Carl Barks – założyciel Kaczogrodu

Carl Barks to Hans Christian Andersen komiksu. Ładne, prawda? To nie moje, to sam Will Eisner nie pozostawił złudzeń, że Carl Barks był postacią wybitną. W świecie, w którym od pokoleń zachwycamy się efektami ciężkiej pracy jaką wykonała wyobraźnia pisarzy pokroju Tolkiena zapominamy o innych. Twórcach, którzy mieli olbrzymi wpływ na kulturę, a którzy nie są wymieniani jednym tchem obok tych najbardziej znanych i medialnych. Taką osobą jest Carl Barks. Skromny, ale pełen charyzmy i talentu twórca komiksów, które zaczął tworzyć tak naprawdę przez przypadek. Jego historie czytały miliony dzieci na całym świecie. Zupełnie nieświadomie wychowałem się na nich, gdy w latach 90. XX wieku w naszym pięknym kraju ukazywał się periodyk o wiele mówiącym tytule, czyli “Kaczor Donald”. Wtedy nie wiedziałem, że wiele z opowieści powstało dziesiątki lat przed moimi narodzinami. Nie wiedziałem też, kto za nie odpowiadał. Teraz już wiem i Wam o tym opowiem.

Marzenia

Barks jest jedną z tych osób, które praktycznie od początku swojego świadomego życia wiedziały, co chcą robić w życiu. Coś takiego zdarza się rzadko. Jesteśmy młodzi i zagubieni. Nie wiemy, czy będziemy strażakami czy może neurochirurgami. Cholera często nie wiemy, co chcemy zjeść na śniadanie. Tymczasem Barks już jako dziecko wiedział, że chciałby rysować.

Oglądałem je, obserwowałem, jak się je tworzy i pomyślałem sobie, że najwspanialszą rzeczą pod słońcem byłoby móc rysować jak ten chłopak. – ten chłopak, to znajomy Barksa z dzieciństwa

Jednak nim trafił do Disneya i stworzył takich bohaterów jak Sknerus McKwacz, Magika de Czar czy Bracia Be, musiał na życie zarabiać inaczej niż poprzez rysowanie. Był chłopcem na posyłki, pracował na farmie i na kolei, gdzie z mistrzowską precyzją obsługiwał nitownicę. Wszystko po to, aby dorobić kilka dolarów, które ostatecznie mogły pomóc jego rodzinie przeżyć kolejny miesiąc. Na szczęście pomimo ciężkiej sytuacji i zmieniania miejsca zatrudnienia nie stracił z oczu celu, którym była jego pasja. Rysował w wolnych chwilach, ale swój pierwszy rysunek sprzedał dopiero pod koniec lat 20. XX wieku. Kupcem było satyryczne pismo “Calgary Eye-Opener”, którego ostatecznie został etatowym pracownikiem choć nim to nastąpiło rozwiódł się ze swoją żoną.

Carl Barks
Jeden z obrazów olejnych Barksa

W “Calgary Eye-Opener” pracował do 1935 roku. Roku przełomowego dla jego kariery, bo wtedy udało mu się załapać na okres próbny w wytwórni Walta Disneya. Choć jego powołaniem były komiksy, to nim się za nie zabrał musiał zacząć jak wielu jego kolegów. Disney był w końcu potęgą animacji, więc prawie każdy nowy pracownik zaczynał swoją przygodę z firmą właśnie przy animacjach. Na początku Barks otrzymał stanowisko tzw. in-betweenera. Podział ról wyglądał tak, że starszy artysta rysował początkową i końcową fazę ruchu danej postaci. Jak wiecie to jeszcze nie wszystko, bo przecież między tymi skrajnymi fazami jest jeszcze to co dzieje się pomiędzy nimi. I tym właśnie zajmował się Barks. Uzupełniał sekwencje swoimi rysunkami.

W grudniu 1947 roku ukazał się komiks “Christmas on Bear Mountain”, w którym pierwszy raz pojawił się Sknerus McKwacz. Pierwotnie miał to być jego jedyny występ. Najbogatszy kaczor świata skradł serca czytelników i nie było innego wyjścia, musiał zostać na stałe.

Praca nie była zła, ale przyszły założyciel Kaczogrodu wiedział, że nie jest dla niego. Tym bardziej, że fatalnie odbijała się na jego zdrowiu. Konkretnie na zatokach, które musiał mieć operowane. Zapytacie, co ma rysowanie do zatok? W przypadku Barksa ma wiele wspólnego, bo artysta okazał się niezwykle podatny na działanie klimatyzacji zamontowanej w biurach Disneya. W 1942 roku zdecydował się opuścić swojego dotychczasowego pracodawcę, ale odejście wcale nie oznaczało, że zerwie kontakt z postaciami, które zna praktycznie każdy z nas.

