Co by było, gdyby Superman był komunistą?

Pytanie z tytułu nie jest pytaniem bez odpowiedzi, bo stosowną odpowiedź zaprezentował Mark Millar. Scenarzysta tak samo znany, jak i momentami dość skrajny. Wszystko przez to, że miewa pomysły bardzo dobre – jak choćby w przypadku komiksów takich jak „Kick-Ass” czy „Starlight” – ale i te trochę gorsze jak choćby „Robo-Hunter” czy „Babe Race 2000”. Czasami ma też przebłyski geniuszu i takim właśnie przebłyskiem jest „Superman: Czerwony Syn”. Jedna z opowieści, które starają się odpowiedzieć na pytanie, co by było gdyby.

Początki

Zacznijmy od tego, że Millar z reguły jest na siłę kontrowersyjny. To ten typ scenarzystów, którzy biorą na warsztat jakiś znany pomysł, a następnie zmieniają w nim kluczowy element tak, że całość wywraca się o 180 stopni, a my możemy powiedzieć, że to nowa jakość. Nawet mimo to, że to bardziej odgrzany kotlet przewrócony na drugą stronę. Przy okazji tekstu o “Starlight” przytaczałem cytat Johna Parkera z “Comics Alliance”, który stwierdził krótko:

Wyobraźcie sobie bohatera takiego jak Batman… i teraz wyobraźcie sobie, że jest pedofilem!

Tych kilka słów świetnie podsumowuje podejście Millara do pisania scenariuszy. Na szczęście nie zawsze tak jest i od czasu do czasu – gdy planety i gwiazdy ułożą się w odpowiedni sposób – udaje się wymyślić coś nowego. Millar choć jest na pierwszy rzut oka tym, który przerabia cudze koncepcje ma niesamowite wyczucie tego, co będzie podobać się masie. Wie, jak trafić w nasz gust.

Superman: Red Son
Вверх вверх и в сторону!/Fot. DC Comics

„Superman: Czerwony Syn” jest takim strzałem w dziesiątkę. Oto banalnie prosty pomysł. Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, jak potoczyłyby się losy świata, gdy Superman wylądował nie w USA, a gdzieś na bezkresach Rosji. Gdyby zamiast bronić kapitalizmu został żelazną ręką socjalizmu. Na taki koncept wpadłby nawet sześciolatek. I możecie mi wierzyć, że wpadł, bo właśnie tyle lat miał Mark Millar, kiedy w ogóle zaczął się nad takim biegiem wydarzeń zastanawiać.

„Czerwony Syn” opiera się o myśl, która zaświtała w mojej głowie, kiedy przeczytałem 300 numer „Supermana” w wieku sześciu lat. Była to historia, w której rakieta z Supermanem wylądowała na neutralnych wodach między USA a ZSRR i obie strony rzuciły się do wyścigu, aby „zgarnąć” dziecko dla siebie”. Jako dziecko, które dorastało w cieniu Zimnej Wojny poczucie tego, co mogło się stać, gdyby to Sowieci go przejęli bardzo mnie fascynowało. Kiedy byłem starszy zacząłem wszystko układać w całość i pierwszy raz swój pomysł podrzuciłem do DC, gdy miałem trzynaście lat, tak myślę. Jednak było to na pewno prostsze, a moje rysunki pozostawały wiele do życzenia.

Tak narodziny największego bohatera Związku Radzieckiego wspomina Millar. Od czasu pierwszego pomysłu wiele wody upłynęło w Wołdze. Związek Radziecki upadł, a Superman zdążył przynajmniej raz odejść z tego świata. DC zdecydowało się na wydanie całej historii w 2003 roku i z miejsca okazało się, że to hit. Rok później miniseria została nominowana do Nagrody Eisnera, a aktualnie uznawana jest za jedną z najciekawszych i najlepszych opowieści o Supermanie.

Duża w tym zasługa nie tylko Millara, ale i czterech rysowników, którzy jego scenariusz zilustrowali. Bez Dave’a Johnsona i wspierających go Kiliana Plunketta, Waldena Wonga i Andrew Robinsona „Czerwony Syn” mógł sporo strać. Szczególne słowa uznania należy kierować do Dave’a Johnsona, którego kreska ma w sobie ten socrealistyczny sznyt znany z pomników, które można obejrzeć gdzieniegdzie i na terenie Polski. Johnson specjalizuje się głównie w okładkach – to on miał na przykład monopol na okładki serii „100 naboi”, które stały się tak samo kultowe jak historia Briana Azarello i Eduardo Risso – w „Czerwonym Synie” ilustruje całość i naprawdę ciężko wyobrazić sobie kogoś innego w roli rysownika. Tym bardziej, że to jedna z niewielu okazji, aby faktycznie obejrzeć cały komiks w jego wykonaniu.

