Choć pytania postawione w „Azylu Arkham” rozbijają się o znaną kwestię poczytalności Batmana, to Morrison nie idzie drogą swoich kolegów pokroju Franka Millera czy Alana Moore’a. Owszem prezentuje nam mroczny, pełen wątpliwości obraz człowieka, ale jednocześnie nie wpycha go na siłę na drogę szaleństwa. Morrison nie jest w swoich sądach skrajny. Stara się przemycić elementy optymistyczne. Pokazać, że jest jeszcze nadzieja, ale przy okazji nie wpadając w pułapkę ckliwych historyjek o zwycięstwie nad przeciwnościami losu. Bo tu nie o zwycięstwo chodzi, a o to, że jest na nie szansa. Często czytelnik zostaje sam z tym, co przeczytał i wtedy musi zdecydować, co tak naprawdę zobaczył. Choć sporo piszę o szaleństwie, to tak naprawdę pytań jest zdecydowanie więcej. Wiele z nich pozostanie bez odpowiedzi.

Tak, nad tym komiksem unosi się odium szaleństwa samego autora, który potrafił pisać bez przerwy przez kilkadziesiąt godzin. Katował się doprowadzając na skraj wyczerpania świeżo po odstawieniu używek. Wszystko po to, aby lepiej oddać niepokój towarzyszący bohaterowi – a w zasadzie bohaterom, bo obserwujemy równolegle historię Batmana i Amadeusza Arkhama. Unosi się nad nim też napięta atmosfera między scenarzystą i rysownikiem – a w zasadzie artystą – gdyż panowie mieli różne wizje, co do tego, jak „Azyl” ma ostatecznie wyglądać. Wynikało to głównie z tego, że McKean nie chciał robić kolejnego komiksu superbohaterskiego. Niektóre rzeczy zmieniał – np. brak Robina – i sam mówił wiele lat później tak:

Niestety, fakt że ostatecznie jest to jednak historia superbohaterska, według mnie osłabia wymowę wszystkich innych interesujących elementów, które Grant wymyślił. Po prostu myślę, że idea superbohatera, faceta który przebiera się za nietoperza, jest niepoważna. I nieistotne, ile mądrych rzeczy o tym napiszesz, ile fajnych obrazków narysujesz, to wciąż będzie historia o facecie, który przebiera się za nietoperza. Dlatego ostatecznie byłem nieco zawiedziony końcowym efektem; chciałem zrobić wspaniały horror a nie komiks superbohaterski. I dlatego nigdy nie zrealizowałem kolejnego.

Morrison nie jest najłatwiejszą osobą do współpracy. W momencie, gdy spotykają się dwie wybitne jednostki – z dzieł McKeana polecam na przykład jego kolaborację z Neilem Gaimanem, czyli “Drastyczne przypadki” – musi dojść do tarć. Cenią się, stworzyli coś wyjątkowego, ale na tym koniec. Można wręcz zadać sobie pytanie, czy to nie dzięki postawie McKeana „Azyl Arkham” jest kamieniem milowym dla historii komiksu. Bo jest nim i właśnie dlatego każdy powinien go przeczytać. Nawet ci, którzy nigdy nic o Batmanie nie przeczytali. Dzieło sztuki. Coś, co można oprawić w ramy i podziwiać. Istne szaleństwo, a może właśnie normalność?

PS. Jeżeli zainteresowałem Wam historią “Azylu Arkham” to polecam waszej uwadze obszerny fragment prelekcji Michała Chudolińskiego, z której dowiecie się jeszcze więcej na temat tej pozycji: