Kiedy seks spotyka horror

Dorastając mamy kontakt z rzeczami, z którymi mimo wszystko kontaktu mieć nie powinniśmy. Przynajmniej do czasu. Pod tym względem nie różniłem się od wielu z Was. Splot wydarzeń, kontakt z konkretnymi postaciami, a przede wszystkim ich twórczością, sprawił, że pokochałem popkulturę. Wiele z tych elementów spotyka się w jednym miejscu. Miejscu, które ma swoje imię i nazwisko.

Nim przejdziecie dalej informuję, że materiały znajdujące się poniżej przeznaczone są dla dorosłych odbiorców.

Emanuele Taglietti

Kiedy myślimy o włoskim komiksie najszybciej kontrolę nad naszymi umysłami przejmuje Milo Manara. Niektórzy dorzucą do tego równania Franka Frazettę. Choć był Amerykaninem, to kraj przodków mocno odcisnął piętno na jego twórczości. On prowadzi nas z kolei do Emenauela Tagliettiego. Człowieka, który jest już jedną z legend fumetto, a który sprytnie łączy się ze mną.

Widzicie, jest tak. Mój wujek jest utalentowanym grafikiem, więc siłą rzeczy w kręgu jego zainteresowań były prace innych artystów. To on pokazywał mi polskich mistrzów plakatu. To u niego pierwszy raz zetknąłem się z dziełami Borisa Vallejo. Dziełami, których nie powinienem oglądać, ale które przy okazji rozbudziły moją ciekawość. Vallejo sprawił, że odkryłem Frazettę – w sumie sprawił to wspólnie z postacią Conana – a ten doprowadził mnie do Tagliettiego.

Fumetto – włoskie określenie komiksów. Oznaczające w bardzo bezpośrednim tłumaczeniu ikoniczny już komiksowy dymek.

Urodzony w Ferrarze Taglietti chłonął w młodości nie tylko dzieła włoskich mistrzów malarstwa, ale i mistrzów kina. Jego ojciec Otello miał kuzyna, dla którego często pracował. Tym kuzynem był pewien “nieznany” reżyser, Michelangelo Antonioni. Otello zabierał młodego Emanuela na plan, co rozbudziło miłość syna do kina. Ten nie chciał być reżyserem lub aktorem. Interesowało go projektowanie i to właśnie był kierunek, który wybrał w Centro Sperimentale di Cinematografia.

Po jej skończeniu pracował przy kilkudziesięciu produkcjach. Miał okazję współpracować m.in. Dino Risim, z Federico Fellinim przy filmie „Giulietta od duchów” i niezrealizowanych „Podróżach G. Mastorny” czy Tonino Valeriim przy „Nazywam się Nobody”, który powstał według pomysłu Sergia Leone. Ostatecznie jak sam przyznaje był pracą w branży filmowej zmęczony. Szukał czegoś nowego. Punkt zwrotny w jego karierze miał miejsce w latach 70. XX wieku. To wtedy włoski komiks był w ojczyźnie na coraz większej fali wznoszącej. Emanuele Taglietti zauważył ten trend. Za sprawą swojego znajomego, Dino Leonettiego, skontaktował się z trzema wydawnictwami. Pierwszym, do którego udał się Taglietti w Mediolanie było Edifumetto. Jak się później okazało pierwsze spotkanie było ostatnim. Wydawca zatrudnił go w charakterze autora okładek do swoich komiksów. Nie przeszkadzało im, że zatrudniają kompletnego laika. Mieli sporo cierpliwości i wierzyli w jego talent.

Seks i przemoc

Choć z początku nie był pewny, czy uda mu się spełnić pokładane zaczął pracę i szybko okazało się, że tworzeniu okładek komiksów jest naprawdę dobry. Jego prace inspirowane głównie przez twórczość wspominanego już Franka Frazettę, ale i Averardo Ciriello, szybko stały się znakiem rozpoznawczym Edifumetto.