Dominacja

Jak zwykle trzeba zadać sobie pytanie, dlaczego ten komiks jest tak dobry, jak wielu o nim pisze. Przecież pomysł banalny, wykonanie też nie musi porywać biorąc pod uwagę to, że kreska Johnsona jest jakby specjalnie toporna. Cóż, to pytanie, na które odpowiedzieć bez potencjalnych spoilerów jest niezwykle ciężko. Pomysł oczywiście jest kreatywnym rozwinięciem wspominanej przez Millara historii, ale to nie sam pomysł decyduje o jakości komiksu. W „Czerwonym Synie” scenarzysta obudowuje ten pomysł w zasadzie kompletnie nową dla Kal-Ela rzeczywistością. Bierze znane w DC Comics składniki i wykorzystuje je inaczej niż miało to miejsce dotychczas

Zamiast lądowania w Kansas zdecydowałem się sprawdzić, co by się stało, gdyby rakieta wylądowała na terenie gospodarstwa w ZSRR. Zamiast pracować dla Daily Planet byłby reporterem Pravdy. To odwrócenie aktualnej sytuacji, czas, gdy USA odłącza Georgię i Louisianę, które domagają się niepodległości – czołgi jadące po ulicach Nowego Orleanu. Zawarcie wielu bohaterów z znanych z DC jak Batman czy Green Lantern – spojrzycie na nich w nowy sposób.

Końcówka wypowiedzi Millara jest istotna, bo faktycznie, gdy zobaczycie Batmana czy poznacie „nową genezę” Hala Jordana zrozumiecie o co chodzi. Niby są to takie same postacie jak ich znane od dziesiątków lat pierwowzory, ale jednocześnie udało się tchnąć w nie nowe życie. Nawet spojrzenie na Luthora jest interesujące. Nemezis Supermana choć ciągle jest egomaniakiem, który ma obsesję na punkcie ostatniego syna Kryptona, to jednocześnie momentami ciężko nie przyznać racji jego motywacjom. Swoją drogą rację przyznacie Luthorowi, gdy sięgniecie po komiks, do którego scenariusz pisał Brian Azzarello, ale to już temat na osobny tekst.

Superman: Czerwony Syn
Dat Batman!/Fot. DC Comics

Zresztą sami zastanówcie się, jak powinny potoczyć się losy Lexa Luthora, gdyby nie dzielił kraju z Człowiekiem ze Stali. Prawdopodobnie wyglądałoby to tak, jak pokazał to Millar. W końcu sparowanie komunizmu i etosu superbohaterów jest połączeniem idealnym. Kult siły, jednostka będąca uosobieniem komunistycznych ideałów, pomoc kolektywowi itd., itd., składa się na kolejny z wielu obrazów traktujących o Zimnej Wojnie. Tak, wiem, że to tylko wymysł wyobraźni scenarzysty, ale jednocześnie kamyczek do ogródka przed domkiem o nazwie zapis walki między wschodem a zachodem. Co interesujące nie jest to opowieść o tym, jak wspaniały jest Superman, bo u Millara i on może się zatracić w swojej psychozie bycia dobrym i sprawiedliwym. To po prostu kolejny dowód na to, że każda przesada jest niezdrowa, a świat nie może być czarno-biały. Najlepszym dowodem na to jest to jak postępują władze obu rywalizujących ze sobą mocarstw. Żadne nie jest bez winy i stwierdzenie z perspektywy czasu, że wygrało mniejsze zło jest jak najbardziej na miejscu.

Zmierzch

Na osobny tekst zasługuje również zakończenie komiksu, ale niestety zdradzenie go jest grzechem śmiertelnym, więc musicie sami sprawdzić, jak „Czerwony Syn” się kończy. Są tacy, którzy zaproponowaną konkluzją są zawiedzeni, uważają ją za mało śmieszny żart i manipulację, ale na szczęście jest ich zdecydowana mniejszość – a przynajmniej w to chcę wierzyć. Z punktu widzenia fana komiksów to i tak nie ma znaczenia. To, co ma znaczenie to fakt, że mamy do czynienia z pozycją, która na stałe wpisała się w historię medium, a dodatkowo zabrała głos w kwestii sprawiedliwości i „reklamowania” innym jedynej słusznej ideologii. I choć wnioski nie są niczym nowym, to ciągle będę powtarzać, że o banałach trzeba mówić często, bo banały zbyt często staramy się zapomnieć.

Sprawdź:

[button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/superman-jest-nudny/”]Superman jest nudny? Mówisz tak, bo go nie znasz[/button] [button color=”red” size=”big” alignment=”none” rel=”follow” openin=”samewindow” url=”https://lekturaobowiazkowa.pl/komiksy/5-najgorszych-superbohaterow-marvela/”]5 najgorszych superbohaterów od Marvela[/button]