Komiksy i nauczanie

Barks dał się poznać w wytwórni z dwóch powodów. Po pierwsze zwrócił uwagę tym, że świetnie radził sobie z gagami. Za jeden z nich otrzymał nawet premię, którą przyznał mu Walt Disney. Po drugie szybko okazało się, że oprócz poczucia humoru ma też talent do opowiadania historii. Niestety na polu animacji nie dostawał zbyt wielu szans, aby się wykazać. Być może to dobrze, bo samego Barksa praca przy animacji męczyła. Świetnie się złożyło, bo tuż przed tym jak zdecydował się odejść z firmy on i Jack Hannah, narysował dla wydawnictwa Western Publishing komiks z Kaczorem Donaldem w roli głównej. Komiks się spodobał, a Barks od tej pory zaczął otrzymywać zlecenia na realizację kolejnych przygód, bo wydawnictwo zaczynało regularne wydawanie komiksów, a dobrzy artyści zawsze są w cenie.

Szybko okazało się, że taki sposób pracy bardzo pasuje Barksowi, który spełnia się tworząc kilkustronicowe historyjki, które były proste i otwarte na czytelnika w każdym wieku. Wynikało to z tego, że Barks miał nie tylko talent do rysowania i opowiadania. Miał też talent dydaktyczny i to właśnie ze względu na te subtelnie przemycane wartości wychowawcze został nazwany przez Eisnera Andersenem komiksu. Co ciekawe Barks nie robił z tego nic wielkiego. Nie planował, że w kolejnej historii nauczy czytelnika tego czy tamtego. Bazował głównie na przeczuciu, a najlepszym dowodem na to, jak genialnym był artystą niech będzie fakt, że pomimo braku sformalizowanego wykształcenia świetnie poruszał się w wielu tematach. Ograniczała go w zasadzie tylko wyobraźnia. Jak nikt potrafił wykorzystywać zdobytą przy różnych okazjach wiedzę.

Carl Barks
Mistrz przy pracy

Przez 92 lata nigdy nie oddaliłem się od Amerykańskiej ziemi dalej niż do Ensenady w Meksyku i Victorii w Kanadzie. Wszystkie odległe miejsca z przygód kaczek były stworzone na podstawie zdjęć, które widziałem w magazynach podróżniczych.

Wystarczyło bowiem, by Barks obejrzał numer “National Geographic” i wszystko, co tam zobaczył mógł później wykorzystać przy tworzeniu przygód Donalda i Siostrzeńców.

Kim jest The Duck Man?

W tym miejscu naszej historii być może zastanawiacie się dlaczego tak późno fani dowiedzieli się, że Carl Barks jest twórcą ich ukochanych komiksów? Jak każda historia tak i ta musi mieć swojego złoczyńcę. Czarny charakter, o którym lepiej nie mówić głośno. Na szczęście nasz czarny charakter już nie żyje, więc nie weźmie odwetu za kilka cierpkich słów, które można posłać w jego kierunku. Tym czarnym charakterem jest wspominany już Walt Disney. Legendarny producent dobrze wiedział, że warto inwestować w markę. Tą marką był on sam, więc siłą rzeczy wszystko w jego firmie było podporządkowane dwóm rzeczom:

  • Dbaniu o wizerunek dobrego wujka z Ameryki,
  • Pielęgnowaniu przeświadczenia, że wszystko, co opuszcza mury firmy Walta Disneya jest przynajmniej w części jego dziełem.

Jedynym nazwiskiem z jakim kojarzono bohaterów takich jak Sknerus był Disney. Czytelnicy – szczególnie ci najmłodsi – myśleli, że tytan pracy za jakiego uchodził Walt osobiście nadzoruje, a pewnie i tworzy, wszystkie tytuły, które można przeczytać i obejrzeć. Wszystko dla Walta i nic bez Walta. Tak można w skrócie opisać sytuację na jaką godzili się jego współpracownicy.

Z tego też powodu Carl Barks przez wiele lat pozostawał dla czytelników postacią anonimową. Oczywiście ci zastanawiali się, kim jest tajemnicy “The Duck Man”. Ojciec kaczek. W końcu w 1957 roku pierwszy raz ktoś z zewnątrz dowiedział się, kto stoi za wszystkimi historiami. Osobą, która otrzymała odpowiedź na pytanie kim jest The Duck Man był Malcolm Willits. Prywatnie fan twórczości Barksa, a później i jego znajomy. Poznanie tożsamości Duck Mana zbiegło się ze zbliżającą się emeryturą artysty, ale nawet na niej Barks nie mógł przestać pisać. Nadal tworzył scenariusze i wiele z nich mogli przeczytać fani w Polsce. Ostatecznie stracił licencję na wykorzystanie bohaterów prawnie należących do Disneya. Nie zmieniało to jednak tego, że przez fanów na całym świecie Carl był i nadal jest uwielbiany.