Edifumetto zostało założone przez Renzo Bargieriego na początku lat 70. Biura znajdowały się w Redi, w Mediolanie. Przy wejściu, w lobby, zawsze było pełno malarzy i projektantów ściskających swoje prace. Firma zatrudniła wielu ludzi. Była jak szkoła, w której mogli doskonalić swoją sztukę. – Emanuele Taglietti w wywiadzie dla Korero Press

W szczycie popularności pulpowych komiksów pełnych seksu, przemocy i wszelkiej maści perwersji tworzył do dziesięciu obrazów w miesiącu. Jego prace można zobaczyć między innymi na okładkach takich tytułów jak:

  • Sukia,
  • Zora the Vampire,
  • Stregoneria,
  • Ulula,
  • Vampirissimo,
  • Wallestein.

Taglietti choć z jednej strony inspirował się wspominanymi artystami, to z drugiej stał się znany jeszcze z innej rzeczy. Jeżeli przyjrzycie się jego rysunkom, a przede wszystkim twarzom postaci to dostrzeżecie podobieństwo do osób znanych i bardzo popularnych. Podobieństwo w pełni zamierzone. Na przykład Sukia ma twarz włoskiej aktorki Ornelli Muti. Tej samej, na której punkcie sam miałem delikatną fiksację po obejrzeniu filmu “Oscar” z Sylvestrem Stallonem. Remake obrazu w reżyserii Édouardo Molinaro nie jest kinem wybitnym, ale lubię do niego wracać przede wszystkim z powodu włoskiej aktorki, którą upodobał sobie i Emanuele Taglietti.

Zresztą nie tylko Muti pojawia się w jego pracach. Kolejną rozpoznawalną twarzą jest ta należąca do Christophera Lee. Legenda kina swoją olbrzymią popularność zawdzięcza nie tylko charakterystycznemu głosowi, ale przede wszystkim rolom w kultowych już horrorach. W końcu przez wiele lat postać Draculi utożsamiano z pochodzącym z Wielkiej Brytanii aktorem. Swoje “pięć minut” na okładkach autorstwa Tagliettiego zaliczyli też Alain Delon czy Tom Selleck.

Twórczość Włocha wydawać się może obsceniczna. Niesmaczna. Jednak w pełni spełniała swoje zadanie. Komiksy schodziły na pniu. Tworzenie kolejnych okładek przypominało wyścig z czasem, bo często czytelnicy sięgali po tytuły nie tyle dla samej treści, co przede wszystkim z powodu okładki. Te trafiając na inne rynki często były cenzurowane, co nie powinno dziwić biorąc pod uwagę to, co możecie zobaczyć. Włosi jednak pozwalali na więcej, a Emanuele Taglietti potrafił to wykorzystać.

Nic nie może wiecznie trwać

Słowa piosenki Anny Jantar trafiają w punkt. Również w przypadku kariery bohatera tego krótkiego tekstu. Wraz ze spadkiem popularności komiksów we Włoszech spadło zainteresowanie Tagliettiego w ich dalszym tworzeniu. To oczywiście nie oznacza, że tworzył swoje okładki tylko dlatego, że komiksy sprzedawały się świetnie. Czerpał z tego satysfakcję, zarabiał na tym, ale schyłek popularności fumetto zbiegł się z rozmyślaniem o kolejnej zmianie w swoim życiu. Pod koniec lat 80. Emanuele Taglietti skupił się przede wszystkim na malarstwie i nauce innych. Ostatecznie nauczać zakończył w roku 2000, ale ciągle maluje.

Dla mnie tacy twórcy jak on to ważna część historii nie tylko komiksu, ale przede wszystkim popkultury. Emanuele Taglietti spajał kilka wymiarów kultury. Jest żywym dowodem na to, jak sztuka potrafi się przenikać. Kino, komiks, malarstwo, literatura wrzucone do jednego worka. Wyobraźni artysty. Czy jego twórczość jest wartościowa? To temat do szerszej dyskusji. Dzięki niej szukałem dalej. Poznawałem kolejnych twórców. Poruszyły mnie, bo dostrzegałem tam nie tylko seks i krew, ale i inspirację rzeczami, które już gdzieś widziałem. Z perspektywy czasu jestem do twórczości jego czy wspominanego Vallejo bardziej krytyczny choćby z powodu seksualizacji, uprzedmiotowienia, kobiet. Jednak w pewnym sensie Taglietti mnie ukształtował, a na pewno zmusił do poszukiwań i poznania innych punktów widzenia. To na pewno jest nie do przecenienia.

Total
13
Shares
  • rob

    no no jakie fotorealistyczne rysunki dobra ręka do szczegółów xDD