Uczyć, ale nie pouczać

Barks zmarł w 2000 roku. Smutnym roku 2000, bo kilka miesięcy przed nim zmarła inna legenda amerykańskiego komiksu, czyli Charles Schulz, ojciec “Fistaszków”. W obu wypadkach mieliśmy do czynienia z ludźmi, którzy oprócz talentu do opowiadania fantastycznych historii potrafili uczyć innych. U Barksa wszystko sprowadzało się do wspominanego już przeczucia i własnego doświadczenia. Kiedy w 1942 roku pierwszy raz narysował historie z Kaczorem Donaldem nikt nie podejrzewał, że zmieni tytuł, który niczym specjalnym się nie wyróżniał, w coś, co przejdzie do historii. Jego bohaterowie byli jacyś. Nie byli wydmuszkami. Mieli prosty, jasno określony charakter, ale mimo tej prostoty mieli więcej głębi niż niejeden bohater komiksu skierowanego do starszych czytelników. Sam Donald u Barksa stał się w pewnym sensie odzwierciedleniem przeciętnego mieszkańca Ameryki. Walczącego o lepsze życie dla siebie i bliskich. Borykającego się z problemami. Nie był superbohaterem, był kaczką, która pomimo tego, że była kaczką była taka jak ci, którzy czytali jej przygody.

Barks najpierw był scenarzystą, a później artystą, jego rysunku zdają się żywe, bo pełnią służebną rolę wobec bohaterów i pomysłów. – krytyk Michael Barrier

 

Geniusz Barksa nie polegał tylko na tym, że dobrze opowiadał historie. Siłą “Kaczora Donalda” – nawet teraz – jest fakt, że to uniwersalne opowieści. W końcu, gdy w latach 90. XX wieku zaczęły pojawiać się w Polsce amerykańskie dzieciaki znały je od kilkudziesięciu lat. Mimo upływu czasu one nadal świetnie się bronią. Może je przeczytać każdy. Nawet dorosły, który być może wstydzi się czytać Kaczora Donalda, ale z drugiej strony czy jest powodem do wstydu czytanie opowieści, która faktycznie niesie coś więcej ze sobą? Która może nasze życie ubogacić nawet nie chwilą rozrywki, ale ciekawym spojrzeniem na codzienne sprawy. To fascynujące, że przez pryzmat własnych doświadczeń i marzeń udało mu się przez kilkadziesiąt lat konsekwentnie budować cały ekosystem. Z miejscami takimi jak Kaczogród i mieszkańcami, którzy stawali się przyjaciółmi dla tych, którzy zdecydowali się poświęcić im swój cenny czas.

Kaczory
Cenię przygodowy sznyt opowieści o Donaldzie

Wspomniane doświadczenia znajdowały swoje odbicie w tym, jak rozwijał bohaterów. Po latach nie mogę zaprzeczyć, że tak jak świetnie nakreślił Sknerusa czy Diodaka, tak kompletnie nie wychodziło mu to w przypadku postaci kobiecych. Daisy czy Magika nie tylko są postaciami drugo czy wręcz trzecioplanowymi, ale przy okazji są też źle napisane i w zasadzie nie rozwijają się przez kolejne historie, w których się pojawiają. Niektórzy twierdzą, że Barks miał problem z kobietami wynikający z tego, że w młodości nie zawsze wszystko mu się z nimi układało. To oczywiście wydumana teoria, która nie musi mieć pokrycia w rzeczywistości. Aktualnie jest wymieniany jako jeden z najbardziej wpływowych twórców komiksów w XX wieku. Być może gdyby nie on nie byłoby filmów studia Pixar, nad którym unosi się duch mistrzów takich jak Schulz czy właśnie Barks.

Donald ewoluował razem z Barksem, a później z nieocenionymi Donem Rosą czy Marko Rotą, ale bez względu na to, kto go rysował zawsze pozostawał tą samą przeciętną kaczką, która marzy, płacze, śmieje się, przegrywa i kocha. Jak ty czy ja. Dzięki Carl, gdziekolwiek teraz jesteś…

Fot. Karykatura wykonana przez Ala Hirschfelda